Ja, partyzant / Patrycja Balcerzak

 Print Friendly, PDF & Email 

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS: Nr 14,  marzec 2018


Autorka: Patrycja Balcerzak

Dławiąca cisza otula ich dygoczące ciała.
Przerywana jedynie miarowymi kroplami deszczu, bębniącego o lufę karabinku Mausera,  przyprawia ich o ciarki, które wspinają się po zmęczonych plecach, ukrytych pod przemoczonymi materiałami zgniłozielonych mundurów.
W skupieniu zaciskają palce pokryte brudem na spuście, przytykają celownik do oka, próbując powstrzymać drżenie rąk.
Leży na brzuchu, czując wijące się pod spodem glizdy i karaluchy, ślizgające się po jego skórze. Po kolana grzęźnie w błocie, zaś jego obuwie jest ledwo widoczne spod grubej warstwy wilgotnej ziemi.
            Naśladuje kompanów, unosząc broń i czekając na wroga. Krople deszczu stają się coraz cięższe, obfitsze i niespodziewanie zalewa ich kurtyna wody. Zimne jak lód strużki spływają im po twarzach spowitych posępnością, jak i kamienną powagą. Nikt nie reaguje, gdy krople delikatnie kapią po podbródku, nikt nie reaguje, gdy nogi cierpną i błagają o wyłonienie się z ukrycia, nikt nie reaguje, gdy strach trawi serce, pozostawiając jedynie okruchy brawury.
Niczym przewrócone posągi, leżą hardo z wyciągniętymi karabinkami, oczekując najgorszego.
            Dostrzega jak bardzo się od nich różni; nerwowo ociera pot z czoła, czuje nagły przypływ gorąca, pomimo że jego ciało drży z zimna, chce wstać, aby pozbyć się pełzających po nim robaków, lecz wie, że nie może. Nie może łamać rozkazów, musi skupić się na zadaniu.
            Poprawia pozycję, od razu otrzymując do jednego z kompanów karcące spojrzenie. Przełyka ślinę, zaś ten dźwięk pośród wszechobecnej ciszy wydaje mu się tak samo głośny jak wybuch granatu. Stara się wymazać wszelkie myśli, próbując skupić się tylko na jednym celu; patrzy czujnym wzrokiem w głąb rozpościerającego się przed nimi lasu. Gałęzie potężnych, starych dębów uginają się, tworząc bramę z żywozielonych liści, ochoczo zapraszającą do wstąpienia na usłaną kwiatami polanę. Ten obraz przywołuje w nim spokój, zalążek wspomnień dawnych czasów, kiedy śmierć nie czyhała na każdym kroku.
Jego serce rozdziera przeszywający ból - bynajmniej nie wywołany żadnym trafieniem naboju - to nagła myśl o przeszłości, rani go bardziej niż najsprawniejsze Parabellum.
Czekają.
            Wiatr porusza wysoką trawą, liście szumią, jak mu się zdaje, w żałobnym tonie.
Dłonią chwyta czapkę, która omal nie spada mu z głowy. Otrzymuje kolejne karcące spojrzenie od kompana. Powraca na pozycję, milimetr po milimetrze rozprostowywując zastygnięte kości. Musi wytrzymać. Nie wie, ile już tutaj są. Zdaje mu się, jakby tkwił w tym miejscu całą wieczność. Słońce zniknęło za szarymi chmurami, zaś las pochwycił półmrok w swych szponach.
Cisza. Ta okropna, nużąca, dłużąca się niczym droga na zesłanie, cisza jest nie do zniesienia.
Przez głowę przebiega mu myśl, że może ogłuchł od wystrzałów i nie będzie musiał już niczego więcej słyszeć. Nie dotrą do niego żadne wrzaski, krzyki ani łkanie, rozdzierające serce.
            Kątem oka podpatruje swoich kompanów; mężczyźni postawni niczym drwale, leżą po kolana w błocie, trzymając dłonie w gotowości na spustach swoich karabinów. Ignorują deszcz, wiatr bijący ich w twarze, oślizgłe robaki wijące się po ich ciałach i zaglądające do nozdrzy.
Emanuje od nich męstwo, siła, odwaga, lecz on wie, że to obłuda.
Czuje ich strach. Potrafi go dostrzec nawet u najbardziej opanowanego żołnierza; zdradzają ich dygoczące ciała, palce poruszające się nerwowo jakby dostali drgawek, powieki gwałtownie zaciskające się, aby następnie z prędkością światła znów się otworzyć i smętnym wzrokiem owiać dziwnie spokojną polanę.
Nawet ten kompan, który ciągle obrzuca go karcącym spojrzeniem, najzwyczajniej w świecie się boi. Jego wymęczone, mizerne ciało ostatkami sił podtrzymuje ciężki karabin.
Unosi głowę ku niebu pokrytemu niczym płótno smugami ciemnych odcieni granatu.
Czuje jak ktoś kładzie mu dłoń na ramię. Odwraca się, dostrzegając brudną od ziemi twarz z błyszczącymi w mroku błękitnymi oczyma.
– Janek, już czas – mówi szeptem, głosem zachrypniętym od wydawania rozkazów. Chłopaczyna kiwa głową, dobywając broni, po czym powoli wygrzebuje się z kryjówki, podążając za korowodem mężczyzn, którzy chowają się pośród drzew i rosnących traw. Przesuwają się w zwartym szyku. Trawa szeleści z każdym ich krokiem, więc co jakiś czas przystają, czujnie rozglądając się na boki.
Janek nie może się skupić i nieustannie ogląda się za siebie, gdyż zamyka szyk i ciągle ma wrażenie, jakby ktoś deptał im po piętach.
Niepokoi go ta cisza i ten niczym niezmącony spokój. Jedynie gwałtowny wicher i rzęsisty deszcz, obrazują burzę emocji, jaka rozpętała się w głowach młodzieńców.
Ktoś daje znak. Przez zacinający deszcz Janek nie jest w stanie rozpoznać kompana.
Nagle wszyscy zwalają się na ziemię niczym ścięte dęby.
Janek czuje jak czyjaś ręka gwałtownie ściąga go ku dołowi. Upada twarzą w błoto, krztusząc się.
– Cicho. – Wyczytuje z ust przyjaciela, które poruszają się bezgłośnie.
Janek zamiera, nasłuchując.
Słyszy podniesione głosy. Wołanie. Niezrozumiały język, brzmiący tak jakby posługujący się nim, wypowiadali słowa od tyłu. Po chwili dociera do niego, że wróg jest coraz bliżej.
Serce omal nie podskakuje mu do gardła, gdy rozlega się nagły strzał, przecinający ciszę.
Patrzy na zatrwożoną twarz przyjaciela, który powoli przesuwa palec w stronę spustu. Janek czuje jak nie może powstrzymać drżenia ciała.
“Opanuj się!” – karci się w myślach, podziwiając Olka, że potrafi utrzymać emocje na wodzy.
Znów nastaje cisza.
Niemal słychać jak serca młodych młodych partyzantów biją jednym rytmem, bębniąc o ściany żeber.
Krzyki. Pośpieszne wydawanie rozkazów. Janek marszczy brwi, próbuje wyłapać jakieś słowa.
– Na lewo!
Rozszerza oczy. Sowieci są coraz bliżej. Jeżeli przejdą chociaż dwieście kroków, to będą tuż przy nich. Nie może się odezwać, ale też nie ma zamiaru leżeć bezczynnie i czekać, aż żołnierz Armii Czerwonej strzeli mu w głowę.
Głosy stają się coraz głośniejsze, jak i dźwięk przeładowywanego karabinu, rozbrzmiewającego niczym bicie dzwonów kościelnych w południe.
– Olek! – Janek szturcha go w ramię, lecz przyjaciel nie spuszcza oka z przemieszczających się przeciwników. Chłopak też ich dostrzega. Muszą się wycofać. Muszą zawrócić, inaczej wszyscy tutaj zginą. Nie mają żadnych szans.
Janek dobrze to wie, że jeżeli teraz zaczną walczyć, to po kwadransie cała drużyna zostanie rozgromiona.
To nie jest ich czas na porażkę, ale też nie na wygraną. Muszą odpuścić. Sowietów jest zbyt wielu, uzbrojonych po zęby, zwartych i gotowych do bitwy.
Olek nakazuje mu ciszę, powoli szykując się do powstania z kryjówki.
– Nie bądź głupi, Olek. Wołaj o odwrót!
– To nasza jedyna szansa. Teraz wybijemy ich co do jednego!
– Olek, zawróćmy!
Huk. Ogłuszający huk, niczym grzmot błyskawicy przeszywającej niebo.
Ciepła krew bryzga na twarz Janka, brudząc jego policzki i skrapiając zsiniałe wargi. Targane konwulsjami ciało Olkależy nieopodal jego stóp.
– Olek…! – woła. Chwyta przyjaciela w ramiona, przyciskając skostniałe dłonie do obficie krwawiącej rany, lecz jego działania są bezskuteczne. Blask w jego oczach gaśnie i po chwili, w jego źrenicach panuje jedynie mrok. Janek zanosi się płaczem, ktoś odciąga go od zwłok przyjaciela, natarczywie ciągnąc w stronę lasu.
– Pośpiesz się! Zostaw go! Odwrót! Odwrót!
Rozbrzmiewa wrzawa przeplatana rozdzierającymi serca okrzykami, ogłuszającymi wystrzałamy, świstem kul przeszywających powietrze.
            Janek biegnie, czując jak płuca palą go żywym ogniem, nogi odmawiają posłuszeństwa i stawiają niedbałe kroki, co jakiś czas stopy zahaczają o wystające korzenie, wystawiając na próbę równowagę osłabionego chłopaka. Chce odrzucić broń, podrzeć mundur i pozbyć się tej etykiety wroga, która do niego przywarła. Pragnie jedynie wydostać się z tej zawziętej batalii i uciec do ustronnego miejsca. Do miejsca, w którym panuje spokój.
– Janek! W prawo! Biegnij w prawo! – Słyszy nim wrzask nagle się ucina. Odwraca się, pełen obaw, czy aby na pewno dobrze zrozumiał. Sylwetki Sowietów znajdują się kilkaset metrów od niego, więc chłopak z przerażeniem przyspiesza, pomimo braku tchu.
I nagle jedyne co czuje to otępiający ból, który przeszywa jego czaszkę, gdy głową uderza w potężny pień drzewa.
                                   *          *          *
            Budzi się na polanie usłanej zakrwawionymi trupami. Powoli otwiera oczy, dłonią przesuwa po czole i krzywi się z bólu, czując wypukłość pod palcami. Przekręca się ostrożnie na bok, a głos więźnie mu w gardle, gdy napotyka wykrzywioną w agonii twarz poległego mężczyzny. Odsuwa się, napotykając kolejne ciało, które przypadkowo trąci ramieniem.
“Co się tutaj stało?!” – krzyczy zrozpaczony w myślach, zrywając się na równe nogi. Chwieje się przez moment, próbując odzyskać równowagę, a ból w jego głowie staje się pulsujący i natarczywy.
“Gdzie ja jestem?” – pyta, lecz nie oczekuje od siebie odpowiedzi. Nie wie.

 Nie wie, gdzie się znajduje.
“Ci ludzie… kim oni są?” – Rozgląda się po ciałach, obficie pokrytych krwią, przygląda się twarzom spowitymi strachem. Idzie pomiędzy trupami, przepraszając za każdym razem, gdy przypadkowo stopą szturcha czyjąś kończynę. Podąża dalej, przebijając się przez ściany wysokiej trawy, pomiędzy którą leżą karabiny, noże, pistolety.
Pod stopami trzeszczą naboje, zaś ziemia nasiąka krwią.
Promienie słońca nieśmiało przeciskają się przez korony drzew, na niebie ptaki szybują pomiędzy kłębiastymi chmurami.
Nie wie, jak się tutaj znalazł.

Patrzy na swój mundur, na biało-czerwoną flagę, zdobiącą jego pierś, ale nie ma pojęcia, co ona oznacza. Chwyta karabinek, który miał przewieszony u boku, dotyka go, ogląda, lecz nie wie, jak się go używa.
Patrzy na obraz pobojowiska, świat jakby zaczyna wirować mu przed oczami. Cisza jest jedyną, którą pamięta.
“Dokąd iść? Dokąd?” – myśli gorączkowo, stawiając niepewnie kroki. Boi się tej niewiedzy, przeraża go to, że nie może sobie niczego przypomnieć. Kto im to zrobił? Dlaczego wszyscy nie żyją?
Nagle dostrzega jakiś ruch pomiędzy drzewami.
“To na pewno jakieś zwierzę.” – mówi w duchu, aby dodać sobie otuchy. Ruch znów się powtarza i  chłopak nie jest w stanie dłużej siebie oszukiwać, wyraźnie dostrzegając ludzką sylwetkę. Dłonie zaczynają mu się pocić, chwyta za karabinek, chociaż obawia się, że gdy będzie próbował go użyć, to jeszcze się zrani, ogląda się nerwowo w poszukiwaniu pomocy, ale zastaje jedynie pustkę.

I tę nieodłączną, wszechobecną ciszę.
Zmienia kierunek swojej trasy. Błądzi pomiędzy wysoką trawą, kryje się pomiędzy drzewami, gałęzie krzewów rozdzierają materiał jego spodni i przecinają skórę.
Nagle ktoś przykłada lufę karabinu do głowy chłopaka. Ponownie wita się z przejmującym bólem, zaś jego ciałem wstrząsa dreszcz. Odruchowo unosi dłonie ku górze.
– N...nie rób mi krzywdy – prosi, starając się ubłagać oprawcę.
– Jo jeszczne nigdyj nikogo nje zabil. A ty no tu, ilu zastrzelijeś? – Chłopak czuje na swoim karku ciepły oddech nieznajomego. W jego głosie słyszy nutę dziwnego akcentu i zdenerwowania.
– Ja? Ja nikogo, nigdy jeszcze… ja nie wiem… – odpowiada, łamiącym się głosem. Nie pamięta, gdy kiedykolwiek kogoś zabił. A co jeżeli to on jest odpowiedzialny za całe te pobojowisko? Co jeśli kłamie, nie będąc tego świadomym?!
– Pokaż ino tu się, no. – Mężczyzna ciągnie go za ramię i obraca w swoją stronę, zaś lufa pistoletu ląduje na jego czole. Chłopak krzywi się z bólu, zaś nieznajomy dokładnie lustruje go wzrokiem.
– Tyś ranny jesteś – stwierdza, zauważając powoli kapiącą krew po twarzy. Po chwili zrywa naszywkę flagi i wyrzuca ją za siebie. – I tero możysz być mojim przyjacielem. A ja ino twojim i nawet ci pomoge.
Klepie go po piersi, a chłopak niczego nie potrafi zrozumieć. Kim jest ten mężczyzna? Dlaczego go nie zastrzelił, skoro miał taką okazję? Po co w ogóle mu pomaga? Głowa powoli zaczyna go boleć od natłoku myśli.
– Cho no ino za mną – nakazuje nieznajomy, ponaglając go gestem dłoni. Chłopak rusza za nim. Nie powinien mu ufać, ale woli nie ryzykować, ciągle przypatrując się połyskującej w świetle słońca broni. Przedzierają się przez wysokie zarośla, chwasty i pokrzywy, parzące w dłonie. Po chwili nieznajomy odzywa się głosem pełnym zainteresowania:
– A no powiedz mi ino, jak ty się nazywajsz?
Chłopak milczy, marszczy brwi, przeszukuje odległe zakątki swojej pamięci, szuka odpowiedzi w odmętach umysłu, lecz po chwili mówi zachrypniętym głosem:
– Nie pamiętam.
                                               *          *          *
Podaje mu manierkę z wodą, a chłopak wypija łapczywie całą jej zawartość.
– I no też nje pamiętacie, jak się tutaj znaleźli? – pyta nieznajomy, obserwując go zza unoszącego się płomienia ogniska.
Chłopak przecząco kiwa obandażowaną głową.
– A to mocno ci się oberwało w te no czuprynę…
– Najwyraźniej… Dziękuję za pomoc...– Robi pauzę, gdyż nie ma pojęcia, jak mężczyzna się nazywa. Ten wyciąga do niego dłoń, pokrytą licznymi rozcięciami.
– Arnulf – mówi, poprawiając chustkę, którą przepasał bujną, czuprynę w kolorze węgla. Chłopak ściska jego dłoń. – W strasznych czasach przyszło nam się spotkać – dodaje ze smutkiem w głosie.
Odkąd znaleźli się na oddalonej o parę kilometrów polanie z postawionym namiotem, Arnulf ani razu nie sięgnął po broń. Przyjął chłopaka bardzo życzliwie: nakarmił go i opatrzył, nie zadręczając niewygodnymi pytaniami. Dopiero wtedy młodzieniec upewnił się, że Arnulf nie wyrządzi mu krzywdy i może mu zaufać.
Wcześniej, gdy Arnulf podsunął mu do zjedzenia jakąś potrawkę z fasolki, chłopak spytał go, dlaczego zerwał mu naszywkę z munduru.
Wówczas mężczyzna zamyślił się, spokojnie gładząc dłonią wywinięte ku górze wąsy.
– Jo żem dostrzegł, że tyś z Polski być. Rozpoznać w tobie partyzanta nie trudno. – Uśmiechnął się blado, a chłopak słuchał go z przejęciem. – Nie każdy chciał walczyć. Nie każdy chciał brać w tym udział i no dlatego ja twoją naszywkę zerwać, bo teraz, już nie masz kraju, dla którego walczysz, to i ja twoim wrogiem nie jestem.
Po tych słowach młodzieniec pogrążył się w długich rozmyślaniach.
“Ja partyzantem?” – zastanawiał się, przyciskając dłonie do głowy, aby w ten sposób zmusić szare komórki do myślenia.
            Ogień powoli dogasa. Chłód owiewa ich ciała.
– Nie każdy z nas jest taki sam. Tak samo zepsuty. Tak samo waleczny – mówi Arnulf, patrząc pustym wzrokiem w dogasające płomienie. – Nie chcę zabijać. Nikogo więcej… – dodaje, po czym wstaje i bez słów pożegnania idzie w stronę namiotu.
Chłopak odprowadza go wzrokiem. Targany poczuciem zmęczenia, zasypia przy tańczących płomieniach ognia.
                                                           *          *          *
            Budzi się z krzykiem, wyrwany z koszmaru.
Oddycha ciężko, będąc wściekłym, że niczego nie może sobie przypomnieć. Do kogo należały te twarze, które ujrzał we śnie? I kim był Janek, którego imię wołano z taką żarliwością i niepokojem?
Janek…
To imię brzmiało niezwykle znajomo.
Przenosi wzrok na wygaszone palenisko, wiatr owiewa mu twarz i po chwili zrywa się na równe nogi, zaś jego usta rozciągają się w ogromnych uśmiechu.
– To moje imię! Tak się nazywam!
Arnulf podchodzi do niego z nieukrywanym zdziwieniem.
– A tobie co?
Chłopak z radością chwyta go za ramiona.
– Janek! Nazywam się Janek! – mówi podekscytowany. – Ja… Ja już pamiętam!
Obraca się, przyglądając się polanie, drzewom, otaczającej ich naturze. Obrazy wspomnień powracają do jego głowy, oczami wyobraźni potrafi dostrzec, to co było wcześniej nim zalała go fala ciemności.
– Przedzieraliśmy się na te tereny… szliśmy tędy, aż… – urywa. Entuzjazm wylatuje z niego jak powietrze uchodzące z balonu. – nas zaatakowali… Sowieci – mówi smutno, a Arnulf kiwa głową.
– Nje każdy jak ja. Nje każdy nie chce walczyć.
– Nic nie możemy zrobić. Sami nie zatrzymamy tej rzezi. – Janek wzdycha. Ma dość tej nieustannej walki, wzajemnego wyrzynania się bliźnich, rywalizacji, prześcigania się.
– Nje, ale… możemy być nieuchwytni. Neutralni. Uciekający.
Janek patrzy na niego z niezrozumieniem.
– Uciekający?
Arnulf palcem wskazuje na majaczące w oddali sylwetki, zbliżające się w ich stronę. Zrywają się do biegu, gdy rozlegają się pierwsze strzały.
Janek porusza nogami, ile sił. Słyszy ciężki oddech Arnulfa tuż za sobą. Tak, teraz pamięta. Ten strach wspinający się po jego ciele, tę nieodpartą chęć zatrzymania się i zakończenia tego marnego życia.
            Tak, teraz pamięta, jakie to uczucie być partyzantem.

                                                           *          *          *
            Dotarli na obrzeża miasta, które Armia Czerwona potraktowała z niewyobrażalną brutalnością. Przywitały ich ruiny, pozostałości po ostatnich bitwach oddziałów cichociemnego Kalenkiewicza i dowódcy Okręgu Nowogródzkiego AK, Zajączkowskiego.
Janek wolnym krokiem idzie za Arnulfem, zastanawiając się, czy postępuje właściwie. Powinien zawrócić. Odnaleźć przyjaciół. Kto wie, może jeszcze żyją?
Zgadza się z Arnulfem, że te wszystkie okliczności wymusiły na ludziach ich zachowania i żądzę krwi i sam pragnął pozostać wobec temu konfliktowi neutralnym, lecz mimo iż mężczyzna zerwał jego naszywkę flagi, w jego sercu i tak gnieździły te barwy.
Zatrzymuje się, zmęczony tą ciągłą wędrówką w nieznane.
– Nje ma tu miejsca dla takich jak my. Trzeba uciekać. Daleko, daleko… – mówi Arnulf, jakby nagle odgadł jego myśli. Janek zastawia mu drogę.
– Tylko dokąd? – pyta zrozpaczony.
– Daleko, daleko… – odpowiada wymownie Arnulf i odchodzi. Janek podąża za nim, lecz narasta w nim gniew.
Nagle zauważa pomiędzy ruinami jakiś ruch.
Ktoś biegnie w stronę Arnulfa, celując w niego z karabinu. Janek ma wrażenie, jakby to wszystko, co się działo jest jedynie złudzeniem.
Rozbrzmiewa huk.
Janek zaciska powieki, przed oczami majaczy mu twarz dawnego przyjaciela, poległego w walce. Nie może zawieść. Nie kolejny raz.
Wydziera broń z dłoni Arnulfa i w szale strzela do przeciwnika, przestając dopóty magazynek jest pusty. Wróg pada na ziemię w kałuży krwi.
Dopiero wówczas Janek dostrzega polską flagę przyszytą do piersi…
Z trudem odwraca wzrok i biegnie do Arnulfa.
– Jesteś ranny?
– Njet… Ta kula obok świsnęła… Ja nie draśnięty. Dzięki, przyjacielu, dzięki… – mówi przejęty, będąc cały czas w szoku po tym niespodziewanym zdarzeniu.
– Chodźmy – nakazuje Janek, pomagając mu wstać.
– Ale dokąd?
– Daleko, daleko… – odpowiada Arnulfowi w ten sam sposób, jak niegdyś on mu.
                                               *          *          *
            Czuje się zdrajcą.
Zabija swojego, nie chcąc mordować nigdy więcej, ratuje Sowieta, przyrzekając, że wybije każdego.
Już sam nie wie, jak powinien postępować. Ma wrażenie, że cokolwiek zrobi, będzie to niewłaściwe.
- Stać!
Słyszą niski, męski głos. Oboje zatrzymują się, a Arnulf klnie pod nosem po rosyjsku. Janek rozumie jego złość - pragnie jedynie wyrwać się z tego piekła, dotrzeć do miejsca, w którym będzie bezpieczny, a ulice przestaną spływać krwią.
– Ręce do góry!
Janek w duchu czuje się szczęśliwy, że to Polak, lecz jego ciało drży. Słyszy jak kamienie chrzęszczą pod butem mężczyzny, gdy ten zbliża się do nich. Chłopak wbija wzrok w ziemię, oddychając ciężko. Po chwili powoli podnosi głowę, napotykając znajome spojrzenie błękitnych tęczówek. Jego posępna twarz promienieje. Przyciąga chłopaka do siebie i ściska przyjacielsko.
– Janeczek! Znalazłem się, cholera, myśmy myśleli, żeś ty martwy! Chłopaki, to Janek! Żywy! Żywy! – krzyczy podekscytowany, zaś w kącikach oczu pojawiają się łzy. Janek odwzajemnia uśmiech, ale nie potrafi przypomnieć sobie, kim jest ten mężczyzna. Czuje, że na pewno to jego przyjaciel, może ktoś z jego drużyny, lecz w głowie ma pustkę. Po chwili podbiegają do nich pozostali mężczyźni, ochoczo witając się z Jankiem. Tarmoszą go za uszy, mierzwią włosy w przyjacielskich gestach i zanoszą się donośnym, radosnym śmiechem.
– Kazik, ty to masz oko, żeś ich wypatrzył! – woła jeden, a reszta kiwa potakująco głowami. Po chwili spokój zostaje zaburzony, gdy Kazik pokazuje palcem na Arnulfa.
– Co to za jeden? – pyta Janka.
– Przyjaciel. Możecie mu zaufać. – Janek gestem pokazuje, aby Arnulf podszedł bliżej. Mężczyzna kieruje się w ich stronę, lecz jego nadal spoczywa na broni, co nie umyka czujnemu spojrzeniu Kazika.
– Spokojnie, możesz zdjąć dłoń z karabinu. Nie zrobimy ci krzywdy – mówi uspokajająco chłopak, ale jego twarz zdradza napięcie. Arnulf nie wykonuje jego polecenia.
– Jo się czujem bezpieczniej, gdy przy takiej bestyji mam broń – odpowiada Arnulf, nawet nie starając się ukryć swojego rosyjskiego akcentu.
Pozycja Kazika momentalnie ulega zmianie; jego mięśnie naprężają się, gdy chwyta za broń, marszczy brwi w skupieniu, wargi wyginają się w nieprzyjaznym grymasie.
Ku zdziwieniu chłopaka, karabin zostaje wycelowany w niego.
– Janek, co z tobą?! To Sowiet! Przeklęty Sowiet! – drze się Kazik, zaś jego palec przesuwa się niebezpiecznie blisko spustu. Janek unosi dłonie w geście poddania.
– Pomógł mi! Wyprowadził z tego pola bitwy, opatrzył, nakarmił… To dobry człowiek, nie możesz mu zrobić krzywdy, tylko dlatego że jest Sowietem!
– A właśnie, że mogę do cholery! Tak jak tobie, nawet jeśli jesteś Polak!
– On już nie nasz… Zdrajca – odzywa się inny głos.
– Kłamca!
– Kazik, opanuj się… Janek ma rację… To człowiek taki sam jak my i jeszcze Janeczkowi pomógł – oponuje inny chłopak, a Janek posyła mu spojrzenie pełne wdzięczności.
Nagle mężczyzna oddala się i podchodzi do Arnulfa, bijąc go bronią w pierś.
– Odłóż broń i udowodnij, że można ci zaufać.
– Pewnie nie rozumie… – mówi ktoś, kogo Janek nie może sobie przypomnieć. Arnulf stoi prosto i nawet nie myśli o tym, aby odrzucić karabin. Poprawia go, patrząc hardo w płonące gniewem oczy Kazika.
– Można, ale ja nje ufam wam.
– Już spokojnie, Arnulf. To moi przyjaciele. Nie zrobią ci krzywdy. – Janek posyła mu pokrzepiający uśmiech, lecz Sowiet  kręci przecząco głową.
– Ale tobie chcieli… Jo sam nje wiem…
– Dość tej paplaniny – wybucha Kazik, po czym przeładowuje broń, a Sowiet poruszony nagłą gwałtownością mężczyzny, rzuca się na niego. Oboje padają na ziemię, wznosząc chmurę kurzu. Zaczynają okładać się pięściami, szamocząc się za materiały ubrań.
– Wystarczy! Spokój!
– Dosyć! – krzyczą wzburzeni partyzanci, odciągając walczących mężczyzn od siebie. Oboje dyszą z wyczerpania, patrząc na siebie złowrogo. Arnulf wyciera dłonią nos, zaś na kancie dłoni pozostaje mu smuga świeżej krwi.
– Parszywy drań! – Kazik spluwa przed stopami Sowieta, unosząc się pychą. Janek z trwogą obserwuje zachowanie mężczyzn, nie wiedząc jak się zachować. Waha się pomiędzy stanięciem po stronie szykanowanego Arnulfa, a po stronie żołnierzy, z którymi walczy za ojczyznę.
Uwagę wszystkich od bijatyki odciąga czyiś nagły krzyk:
– Zabili go! Zabili!
Podbiega do nich zziajany młodzieniec, dłonią przytrzymuje się pod bokiem, próbując złapać oddech.
– Zabili! – woła zrozpaczony. Mundur lśni od kropelek krwi, z czoła spływa mu pot, zaś twarz owiewa cień smutku i żalu. Kazik chwyta go gwałtownie za ramiona i nerwowo potrząsa.
– Kogo, Staszek? Kogo zabili?! – pyta wzburzony, a chłopaczyna kręci głową, jakby bał się udzielić odpowiedzi, aby się nie rozpłakać.
Zaciska powieki, po czym zdobywa się na odwagę. Janek przygląda mu się z zaciekawieniem, czując dziwne mrowienie pod skórą, jakby tysiące dżdżownic wiło się w jego żyłach.
– Niedźwiedzia… – mówi na jednym wdechu, a Kazik puszcza chłopaka i chwyta się za głowę.
– Jak to? Karola?! – Zdezorientowani partyzanci patrzą po sobie, nie mogąc uwierzyć, że ich przysadzisty i barczysty kolega, który dzięki swojej tuszy zyskał przydomek “niedźwiedzia”, został zabity.
– Wypełnił rozkaz Kazika i poszedł na zwiad… I zobaczcie, do czego to doprowadziło… – Chłopak ściąga czapkę z głowy i przyciska ją do piersi. Nagle w tłumie dostrzega Janka. Jego twarz promienieje, lecz jego oczy zdradzają, ile bólu przysporzyła mu strata Karola. – Odnalazłeś się, Janeczku! – mówi z radością w głosie.
Chłopak blednie, ma wrażenie, że jego oddech nagle staje się płytki, zaś mięśnie drętwieją. Pamięć znów go zawodzi, bo nie wie, kim jest osoba, która się do niego zwraca, ale za to dobrze wie, kiedy ostatnio pociągnął za spust.
I dobrze wie, kim była jego ofiara.
Przeszywa go zimny dreszcz. Sytuacja zaczyna być niewygodna zarówno dla niego jak i dla Arnulfa. Posyła mu porozumiewawcze spojrzenie, aby jak najszybciej oddalili się od polskich partyzantów. Sowiet najwyraźniej rozumie wysyłane przez niego sygnały, bo zaczyna się wycofywać, znikając z pola widzenia młodym żołnierzom.
Kazik nadal nie może dojść do siebie; jego twarz zalewa czerwień gniewu i złości, sięgająca aż po same uszy. Chwyta gwałtownie za broń.
– Ty! To musiał być on! Spójrzcie tylko na jego zakrwawione ubranie! – krzyczy, oskarżycielsko wbijając palec w oddalającego się Sowieta – Musi mieć coś na sumieniu, skoro ucieka! Jak marny tchórz! Stój!
Rzuca się w pościg za Sowietem, który przyspiesza.
– Kazik, zaczekaj! – krzyczy Janek, zmuszając się do biegu. Pozostali jedynie tępo

przypatrują się mężczyznom.
Arnulf przewraca się, uderzając brodą o wystający kamień. Jęczy z bólu, po czym gdy próbuje się podźwignąć i wstać, Kazik uderza go bronią w tył głowy.
Nie przestaje, pomimo błagalnych próśb Sowieta Zwiększa intensywność swoich ruchów, wkładając w to, całą swoją energię i siłę. W końcu litanie Sowieta cichną, zaś na twarz Kazika tryska krew.
Janek chwyta go za ramiona, lecz nie ma tyle siły, aby przeciwstawić się kompanowi.
– Zostaw go! Zostaw!
– Kogo?! Tego cholernego zabójcę?! Janek, widzisz tutaj kogoś innego, kto mógłby zabić Karola?! Nie rozumiesz, że to wszystko dzieje się naprawdę? Albo my – Zakrwawionym karabinkiem wskazuje w stronę spoglądających na nich przyjaciół, po czym przenosi go na skatowanego Arnulfa – albo oni – dodaje dobitnie, plując na martwe ciało Sowieta
Kazik wyrywa się z uścisku Janka, zaś ten zamiera.
Nie może do niego dotrzeć, że wróg uratował mu życie, podczas gdy jego kompani pozostawili go na pewną śmierć.
– Kazik…
– Należało mu się! – wołają chłopcy, biegnący w ich stronę.
Ich twarze wyrażają triumf, zwyciężyli nad wrogiem, zemścili się za zakatowanego towarzysza, lecz nadal nie znają prawdy…
Janek patrzy z bólem na martwe ciało Arnulfa, w duchu dziękując mu za wszystko, co dla niego zrobił.
Czuje na ramieniu czyjąś dłoń, więc odwraca się dostrzegając twarz Kazika, spowitą skupieniem, jak niegdyś, gdy szturmowali rosyjski oddział.
– Janek, już czas – mówi tym samym zachrypniętym głosem od wydawania rozkazów.
Odchodzą, zaś wiatr delikatnie unosi ziarenka piasku, które niczym złoty pył opadają na nieruchome ciało Sowieta.
                                                           *          *          *
            Młody wyrywa staruszkowi ze spracowanych dłoni stary album, pełen rozlatujących się fotografii, niedbale sklejonych taśmą.
– I naprawdę po prostu tak odszedł? – pyta chłopiec, spoglądając na mężczyznę z wyczekiwaniem, mrugając wielkimi oczami jak denka od słoików, w których iskrzyła się ciekawość. Stary twierdząco kiwa głową.
– Nie wiedziałem, dziadku, że potrafisz opowiadać takie historie… – dodaje chłopczyk, wertując album i przyglądając się poszczególnym twarzom uwiecznionym na fotografiach.
Dziadek zaśmiewa się tak donośnie, że po chwili zanosi się kaszlem.
– To nie żadna historyjka, Tomaszku… – mówi, z utęsknieniem przesuwając kciukiem po albumie. – Wiesz… to wszystko wydarzyło się naprawdę.
Tomek marszczy brwi, przykłada małą rączkę do podbródka i żarliwie się nad czymś zastanawia.
– Tyle mi o nich opowiadałeś, dziadku, że to wydawało mi się czymś nierealnym. Byli tacy odważni… – mówi mały.
– Byli – przytakuje mężczyzna, uśmiechając się pod nosem. Po chwili przyciąga wnuka bliżej siebie i otula go ramieniem. – Walczyli wtedy, gdy innym zabrakło sił, nie poddawali się, gdy inni złożyli broń, nie wyparli się polskiej natury, gdy inni poddali się sowietyzacji… Byli niezłomni w tym, co robili. Niezłomni w walce. W nadziei na silny i wyzwolony kraj.
– Byli żołnierzami wyklętymi, prawda, dziadku? – pyta młody z satysfakcją w głosie, że wiedział, do czego zmierza staruszek.
– Tak, byli – odpowiada, a ledwo widoczna, osamotniona łza, stoczyła się po pokrytym bruzdami, pomarszczonym policzku i skapnęła na wyblakłą, czarno-białą fotografię młodzieńców z karabinami przewieszonymi u boku.
“I odszedłem.” – myśli, mierzwiąc włosy chłopca. – “Ja, partyzant…”



Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0

Please publish modules in offcanvas position.

Free Joomla! template by Age Themes