Nad Żółtą Rzeką / Jagoda Żurawska

  

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS: Nr 05, CZERWIEC 2017 r,


   Kiedy pierwszy raz odwiedziłam Chiny, nie byłam oczarowana. Byłam zdziwiona. To uczucie najczęściej towarzyszyło mi kiedy znalazłam się tutaj podczas wymiany studenckiej. Bo Chiny potrafią zaskoczyć dosłownie na każdym kroku. Czasem jest to pozytywne zdziwienie, czasem wręcz przeciwnie, jednak najczęściej nie do końca wierzy się w to, co właśnie się stało lub to, co się zobaczyło. Większość wyobrażeń i przeczuć okazała się najzupełniej błędna. Dopiero teraz, gdy przyjechałam tu po raz drugi poznaję ten kraj od nowa i zaczynam rozumieć więcej, a przez to coraz bardziej lubię to miejsce.

 

   Z wykształcenia nie jestem sinologiem, więc wszystko, czego się dowiaduję i uczę na temat Chin odbywa się właśnie tu, bez wcześniejszego przygotowania i bez ostrzeżenia. Kiedy studiowałam japonistykę, otrzymałam coś na kształt wzoru równania, pod który można podłożyć dane i otrzymać przybliżony wynik, to znaczy informację o tym, jak rozumieć Japonię i Japończyków. Wprawdzie czasem jest to kosmiczne równanie, którego wynikiem jest „ziemniak”, ale zawsze jest to coś, na czym można bazować. Zanim przyjechałam do Chin, cała moja wiedza oparta była na stereotypach i paru ogólnie znanych faktach. Choć w każdej historii jest ziarno prawdy, tutaj naprawdę niewiele rzeczy jest takie, jak wyobrażamy sobie na Zachodzie.  Na wstępie zaznaczę, że opisuję tylko to, co sama widziałam i czego doświadczyłam. Chiny są ogromne i bardzo różnorodne . Potrzeba bardzo wiele czasu i cierpliwości, aby poznać różne miejsca i aspekty kultury.  Podobne różnice, które w Europie dzielą różne państwa, tutaj można spotkać w obrębie jednego kraju. Często język, którym posługuje się mieszkaniec południa różni się znaczenie od tego, którym posługują się na północy.

Ja trafiłam właśnie na północ, do małego, jak na chińskie standardy, miasteczka Anshan w prowincji Liaoning ,na granicy z Koreą Północną. Nie często można tu spotkać obcokrajowca, więc jesteśmy małą sensacją dla tutejszej społeczności, a także ciekawym urozmaiceniem. W Anshan działają dwa uniwersytety i to właśnie one są źródłem „obcych” w tej okolicy. Chińczycy są nastawieni bardzo przyjaźnie i chętnie zagadują, oczywiście po chińsku, a to o kraj pochodzenia, o to o cel pobytu. Kiedy spotkają się z kompletnym niezrozumieniem (co zdarza się często, zwłaszcza, gdy dana osoba dopiero zaczyna swoją przygodę z językiem chińskim), z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczą, o co chodzi. Również po chińsku. Język angielski nie jest tu zbyt popularny. Wśród studentów i młodzieży często można spotkać się ze znajomością podstawowych zwrotów, dużo rzadziej z komunikatywną znajomością języka. Kolejne próby nawiązania rozmowy po chińsku nie kłócą się z przeświadczeniem, że obcokrajowcy po chińsku nie mówią, co warto głośno skomentować w gronie znajomych. Jeśli delikwent jednak zrozumie, spotyka się to z miłym zaskoczeniem i gradem nowych pytań. Bo nie codziennie dzień spotyka się „białą twarz” i trzeba dobrze wykorzystać taką okazję.

  Nie wszyscy decydują się jednak na rozmowę. Niektórzy bez skrępowania przyglądają się obcym, czasem zrobią zdjęcie, nie zawsze pytając o pozwolenie.

   O ile w Japonii każdy obcokrajowiec jest Amerykaninem, o tyle w Chinach najczęściej można zostać uznanym za Rosjanina. Jest to zrozumiałe, ponieważ najwięcej przyjezdnych w tym regionie pochodzi z Rosji lub krajów rosyjskojęzycznych.

   Warto wspomnieć o pewnym zjawisku, z którym spotkałam się w Chinach. Większość ludzi słyszała o chińskiej tendencji do grupowego działania. Relacje z wydarzeń sportowych i dużych imprez odbywających się w tym kraju pokazują, że Chińczycy potrafią doskonale pracować zespołowo i zapanować nawet nad dużą grupą, gdzie każdy zna swoje miejsce i z precyzją szwajcarskiego zegarka wykonuje powierzone mu zadanie. Chińczycy lubią spędzać czas poza domem w towarzystwie znajomych. Wychodząc wieczorem nie można nie zauważyć ogromnej ilości małych restauracyjek i jeszcze mniejszych straganów z jedzeniem, głównie grillowanym. Ludzie spotykają się, siedzą razem, plotkują. Często odtwarzają układy taneczne i wspólnie ćwiczą. Są to głównie osoby w średnim wieku lub starsze. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że to zamiłowanie do działania w grupie funkcjonuje równolegle z ogromnym indywidualizmem. Może się to wydawać dziwne, ale jeśli spędzi się trochę czasu w Chinach, małe rzeczy zaczynają się składać na większy obraz. Przeciętny Chińczyk pracuje ciężko. Jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę liczbę ludności i konkurencję na rynku pracy. Mówi się, i wydaje mi się, że jest w tym dużo prawdy, że niezależne od tego, co się robi, to gdzieś żyje chińskie dziecko, które robi to lepiej.  Chińczycy skupiają się na swoich zadaniach, celach jakie mają przed sobą, dążą do ich realizacji. Polska myśl techniczna i zamiłowanie do „prowizorki” nie może się równać z jego chińskim odpowiednikiem. Podklejanie, łatanie i wprowadzanie ułatwień weszło tu w wyższe stadium rozwoju. W tym dążeniu do celu nie uwzględnia się jednak innych. Jeśli zadanie polega na przetransportowaniu czegoś z punktu A do punktu B, Chińczyk zrobi dokładnie tyle, nie więcej, a przy tym nie zrobi absolutnie nic, co mogłoby w jakiś sposób ułatwić pracę czy choć jej nie utrudniać innym związanym z tą samą czynnością ludziom. Bardzo istotną rzeczą jest osiągnięcie określonego statusu, prestiżu. Chińczycy są nastawieni na realizację celów i kalkulowanie, jak dana rzecz lub osoba może im pomóc w jego realizacji. I tu właśnie bardzo przydają się obcokrajowcy. Pokazanie się z białą kobietą w restauracji to spory prestiż. Zaproszenie na obiad to zatem inwestycja, nie należy być skąpym i dobrze jest zapłacić za to, co najlepsze. Nie można jednak generalizować. W chińskim zwyczaju jest hojne przyjęcie gości, zwłaszcza tych z daleka. Pierwsze spotkanie jest bardzo ważne, ponieważ rzutuje na całą dalszą relacje. Warto jednak pamiętać, że uprzejmość może się często wiązać z inwestycją we własną osobę.                                                                                                    

    Skoro mowa o prestiżu, warto też wspomnieć o tych, którzy nie mają go wcale. Często można spotkać ludzi, którzy zajmują się sprzątaniem ulic i zbieraniem śmieci. Łatwo ich zauważyć, ponieważ wyglądają bardzo charakterystycznie.  Najczęściej ubierają się warstwowo, starając się zakryć jak największą powierzchnię ciała (rękawiczki, chustki, maski na twarz). Czasem pchają wózki, na które pakują znalezione rzeczy, których można jeszcze użyć lub je sprzedać. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pomimo tego, że ludzie ci tak bardzo się wyróżniają, dla Chińczyków pozostają niewidzialni. Nikt na nich nie patrzy, nie usuwa się z drogi, gdy sprzątają. Zdarza się nawet, że ludzie rzucają śmieci pod same nogi sprzątacza, zupełnie go przy tym ignorując. Nie ma nacisku na sprzątanie po sobie. W zbiorowej świadomości istnieje przekonanie, że czyjąś pracą jest sprzątanie, więc zwyczajnie nie trzeba sobie zawracać tym głowy. W Chinach każdy skupia się na swoim losie i na swojej ciężkiej pracy, często nie zostaje miejsca na sentymenty. Takie podejście do życia wiąże się z problemem, który często bulwersuje ludzi zachodu – prawa zwierząt. Trzeba zaznaczyć, że nie jest prawdą, że każda chińska restauracja oferuje psie mięso, a zamiast wołowiny można dostać kota. Psie mięso traktowane jest jako rarytas i nie jest tak popularne jak mogłoby się wydawać. Nie da się jednak zaprzeczyć, że takie wydarzenia, jak Festiwal Psiego Mięsa mają miejsce, a w czasie ich trwania czworonogi mogą znikać z podwórek w niewyjaśnionych okolicznościach. Popularne kraby, a także żaby czy żółwie najczęściej kupuje się żywe, a potem żywe gotuje. W Chinach wzbudza to jeszcze mniej protestów, niż polska tradycja zabijania karpia na Wigilię. Na straganie z owocami morza można trafić na jeżowce i lepiej darować sobie pytanie, czy nie jest to czasem zagrożony gatunek. Kiedy trzeba myśleć o sobie, bo nikt inny tego za nas nie zrobi, a dzieci chodzą głodne, sprawa poszanowania życia odsuwa się na dalszy plan.

   A jak to jest z tym ichniejszym komunizmem?  Znów, nie tak jak można to sobie wyobrażać. Nawet w tak małym mieście jak Anshan, można wybrać się na obiad do McDonald’ s lub KFC, następnie zrobić zakupy z ZARZE i zahaczyć o TESCO, żeby kupić masło orzechowe i butelkę whisky. Sklepy nie świecą pustkami, nikt nie wydziela kartek na podstawowe produkty. Na pierwszy rzut oka wszystko jest tak, jak w domu. Choć nie do końca. Chiński system przetrwał w świadomości ludzi tyle lat, że przestał być zewnętrznie narzucaną ideologią, a stał się stylem życia, który wydaje się teraz naturalny i  oczywisty.

 Nad obywatelem nikt nie musi stać z batem, żeby wiedział, gdzie jego miejsce. Obywatel ma to wpojone tak głęboko, że sam ustawi się tam, gdzie powinien być widziany. Zagraniczne produkty są dostępne, ale nie są zbyt popularne. Są drogie, a ich chińskie odpowiedniki równie dobre, tanie, a do tego doprawione dumą narodową. Chińczycy wydają się być bardzo dumni ze swojego kraju, a różne zagraniczne pomysły w stylu demokracji wielu napawają lękiem. Społeczeństwo jest karne, jeśli coś każe się im zrobić – robią to. Na przykład: w zimie do odgarniania śniegu i lodu na naszym kampusie angażuje się studentów. Większość z nich miałaby zapewne lepsze pomysły na spędzenie wieczorów i poranków, ale jeśli jest polecenie, trzeba je wykonać. Z drugiej strony zdarza się naginanie zasad, a nawet ich omijanie, jeśli robi się to odpowiednio dyskretnie i skutecznie.

   Chińskie drogi ukazują prawdziwy zlepek tego, co nowe i dobre ze starym i dziwnym oraz pojazdami typu „ważne, że jedzie”. Królują taksówki, które za nic mają sobie zasady ruchu drogowego ,

choć czasem mam wrażenie, że w tym kraju w ogóle nie istnieją takie zasady. To bardziej wskazówki niż faktyczne reguły. Paradoksalnie, sprawia to, że kierowcy są bardzo wyczuleni na to, co dzieje się na drodze, bo stać może się wszystko, więc ilość wypadków jest bardzo mała. Pierwsza jazda taksówką dostarcza wrażeń niczym roller coaster i jest niezapomnianym przeżyciem.

   Podróże kształcą. Dają szansę nie tylko na poznanie nowych miejsc, ale także zupełnie innego podejścia do życia. Podróż do Chin i po Chinach nauczyła mnie bardzo wiele (32 godziny w pociągu Anshan-Shanghai powiedziały mi więcej o ludziach, niż miesiąc spędzony w kampusie). Chińczycy są gościnni i otwarci, a każdemu, kto zastanawia się, czy warto tu przyjechać, mogę śmiało powiedzieć: „Pora na przygodę!”


Jagoda Żórawska:  rzeszowianka, studiowała język japoński na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Miłośniczka MANGI.  Pasjonat podróżowania. Ma na swoim koncie wiele wypraw    ZOBACZ WIĘCEJ

 

 

 
 

 

Licencja Creative CommonsNad Źółtą Rzeką by Jagoda Żurawska is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.
W oparciu o utwór dostępny pod adresem http://archiwumwobec1-23.eu/index.php/reportaze/405-za-zolta-rzeka-jagoda-zurawska

Free Joomla! template by Age Themes