MOJMIRA / Dominika Danieluk

extra_toc

 

Print Friendly, PDF & Email 

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS Nr 11, grudzień 2017


Autorka; Dominika Danieluk

Mojmira

„Żądza wiedzy, wspólna wszystkim ludziom jest chorobą, której nie można uleczyć, ponieważ ciekawość wzrasta wraz z wiedzą.” - Kartezjusz

Prolog 

Las. 

Sosny, jodły, dęby oraz inne drzewa pięły się w górę do słońca. Ognistej kuli, która zapewniła życie na ziemi.

W jej blasku wypoczywały dwa drozdy, wysoko na gałęzi świerku. Wiodły spokojne życie.  

Delikatna woń zawilców żółtych mieszała się z aromatem ziarnopłonu wiosennego, który roznosił się po leśnej gęstwinie. Kwiaty te tworzyły żółty dywan otulający ziemię.  

W tej kniei zdawać by się mogło panował niczym niezmącony spokój. Jednak tak było z pozoru.  

Cichą melodię lasu przerwał trzask łamanych gałęzi. Szybki kobiecy oddech. Młoda nastolatka biegnie przez las.  

Towarzyszy jej przerażenie. Strach przed tym potworem. Gonił ją, ponieważ wiedziała za wiele. Rozgryzła tajemnice, których rozwiązanie poznali nieliczni i przez nie zginęli. Taki los czeka też i ją, jeśli bestia dorwie swoją ofiarę.  

Dziewczyna biegła przed siebie. Nie interesowało ją gdzie, ale jak daleko. Wiedziała, że nie mogła się zatrzymać. Jedyne co słyszała to głośne bicie swojego serca. Czuła jak dziwny dreszcz przechodzi przez jej ciało. Włosy stają dęba. Wyczuwała, że jest blisko. Powoli, ale nieubłaganie się zbliżał. Nerwowo rozejrzała się na boki, nie przestając biec. Nigdzie nie widziała jego smukłej postury skrytej w cieniu drzew.  

Myślała tylko o jednym, aby dotrzeć do miasta. Do ludzi. Dobrze wiedziała, że nie zaatakuje jej w tłumie. Zwróciłby na siebie zbyt dużo uwagi, a On wolał, żeby ludzie mieli go za miejską legendę. Bajkę, którą opowiada się dzieciom jako przestrogę. Tego pragnął, aby jego istnienie było uważane za fikcję.  

A ta dziewczyna mogła wszystko zniszczyć. Jest pierwszą, która poznała jego sekrety. Połączyła fakty i odkryła sekrety, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego.  

Ona mogła zniszczyć jego świat.  

Nastolatka przewróciła się o wystający korzeń.  

- Kurwa - powiedziała pod nosem,  patrząc za siebie. 

 Pusto. Nie było za nią żadnej żywej duszy. Jednak nadal czuła to przeczucie, które kazało jej uciekać jak najdalej. Natychmiast się podniosła, nie zważając na ból w kostce. Adrenalina wędrująca w jej żyłach była wystarczająco silna, aby stłumić jakiekolwiek boleści. W trakcie upadku kilka gałęzi zahaczyło o rękaw jej koszuli, rozrywając go.  

Ale teraz do nie było istotne. Małe zadrapanie oraz wiele innych jakich się dzisiaj nabawiła nie grały dużej roli. Liczyła się tylko ucieczka.  

Dlatego biegła dalej. Rękoma odgarniała gałęzie. Kilka z nich zahaczyło o jej policzek, pozostawiając na nim drobną ranę.  

Nagle poczuła ostry ból w skroniach. Coś jakby igły przebijały jej czaszkę, wdzierając się do środka. Powoli. Bardzo powoli.  

Było to tak silne uczucie, że przed jej oczami pojawiły się czarne plamy. Jej ciało opuszczały wszelkie siły. Musiała się zatrzymać, przystanąć. Chwyciła się za głowę. Ból tępił jej zmysły. Nie pozwalał się skupić.  

Lecz w ostatnim czasie dowiedziała się pewnej rzeczy, która może złagodzić taki ból. Tylko inny ból równie silny, bądź nawet gorszy.  

Do pasa miała przypięty stary nóż myśliwski. Podręczny nóż, który dostała w prezencie od swojego dziadka. Odrestaurowana skórzana pochewka. Na drewnianej rękojeści widniał wyrzeźbiony profil wilka. Ostrze, błyszczące oraz zadbane. Według jej dziadka nóż mógł mieć nawet sto lat, ale ona w to zbytnio nie wierzyła.  

Zanim go dostała, wiele razy ćwiczyła z dziadkiem rzucanie nożami oraz walkę. A raczej proste i łatwe ruchy do zapamiętania, w razie jakiegokolwiek ataku.  

Ale nie miała zamiaru walczyć, nie z Tym. On był za potężny na taką rzecz.  

Trzęsącą się ręką wyjęła nóż, opierając się plecami o pobliskie drzewo. Przyłożyła ostrze do wierzchu dłoni, jednak zanim to zrobiła rzuciła okiem na las. Nic. Żadnego dźwięku. To źle wróżyło. Gdyby usłyszała najdrobniejszy dźwięk jakiegoś zwierzęcia. Świergot ptaków. Ale nic. Tylko cisza. Nie czuła się bezpiecznie. Wiedziała, że musi być gdzieś blisko. Ból nasilał się z minuty na minutę. Musiała działać szybko. Tak żeby najmniej bolało.  

Zamknęła oczy i wbiła ostrze w rękę. Przygryzła wargę. Krew powoli sączyła się z rany. Spłynęła po ostrzu, a potem spadła na trawę, barwiąc ją.  

Ból w głowie ustępował. Wolno, ale znikał. Otworzyła oczy, spoglądając na ranę. Jej serce nadal waliło, lecz oddech pomału się uspokajał.  

Chyba trochę przegięłam, pomyślała. Schowała nóż do pochwy, a rękę owinęła chusteczką.  

Wiedziała, że musi się uspokoić. Działania jakie prowadziła do tej pory donikąd jej nie prowadzą... chyba, że w ramiona kostuchy.  

Trzeba przeanalizować sytuację.  

Jego moc nie powaliła mnie tylko przyćmiła. To oznacza, że nie wie, gdzie dokładnie jestem i wysłał coś w stylu fali ogłuszającej. Bądź doskonale zna moje położenie, ale jest jeszcze daleko.  

Wolałabym pierwszą opcję. On może przemieszczać się na duże odległości w bardzo krótkim czasie. W końcu potrafi się teleportować.  

Muszę znaleźć kryjówkę. Przeczekać najgorsze.  

Jak pomyślała tak zrobiła. Nadal poruszając się przed siebie rozglądała się bardziej uważnie. Szukała jakieś jamy, szczeliny, miejsca, gdzie mogła się ukryć.  

Wiedziała, że gdzieś tutaj jest stary dom myśliwski, ale to nazbyt oczywista kryjówka. Jeśliby schroniła się tam, od razu mogła żegnać się z życiem. Na pewno On by ją sprawdził.  

Musiała znaleźć coś innego. Niepozornego i niewidocznego.  

Przeszła się jeszcze kawałek. Gdy nagle straciła grunt pod nogami. Upadła w krzaki, łamiąc przy tym kilka gałęzi. Usłyszała szelest liści oraz trzepot skrzydeł. To były dwa spłoszone drozdy.  

Nastolatka wstała, podpierając się zranioną ręką. Natychmiast się skuliła, chwytając za dłoń. Przyszedł ją dojmujący ból. Spojrzała na ranę. Na chusteczce zaczęły pojawiać się małe czerwone plamy.  

Podniosła głowę, rozglądając się wokoło. Zorientowała się, że leży w jakiś gęstych krzakach z czarnymi jagodami. Kojarzyła je, lecz nie potrafiła przypomnieć sobie ich nazwy. Odwróciła się. Za nią znajdowało się coś w rodzaju nory albo jamy. Była na tyle głęboka, że schowałby się tam dorosły człowiek. Wejście do zagłębia zasłaniały krzaki.  

Doskonała kryjówka, pomyślała, wchodząc do środka. 

Położyła się na zimnej ziemi. Próbowała uspokoić oddech.  

Muszę czekać. A przede wszystkim wyciszyć się. On mnie znajdzie, jeśli nie oczyszczę umysłu z wszelkich myśli. 

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.  

Skupiła się na oddechu. Serce powoli normowało swój rytm. Oddech cichł. Zamknęła oczy. Do jej uszu dobiegał tylko szelest liści.  

W obliczu niebezpieczeństwa udało się jej zachować spokój, a przynajmniej jego namiastkę.  

Nagle usłyszała trzask. Słaby, ale jednak. Gdzieś z prawej. Zbliżał się.  

Trzask. Ale tym razem bliżej.   

Wzdrygnęła się, lecz nadal siedziała spokojnie. Nie mogła dać ponieść się emocjom.  

Odgłosy łamanych gałęzi były coraz głośniejsze. W pewnym momencie znajdowały się tuż obok niej. Jej ciało odruchowo chciało uciekać, lecz przeciwstawiła się temu. Nawet jeśli w każdej chwili czarne jak smoła macki obejmą ją i rozerwą.  

Z trudem udawało jej się zachować czysty umysł.  

Ale tak się nie stało. Odgłosy powoli się oddalały, cichły. On szedł dalej. Nie zauważył jej.  

Udało się, pomyślała. Po jej policzkach samowolnie poleciały łzy. Z ulgi, że odszedł i ze szczęścia, że żyje.  

Nadal miała zamknięte oczy.  

Jednak chwila wytchnienia nie trwała długo. W kilka chwil potem, poczuła mocny ucisk wokół kostki, a potem jakaś siła wyciągnęła ją z kryjówki...  

  

Jednak zanim poznacie dalszy ciąg tej historii musicie dowiedzieć jak doszło do tej sytuacji.  

Dlaczego? 

Bo w przeciwnym razie nie zrozumiecie dalszych wydarzeń. Będą one dla was nie jasne i będziecie mieli wrażenie, że czegoś brakuje.  

Dlatego cofniemy się o kilka dni. Zanim Mojmira, bo tak miała na imię uciekinierka, spotkała Slenderman'a.  

Do dnia kiedy wyglądała przez okno w sali anglistycznej, przyglądając się sylwetkom ludzi na ulicy....  





Rozdział I 

 

Zanim poznacie dalszy ciąg historii jak wcześniej mówiłam musimy cofnąć się w czasie.  

Wyobraźcie sobie zegar. Wskazówki powoli przesuwają się do przodu zwiastując koniec. A obok nich znajduje się data.  

18 maja 2015 roku. Poniedziałek. Piętnaście minut po drugiej popołudniu.  

Nazwijmy tą chwilę godziną Zero.   

A teraz wskazówki zaczynają się cofać. Co raz szybciej i szybciej. Tik. Tak. Tik. Tak. 

 Najpierw o godzinę, potem o dwie...  

14 maja 2015 roku. Czwartek. Godzina czternasta piętnaście. 

 

Ten moment będzie idealny do rozpoczęcia historii.  

 

Jednak zanim to nastąpi trzeba wam przedstawić kim dokładnie jest Mojmira.  

Wielu z was zastanawia się zapewne skąd to dziwne imię? Co ono oznacza? Kim ona właściwie jest? 

Spokojnie wszystko z biegiem czasu się wyjaśni.  

Zaczniemy od czegoś prostego.  

Mojmira to na pozór zwykła osiemnastoletnia dziewczyna, a tak właściwie już kobieta. Obecnie uczęszcza do drugiej klasy liceum. Dobrze ucząca się uczennica z jedną bliską przyjaciółką Mary. Ale o niej dowiecie się trochę później.  

Nasza bohaterka od dwóch lat mieszka w południowej Anglii, w niewielkim miasteczku nieopodal rozległego lasu.  

 A co nasza bohaterka robi w Anglii? 

Jej ojciec, który wychował się w Polsce posiada brytyjskie korzenie. Z czasem dostał tam dobrze płatną pracę, jednak nie jest to jakoś szczególnie ważne.  

Wracając... 

Mojmira to prasłowiańskie imię znaczące "mój skarb" albo "mój pokój". Nazwała ją tak matka, rodowita Słowianka, która żyła w otoczeniu prawie zapomnianego narodowego folkloru.  

Mitologia słowiańska.  

Dzisiaj niemal popadła w zapomnienie, lecz nadal żyją rodziny, które przekazują dalej stare legendy i mity. Baśń o boskiej krainie Wyraju, gdzie siedzibę mają bogowie - Świętowit, ojciec bogów, pana Słońca. Jego trzech synów - Peruna, który razem z swoim bratem Weselem stworzyli życie na Ziemi i najmłodszego z nich Chorsa - strażnika nocnego nieba.  

Można byłoby ich tak wymieniać, podobnie jak demony słowiańskie - strzygi, żmije, bogunki... Każde z nich czym się różni, ale nie martwcie się. W tej opowieści poznacie chociaż kilka z nich.  

A teraz matka Mojmiry, Myślibora. Imię to znaczyło "tę, która myśli o walce". Nie było ono trafne do charakteru, mamy dziewczynki. Kobieta była niezwykle spokojną osobą. Wolała rozwiązywać sprawy pokojowo przez rozmowę. Ale nie wyobrażajcie sobie, że była naiwna! Skądże! Jednym z jej atutów jest inteligencja, które odziedziczyła jej ukochana córka.  

Ojciec Mojmiry nosił bardziej powszechne imię, przynajmniej w Anglii, Noah. Wesoły, przyjazny mężczyzna o wielkim talencie kulinarnym. To właśnie on sprawił, że Noah otworzył niedużą restaurację, a raczej bar.  

A żona pracowała jako weterynarz. Dość ciekawe połączenie.  

Ostatnim członkiem rodziny był jedenastoletni Markusław. Żywiołowy, energiczny chłopczyk.  

Normalna rodzina. Każdy miał swoje hobby, własne zdanie. Nie jeden raz się kłócili i godzili jak każdy.  

Ale mieli jedną rzecz, która ich łączyła - zamiłowanie do kultury prasłowian, chociaż w różnym stopniu.  

 

Czas ruszyć historię do przodu.  

Powróćmy do klasy, w której Mojmira patrzyła przez okno. Zostało ostatnie dziesięć minut do końca lekcji. Z niecierpliwieniem czekała na dzwonek. To nie tak, że nie lubiła szkoły. Było to miejsce, gdzie mogła spotykać się ze swoją przyjaciółką Mary. Znały się  od dzieciństwa, ponieważ Mira przyjeżdżała do tego miasta na każde wakacje.  

Zaprzyjaźniły się w wieku dziesięciu lat, gdy Mira była dręczona przez inne dzieci na placu zabaw. Dzieci jak to dzieci, znalazły naprawdę banalny powód do żartów. Jej imię.  Wołały na nią Modżo. Kiedy Mojmira była bliska płaczu pojawiła się Mary. Przez to, że wychowała się w towarzystwie trzech braci przejawiała podobne do nich cechy. Jak łatwe wpadanie w kłopoty.  

Od tego incydentu stały się przyjaciółkami.  

 

Ale wracając do lekcji angielskiego. 

- Hej, nie stresuj się tak - szepnęła Mary pokrzepiająco. - To tylko prezentacja.  

Mojmira oderwana od rzeczywistości, gwałtownie do niej wróciła. Lekko zdezorientowana popatrzyła na przyjaciółkę, analizując to co powiedziała.  

- Nie, naprawdę nic mi nie jest - odrzekła ledwo słyszalnie, z powrotem skupiając się na sylwetkach na ulicy.  

- Mnie nie okłamiesz - rzekła Mary, zbliżając się do przyjaciółki. - Od początku lekcji patrzysz się w okno, a od kilku minut uderzasz ołówkiem o kant ławki. Tak. Serio jesteś rozluźniona - dodała ironicznie, oddalając się.  

Mojmira musiała przyznać przyjaciółce rację. Okropnie denerwowała się dzisiejszą prezentacją.  

Nauczycielka kilka tygodni temu zapowiedziała uczniom, że mają  przygotować krótkie zobrazowanie wybranej mitologii. A dlatego, że pani Sohpia znała się trochę na etymologii imion, więc szybko domyśliła się z jakiej kultury wywodzi się imię Miry.  

I tak właśnie za zaledwie kilka minut, kiedy Jeremy skończy swój wykład o bogach skandynawskich przyjdzie jej kolej.  

Mojmira to osoba, która nie przepadała za wystąpieniami publicznymi. Jednak były one częścią życia. Może nie na każdym kroku się jej spotyka, ale są. Zwykła prezentacja przed klasą, szkolne przestawienie, nawet obrona pracy magisterskiej. Każde z nich wymaga odwagi oraz minimalnych umiejętności oratorskich. W skrócie można powiedzieć, że w kontaktach międzyludzkich Mira była nieśmiała.  

 

Dziewczyna próbowała się jakoś odprężyć, obserwując ludzi za oknem. Z tej klasy miała doskonały widok na główną ulicę. Znajdowało się tutaj kilka sklepów, głównie odzieżowych, ale i też jeden minimarket, gdzie zapominalscy uczniowie zaopatrywali się w śniadania.  

Nic niezwykłego. Kilkoro nastolatków próbowało wymknąć się ze szkoły. Dorośli wracali do domów, albo szli do pracy. Wszyscy wydawali się gdzieś śpieszyć. Jakby goniło ich stado wygłodniałych psów, zmuszając do biegu. Nikt nie zatrzymał się, aby spojrzeć w bezchmurne błękitne niebo. Po prostu przystanąć i choć na chwilę zatrzymać się w tym wyścigu szczurów.  

Mojmira westchnęła ciężko. W ten chwili, któremuś z tych ludzi brakło czasu, a ona czuła, że ma go za dużo.  

Rozejrzała się jeszcze raz, gdy nagle jej wzrok przykuł chłopak w pomarańczowej bluzie z kapturem. Byłby to normalny widok, o ile nie byłoby ponad dwadzieścia stopni. 

Kto normalny chodziłby teraz w bluzie? Pomyślała, przyglądając mu się.  

To było dziwne, ale po chwili nastąpiło coś jeszcze bardziej osobliwego.  

Chłopak nagle zatrzymał się, rozglądając się dookoła. Zachowywał się jakby doskonale wiedział, że ktoś go obserwuje. Nikt oprócz Mojmiry nie zwrócił na niego uwagi. Jakby go tam nie było. Albo nie wszyscy ludzie byli typem obserwatorów jak Mira.  

Ale wracajmy do dziwnego chłopaka. Rozejrzał się wokół i nagle odwrócił się w stronę naszej bohaterki. Zdawał się doskonale wiedzieć, gdzie ona jest. To nie były żadne zwidy. On patrzył wprost na nią.  

Mira zaskoczona, aż odsunęła się trochę od okna. Tak jakby chciała się ukryć przed jego natarczywym wzrokiem. Ale jak miała się ukryć się przed jego wzrokiem, skoro nie widziała jego twarzy. Skrywał ją cień kaptura oraz coś w rodzaju czarnej maski.  

- Mira – z transu wyrwał ją głos przyjaciółki oraz ręka na ramieniu. Dziewczyna zdezorientowana rozejrzała się po klasie. - Twoja kolej.  

Mojmira bezgłośnie przytaknęła, biorąc do ręki plik kartek. Jeszcze zanim wstała, spojrzała przez okno w miejsce, gdzie stał ten dziwny chłopak. Lecz jego już nie było.  

Chyba mi się to tylko zdawało, pomyślała.  

Musiała wrócić do rzeczywistości. Westchnęła, zbierając w sobie wszystkie pokłady odwagi jakie w sobie miała i ruszyła na środek sali.   

Stąpała powoli. Mojmira zachowywała się jakby zmierzała na ścięcie. Dla niektórych mogłoby się to wydawać komiczne, jednak dla niej takie nie było. Jak wcześniej wspomniałam Mira była osobą nieśmiałą. A to ćwiczenie miało jej pomóc się przemóc, tak przynajmniej zakładał plan nauczycielki.  

Lecz czy doszedł do skutku za chwilę się przekonacie. 

Mira stanęła przed klasą. Wszystkie mięśnie jej zesztywniały, nogi zrobiły się miękkie jak z waty, a głos stanął w gardle. Dziewczyna czuła na sobie wzrok całej klasy. Świdrujące, wyczekujące spojrzenia. Słychać było jedynie tykanie zegara.  

Mojmira zerknęła na  swoją przyjaciółkę. Jej oczy zdawały się mówić "Dasz radę." Mira spojrzała jeszcze  na anglistkę. Kobieta w kwiecie wieku, czekała. W jej zachowaniu nie było nic ponaglającego.  

Napełniło to uczennicę spokojem. Wzięła głęboki wdech. 

"Dalej Me, przygotowywałaś się do tego, pomyślała pokrzepiająco. 

Teraz was zapewne ciekawi, dlaczego Mojmira określa siebie mianem Me. Zgadałam? 

To przezwisko ma swoją historię, krótką, ale ma.  

Zaczęło się to od tego, że rodzice Myślibory często wołali na Mojmirę przemiennie. Albo Mira. Albo Moja. Moja wzięło się z pierwszego członu imienia bohaterki. A ojciec przez dzieciństwo spędzone w Brytanii, skojarzył polskie słowo "moja" z jego angielskim odpowiednikiem "me". Od tego czasu przezwisko Me, przylgnęło do dziewczyny. Nikt nie miał nic przeciwko niemu. Wszystkim się spodobało. I do tego wyspiarzom łatwiej było mówić Me niż Moja, bardziej naturalnie.  

Chociaż, gdy ktoś pytał o jego pochodzenie, Mojmira musiała najpierw wytłumaczyć znaczenie jej imienia, a potem polskie "moja" i angielskie "me".  

 Wdech. Wydech. Me już z o wiele mniejszym stresem spojrzała na klasę. Ukradkiem jeszcze spojrzała na swoje kartki. Miały one służyć pomocą w razie zająknięcia. Jednak matka Miry, która nie raz sprawdzała - na prośbę córki - to wypracowanie, wątpiła w taką możliwość, ponieważ jeśli się opowiada o tym co się kocha słowa płyną jak wartki potok.  

Nawet uczniowie dostrzegli gwałtowną zmianę w zachowaniu koleżanki. Zamiast zgarbiona, stała wyprostowana emanując pewnością siebie. Mary miała przeczucie, że prezentacja Me o słowiańskich bogach będzie niezwykle ciekawa. Lecz nikt tego dnia jej nie usłyszał. Dzwonek zadzwonił w momencie, gdy Mira miała wypowiedzieć pierwsze słowo.  

Lekko zdziwiona odwróciła się tyłem do klasy, przyglądając się zegarowi nad tablicą. Zadzwonił o kilka minut za wcześnie.  

Jak w prawie każdej szkole dzwonki nie są punktualne. Niekiedy zadzwonią o minutę lub dwie za wcześnie, odbierając ważne minuty na sprawdzianie, w czasie, których dostało się nagłego olśnienia. Bądź o kilka minut za późno odbierając cenną dla uczniów przerwę, gdy odpisują zapomniane zadania domowe.  

W tej sytuacji zadzwonił za wcześnie. Me nie była pewna, czy się cieszyć, czy płakać. Z jednej strony nie musiała dzisiaj przezwyciężać tremy, a z drugiej wiedziała, że nie da się tego odwlekać w nieskończoność. Wątpiła, aby anglistka zapomniała o niej, jeśli ocena z tego projektu mogła zmienić Mojmirze ocenę roczną.  

Wszyscy uczniowie prędko spakowali się i wyszli z klasy. Mira podeszła do swojej ławki i schowała przybory do torby.  

- Ty to masz szczęście - rzekła Mary, opierając się o ławkę.  

- Zależy jak kto na to patrzy, panno Whitemore - powiedziała nauczycielka, przechodząc obok uczennic. - Jeśli komuś zależy na bardzo dobrej ocenie na koniec to raczej nie. W szczególności, że panna Czarna ma coraz mniej czasu. - dodała anglistka, spoglądając najpierw na Mary, a potem na Me. - Następna lekcja odbędzie się dopiero w czwartek, ponieważ uczestniczę w ustnych maturach. Radziłabym Mojmiro dobrze przygotować się do tego, bo zamierzam od twojego wypracowania rozpocząć lekcję - dodała na koniec.  

- Dobrze, pani profesor - odrzekła niemrawo Mira.  

                                                                                           … 

Kilka minut potem. Plac szkolny.  

Po krótkiej rozmowie z nauczycielką dziewczyny udały się w stronę szkolnej bramy.  

- Ona ci raczej nie odpuści - rzekła Mary.  

- Serio? Jakoś nie zauważyłam - powiedziała ironicznie Mojmira. 

Nastolatka była lekko poddenerwowana. Świadomość, że anglistka szczególnie wyczekiwała jej projektu, potęgowała jej stres.  

- Wiem, że się denerwujesz, ale nie musisz być od razu wredna - odrzekła Mary.  

Starała się udawać urażoną, wypowiedzią przyjaciółki. I trzeba przyznać Me odczuwa lekkie wyrzuty sumienia. Była zła, ale nie chciała wylądować się na Mary. Mira Westchnęła ciężko.  

- Przepraszam, nie chciałam - oznajmiła Mojmira.  

- Spokojnie tylko się z tobą droczę - powiedziała z uśmiechem Mary. 

Jednak zanim Me zdążyła coś na ten temat powiedzieć, obydwie zauważyły przy bramie Jeremy'iego jednego z braci Mary.  

Jeremy był najstarszym bratem Mary. Dobrze wysportowany, mądry mężczyzna. Stał oparty o mur z opuszczoną głową. Kilka blond włosów opadało mu na czoło. Sprawiał wrażenie zamyślonego. Jeszcze nie usłyszał dziewczyn. 

Nastolatki zaskoczone pojawieniem się Jeremy'iego, stały przez chwilę w miejscu. Nie spodziewały się, że ktoś będzie na nie czekał, a tym bardziej brat Mary - w dodatku w mundurze policjanta.  

Dziewczyny podeszły do niego.  

- A teraz nasz zakujesz? - zapytała uśmiechnięta Mary, wystawiając ręce przed siebie.  

Jeremy spojrzał na siostrę. Nie przepadał za tym jak się z niego nabijała. Mary była typem śmieszka, który wykorzysta każdą okazję do drobnych żartów. Nie ważne, że mogą zostać wypowiedziane w nieodpowiedniej chwili.  

- Niestety za zagrożenie z matmy, nie mogę cię skuć - odrzekł z wrednym uśmieszkiem Jeremy.  

Mary schowała ręce za siebie.  

- Już przecież mówiłam, że to poprawię - powiedziała lekko nadymając policzki w złości jak małe dziecko.  

Me oraz Jeremy zaśmiali się. Wszyscy w dość dobrym humorze wsiedli do auta Jeremy'iego, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.  

- A w ogóle dlaczego po nas przyjechałeś? - zapytała Mary, zapinając pas.  

- Czy bratu nie wolno już odebrać młodszej siostry i jej przyjaciółki? - spytał, poprawiając lusterko w samochodzie.  

- Jakoś nigdy nie chciałeś nas odwozić - oznajmiła Mojmira. Jej też zdawało się, że Jeremy dziwnie się zachowuje. 

Wcześniej jak nastolatki prosiły go o podwózkę, mówił im, że nie jest szoferem. Zainteresowało je co się zmieniło.  

- Czemu dopatrujecie się w tym drugiego dna? Nie możecie się po prostu cieszyć? - zapytał Jeremy. 

Mężczyzna nie chciał powiedzieć dziewczynom prawdy. W jego oczach Mary i jej przyjaciółka to nadal dzieci. Obawiał się ich reakcji oraz tego co mogą zrobić z tą wiadomością. Lecz im dłużej z nimi rozmawiał, czuł, że nie odpuszczą. Westchnął ciężko.  

Muszę im powiedzieć. Tak będzie bezpieczniej. Mam nadzieję, że nie zrobią nic głupiego, pomyślał.  

- Kojarzycie jak dwa dni temu, policja spędziła kilka godzin przeszukując las? - zapytał.  

- Chodzą plotki, że znaleźliście zmasakrowane ciało - odrzekła Me.  

Mojmira jako tym obserwatora, potrafiła zauważyć drobne zmiany w zachowaniu ludzi. Ale jako osoba nie rzucająca się w oczy, często słyszała wiele ciekawych rzeczy. A liceum to idealne miejsce, gdzie plotki rozchodzą się w ciągu kilku godzin. 

- To mało powiedziane - rzekł ciężko Jeremy.  

Od kiedy pierwszy raz widział zwłoki znalezione na skraju lasu, czasami jak zamykał oczy widział poszarpane ciało. W wielu miejscach znajdowały się dziury, a wokół nich zaschnięta krew. Jakby ktoś nadział ofiarę na włócznię albo użył jakieś rury. Policji nadal nie udało się zidentyfikować narzędzia zbrodni. Natomiast twarz ofiary została zmiażdżona. Do teraz nie udało się rozpoznać kim był mężczyzna, a już nie wspominając o zabójcy. Żadnych tkanek pod paznokciami, mimo, że rozmieszczenie ran wskazywało, że pokrzywdzony próbował się bronić. Żadnych śladów krwi napastnika, włosów, czy kawałków materiału. Dochodzeniówka tkwiła w martwym punkcie.  

Jedyne co ogłosili w miejscowej prasie, że znaleziono martwego mężczyznę prawdopodobnie zaatakowanego przez zwierzę. Policja jak i rada miejska obawiała się ujawnić prawdy. Uważali, że mieszkańcy mogliby wpaść w panikę, a w szczególności, że ich miasto nie należało do tych dużych. Liczyło zaledwie cztery tysiące obywateli.  

Dziewczyny spojrzały po sobie. W przednim lusterku widziały grobową miną Jeremy'iego. Powoli zaczęły obawiać się tego co do nich powie.  

- Mamy problemy z rozpoznaniem ofiary, a co dopiero zabójcy. Nie mamy żadnych śladów. Jednak podejrzewamy, że może to być  seryjny morderca - powiedział, skręcając w jedną z ulic osiedlowych. - Dlatego chciałbym, abyście nie wracały same, ani nie robiły nic głupiego - dodał policjant, poprawiając lusterko. W tej krótkiej chwili mignęły mu twarze dziewczyn zastygłych w grymasie strachu, zmieszanym ze zdziwieniem. Jednak nie zauważył pewnej drobnej i na pozór nieistotnej rzeczy. Delikatnego błysku w oczach Mojmiry. Płomyku ciekawości, który powoli zaczął płonąć.  

- Ale musicie mieć jakieś podejrzenia. Czy nie było wcześniej podobnego morderstwa? A może to jakiś były więzień? - dopytywała Me. 

- Już to sprawdziliśmy - westchnął Jeremy. Chociaż śledztwo trwało dopiero dwa dni, wszyscy chodzili poddenerwowani. Atmosfera w pracy była ciężka. Przez brak dowodów, po komisariacie zaczęły chodzić pewne plotki. - Niektórzy nawet uważają, że to robota Slenderman'a albo któregoś z jego Proxy'ies. 

- Niektórzy to mają wyobraźnię - skwitowała Mary. 

Mimo, że była typem żartownisia to nie wierzyła w żadne paranormalne istoty. Duchy, wiedźmy, biesy istniały dla niej tylko w mitach i legendach. Natomiast Me w tym temacie była jej przeciwieństwem. Myślała, że świat to nie tylko cyferki oraz jakieś prawa. Na Ziemi działo się wiele niewytłumaczalnych rzeczy, a większość z nich nadal jest dla ludzi tajemnicą,  a co dopiero Wszechświat. Świat było za duży, aby nie istniała w nim żadna paranormalna istota. 

- Ale kreatywność to nic złego. Może dzięki temu natrafią na właściwy trop - rzekła Mojmira. - O! A może to jakiś psychol, który wierzy w tego całego Slenderman'a i go naśladuje - dodała po chwili pełna energii. 

- To też jakiś pomysł - rzekł Jeremy, parkując samochód na podjeździe. Po tym oparł się łokciem o podparcie fotela, odwracając się do dziewczyn. - Powtórzę jeszcze raz, tak dla pewności. Nie róbcie nic LEKKOMYŚLENOGO, zrozumiano? - dodał surowym tonem.  

- Tak - powiedziały dziewczyny, chociaż żadna nie traktowała tych słów na poważnie. 

Mira uważała to za intrygującą rzecz, a kazanie Jeremy'iego wpuściła jednym uchem, a drugim wypuściła. A Mary przewróciła oczami. Uważała, że nie jej brat nie musi traktować jej jak pięciolatki.  

Pokój Mary. Godzina 20:35 

Dzisiaj był dzień, kiedy Mojmira mogła nocować u swojej przyjaciółki. Teoria głosiła, że miały się razem uczyć na jutrzejszy sprawdzian z fizyki, jednak praktyka od teorii się różni. Nastolatki spędziły popołudnie na pobieżne przypomnienie sobie zagadnień, a resztę spędziły na przeglądaniu najciemniejszych zakamarków Internetu w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o Slenderman'nie i jego pomocnikach. 

Natrafiły na wiele ciekawych historii. Kilka opowiadań na temat potwora bez twarzy dogłębnie je wciągnęły.  

Mirze najbardziej przypadła do gustu historia, w której to upiór z lasu jest tak naprawdę boskim wysłannikiem, który dał skusić się diabłu. Przez co stracił twarz i został zesłany na Ziemię, poszukując grzeszników.  

Natomiast Mary bardziej przekonała opowieść, że Slenderman jest wynikiem eksperymentu 84-D. Według niego owy chudy mężczyzna był kiedyś człowiekiem, ale spotkał kiedyś niezrównoważonego człowieka, który zmienił jego życie w piekło.  

 

Dziewczyny skończyły swoje poszukiwania kilka minut przed jedenastą w nocy. Uznały, że następnego dnia poszukają Creepypast o Proxy'ies, którzy nazywali się Hoody, Masky i Ticci Toby.  

 

 


Rozdział II  

15 maja. Piątek. Godzina 11:35  

 Mira  siedziała w szkolnej ławce lekko zgarbiona. Pod stołem w rękach trzymała telefon z włączoną nową grą. Celem gry było znalezienie ośmiu kartek rozrzuconych po lesie. Podczas tego zadania, gracza ścigała postać bez twarzy – Slenderman.  

Me co jakiś czas ukradkiem patrzyła na nauczyciela religii. Katecheta oglądał razem z klasą jeden z typowo religijnych filmów. Mojmira zbyt zainteresowana grą nie usłyszała nawet tytułu. Jedyne co zrozumiała, że film został nagrany w języku hebrajskim.  

Jakby katecheta spytał ją teraz o fabułę filmu, nie potrafiłaby nic powiedzieć. Tak bardzo wciągnęło ją poszukiwanie kartek.  

W jednym uchu miała małą słuchawkę, niewidoczną przez włosy. Słyszała kroki oraz oddech postaci, towarzyszył też temu cichy szum lasu. Wszystko zdawało się mroczne. Mira zaczęła kierować się w stronę jakiegoś opuszczonego budynku. Miała już pięć kartek oraz nie spotkała jeszcze Slendermana, co ją trochę dziwiło.  

W recenzjach jakie czytała na temat tej gry pisało, że potrafił pojawić się już po zdobyciu pierwszej kartki. Jednak ona nie spotkała go ani razu. Nawet ekran nie śnieżył.

Może gra jest zepsuta, pomyślała, przeszukując stary budynek.  

Badała uważnie każdy zakamarek pomieszczenia, właśnie miała przejść do kolejnej lokacji, kiedy ekran zaczął śnieżyć. Mojmira czuła dziwny dreszcz przebiegający po karku. Ręce zaczęły drżeć. Nastolatka niepewnie poruszyła postacią. Znalazła się na korytarzu. Ekran zaczął jeszcze bardziej śnieżyć. Gdy nagle na ekranie pojawiła się postać bez twarzy. Zrobiła to tak gwałtownie, że Me, aż podskoczyła.  

Nie bała się, raczej była zaskoczona nagłym pojawieniem się Slenderman'a. Wzięła głęboki wdech, naciskając ikonę "graj dalej". Dopiero teraz zorientowała się, ze serce wali jej jak szalone. Może i nie była to jakaś mega straszna albo wymagająca gra, jednak potrafiła stworzyć nastrój grozy.  

- Co ty robisz? - spytała Mary niczego niespodziewającą się Me. Tym razem dziewczyna ze strachu upuściła telefon na podłogę. 

- Dziewczyny, czy my wam w czymś przeszkadzamy? - zapytał ksiądz, odwracając się w stronę hałasu.

- Nie, proszę księdza - powiedziała szybko Mira, podnosząc telefon. Kiedy nauczyciel odwrócił się nastolatka, obejrzała urządzenie.  

Ekran cały. Można grać, pomyślała. Wcisnęła start i ponownie szukała kartek.

- Po co w to grasz? - zapytała szeptem Mary. Wolała uniknąć kolejnego upomnienia od katechety.

- Ten cały Slenderman jest ciekawy - powiedziała Me, nie odrywając wzroku od wyświetlacza. - Możesz mnie ostrzec jak będzie patrzył?

- Okej - westchnęła ciężko Mary.  

Znała swoja przyjaciółkę lepiej niż inni i wiedziała, że jeśli Mojmira wciągnie się w coś , czy to gra, książka albo jakaś inna rzecz, zrobi to do końca, nie bacząc na konsekwencje. A powód był prosty, ciekawość. Zwykłe niezaspokojone pragnienie wiedzy. Czy to mała drobna rzecz lub sekret skrywany przez lata. Po prostu chciała wiedzieć jak każdy.  

Tak samo jak ty, czytelniku. W końcu to jest powód, dla którego to czytasz, prawda? By odkryć tajemnicę jaką rozwikłała Mira. Ale wracajmy do opowieści.

- Lepsze to niż szukanie mordercy po lesie - skwitowała Mary pod nosem. 

- Co? - zapytała Me, wytrącona z rytmu gry. 

- Nic, graj dalej - odrzekła nastolatka. Mojmira wzruszyła tylko ramionami, wracając do zbierania kartek.   

Kilka minut potem zadzwonił dzwonek na przerwę. Dziewczyny szybko się spakowały, unikając złowrogiego wzroku księdza.  

Zmierzały w stronę biblioteki szkolnej, ponieważ miały teraz godzinę wolną.  

Biblioteka jak biblioteka. Mnóstwo książek, głównie lektur i podręczników. Jednak znajdowały się w niej też książki młodzieżowe oraz kilka komputerów, które nie zawsze chciały współpracować.  

W powietrzu unosił się zapach starego papieru oraz atramentu. Można też było wyczuć nutę cytryny - ulubionej herbaty bibliotekarza.  

Był to starszy, ale uprzejmy pan. Lecz nie lubił jak ktoś łamał zasady panujące w bibliotece.  

Dziewczyny przeszły obok masywnego, dębowego biurka. Za nim siedział pan Dorian.

- Dzień dobry - powiedziały chórem nastolatki.  

Bibliotekarz uniósł wzrok znad starej, lekko podniszczonej książki. Uśmiechnął się przyjaźnie na widok uczennic. 

- Zgaduję, że macie teraz wolną godzinę? - spytał pan Dorian.

- Tak, a czy komputery są wolne? - zapytała Mary. Bibliotekarz pokiwał twierdząco głową, a dziewczyny poszły na tyły pokoju, gdzie znajdowały się urządzenia.  

Komputery stały na końcu pomieszczenia. Wyglądały one jak stare komputery z dużym ekranem, przypominającym skrzynię oraz stacja dysków. Mimo, że wyglądały jak nie z tej ery miały dopiero sześć lat. Oddzielone były od siebie szafkami z książkami. Dawało to niewielkie poczucie prywatności.  

Nastolatki usiadły przy biurku, a Mira zapaliła lampkę.

- No to co takiego chciałaś mi pokazać? - spytała Me, opierając się łokciem o blat.

- Kiedy ty grałaś, ja znalazłam coś co może ci się spodobać - odrzekła tajemniczo Mary, włączając urządzenie.  

Mojmira przyglądała się z wielkim zaciekawieniem jak przyjaciółka przeszukuje Internet, aż w końcu wchodzi na YouTube. W bibliotece panowała cisza. Niewielu uczniów chciało tutaj siedzieć, jeśli mogli wymknąć się ze szkoły i posiedzieć w kafejce internetowej. Woleli iść tam niż siedzieć tutaj, gdzie musieli uważać na hałas.  

Ciszę w bibliotece przerywało ciche stukacie klawiszy komputera oraz monotonne tykanie zegara. Mary wpisała w wyszukiwarce  dwa słowa. 

                                                                                   Marble Hornets 

Nastolatka kliknęła w pierwszy filmik zatytułowany "Entry #1". Szybko go spauzowała i wyciągnęła z plecaka słuchawki. Podłączyła je do komputera.

- Co to jest? - zapytała Me, biorąc jedną słuchawkę.

- Amatorski serial o spotkaniu ze Slenderman'em - odrzekła krótko Mary, włączając filmik.   

Dziewczyny oglądały w ciszy. Żadna z nich nie mówiła nic w trakcie trwania filmiku, chociaż skończył się po kilku minutach. Nastolatki nie wiedziały jak zareagować na ten kiepsko wykonany filmik. Obraz co chwila śnieżył albo po prostu był zamazany. A do tego uszkodzony dźwięk. Ogólnie graficznie nie zachęcał, jednak miał jeden plus. Tajemniczą fabułę, która na pierwszy rzut oka wydawała się bezsensowna.  

Dopiero przy piątym odcinku zorientowały się, że jest tu jakiś głębszy sens. Zanim zaczął się szósty, Mary zatrzymała filmik, wyjmując słuchawkę.

- I co o tym myślisz?  - zapytała Mary.

- Możemy oglądać dalej? - spytała Me. Jej przyjaciółka w odpowiedzi tylko się zaśmiała, jednak nie puściła odtwarzania. - Na co czekasz?

- Chciałam ci to pokazać, bo znalazłam to jak grałaś na religii. A teraz możemy odsłuchać creepypasty o Masky'iem i Hoody'iem - powiedziała, wpisując w wyszukiwarkę poszukiwaną frazę. Bez trudu ją znalazły i odsłuchały.  

Historia opowiadała o dwóch braciach Tim'ie i Brain'ie, którzy maltretowani byli przez matkę. Do momentu kiedy jeden z nich nie wytrzymał i ją zabił. Potem uciekli z domu do lasu, a tam spotkali Slenderman'a.  Ta historia w pewnym stopniu zdawała się Mojmirze dziwnie znajoma, mimo, że nigdy wcześniej nie czytała tej creepypasty. Nie wiedziała skąd jej się to kojarzy. Postanowiła podzielić się ze swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółką.

- Może chodzi ci o ta sprawę przed pół roku?- zaczęła przyjaciółka. -  Wiesz ta niedaleko Londynu, kiedy znaleziono martwego mężczyznę we własnym mieszkaniu. Kamery nagrały dwóch sprawców. Jeden miał pomarańczową bluzę i kominiarkę, a drugi maskę. Uznano, że to Masky i Hoodie, chociaż zdjęcia są niewyraźne. Traktuje się ich jak duchy. Przypisuje do niewyjaśnionych spraw - dokończyła.

- Nie to nie to. Dobrze wiesz, że nie często czytam wiadomości - odrzekła Mojmira, nadal się zastanawiając, skąd kojarzy tą pomarańczową bluzę i historię. Oparła się o krzesło lekko się na nim bujając. Zamknęła oczy i zaczęła analizować sytuację.  

Na pewno skądś kojarzę tą historię, a przynajmniej jej część. Ktoś mi chyba o niej kiedyś mówił. Tylko kto? Nie wiem. I jeszcze ta bluza, czy to nie jest przypadkiem ta, którą widziałam wczoraj? Lecz czy aby na serio ją widziałam? Coś mi mówi, że rozwiązanie tego będzie ciekawe. Pomyślała Mojmira. I już nawet chyba wiem kto mi odpowie na parę pytań. 

Mojmira gwałtownie zerwała się z krzesła, biegnąc w kierunku wyjścia z biblioteki. Zdezorientowana Mary na początku nie widziała co się dzieje, ale mimo to pognała za przyjaciółką.  

Me zatrzymała się przy biurku pana Doriana. Zaskoczony bibliotekarz o mało co nie spadł z krzesła.  

Po chwili dotarła do niej Mary, właśnie wtedy gdy pan Dorian usadowił się na krześle.

- A cóż to za ożywienie?  - zapytał mężczyzna.

- Kojarzy pan osoby o imieniu Tim i Brain? Czy któryś z nich nie nosił przypadkiem pomarańczowej bluzy? - spytała Me. Dopiero wtedy jej przyjaciółka zrozumiała o co jej chodziło. Ale co takiego  oni mieli wspólnego z bibliotekarzem.

- Me, o co.. - zaczęła Mary, ale uciszyła ją Mojmira gestem ręki. Nastolatka lekko urażona zachowaniem przyjaciółki, oparła się o blat.  

Pan Dorian spojrzał na uczennicę. Zastanawiał się nad odpowiedzą. Trochę mu zajęło przypomnienie sobie tych osób.

- Tak. Kojarzę. To byli bracia bliźniacy. Zupełnie do siebie niepodobni. Bardzo cisi i spokojni chłopcy. Na nazwisko mieli chyba Smith, ale nie jestem pewien. A do czego wam to potrzebne? - zapytał bibliotekarz podejrzliwie. Niecodzienne było takie nagle zainteresowanie się byłymi uczniami.

- Chodzi o szkolną kronikę. Mamy opisać wybitnych uczniów - wymyśliła na poczekaniu Mojmira. Miała nadzieję, że mężczyzna jej uwierzy.

- Ach. To w porządku. Brain z tego co pamiętam bardzo dobrze się uczył - powiedział pan Dorian. Me od razu poczuła ulgę. Miała już pewne podejrzenia co do tych dwóch chłopaków. - Jeśli to wam pomoże mogę udostępnić wam szkolne archiwum. Jednak za wiele tam nie znajdziecie. Ci dwaj zniknęli w połowie drugiej klasy liceum – rzekł bibliotekarz, wstając z krzesła. Dziewczyny spojrzały po sobie na słowo "zniknęli". Mężczyzna skierował się w stronę  drzwi za ladą z napisem "Archiwum". Gdy stanął w otwartych drzwiach, zaprosił gestem ręki dziewczyny do środka.

- Co to znaczy zniknęli? - dopytywała Mary. Musiała przyznać, że ta sprawa też i ją zaczęła intrygować.  

Póki jest bezpiecznie, możemy trochę poszukać. Nikomu to krzywdy raczej nie zrobi. Pomyślała Mary, wchodząc do pomieszczenia razem z Me.

- Przepraszam, nie o to mi chodziło - rzekł pan Dorian, zapalając światło. Żarówka rozświetliła pokój pełen stalowych półek z kartonami. Bibliotekarz rozglądał się w poszukiwaniu odpowiedniej teczki. - Po prostu pewno dnia zniknęli i więcej się nie pojawili. Dopiero po kilku dniach okazało się, że przeprowadzili się. Było to dziwne, ponieważ w takich sytuacjach powinni powiadomić szkołę parę dni wcześniej. Ale najdziwniejsze było to, że ich matka nie pojawiła się w szkole osobiście tylko wysłała wszystko pocztą i to bez adresu zwrotnego. - wyjaśnił. Nastolatki ponownie spojrzały po sobie. Sprawa "wyprowadzenia się" braci była dość intrygująca. W tym czasie pan Dorian odnalazł właściwą teczkę. - Prosiłbym, jedynie abyście zrobiły to w bibliotece. Bez pisemnego upoważnienia nie mogą one opuścić biblioteki.

- Dobrze, szybko się z tym uporamy - rzekła Mojmira, biorąc gruba kopertę. - A czy są tu dokumenty obydwu chłopaków? - dopytała. W odpowiedzi pan Dorian pokiwał tylko głową. - Dziękujemy - powiedziała Mira, popychając swoją przyjaciółkę do wyjścia.  

Kilka minut potem siedziały przy jednym ze stolików w bibliotece, tym najbardziej oddalonym od wejścia. Na blacie rozłożone leżały  stare dokumenty bliźniaków. Mojmira starannie przyglądała się papierom. A w tym czasie jej przyjaciółka próbowała zrozumieć powód jej działań.  

- Po co to robisz? - zapytała Mary, pobieżnie przyglądając się dokumentom.  

- Czy nie uważasz za dziwne, że mordercy Hoody i Masky mogą mieć na imię jak dawni uczniowie tej szkoły? - spytała Moja, nawet nie podnosząc wzroku znad papierów.  

- Me, zastanów się ile w tym kraju jest chłopaków o imieniu Brain albo Tim? I dlaczego miałyby być to ich prawdziwe imiona? - ciągnęła Mary, wątpiąc w teorię przyjaciółki. - Może po prostu autorowi tej pasty spodobały się te postacie i postanowił nadać im takie imiona? - zasugerowała.

- To co robiłby wczoraj pod naszą szkołą chłopak z pomarańczowej bluzie?  - odrzekła Mira. Wcześniej nie powiedziała przyjaciółce o tajemniczej postaci. Nie uważała tego za istotne, lecz teraz sprawa uległa zmianie. Mary na te słowa od razu się wyprostowała. Nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Rzeczywiście to było dziwne. A co jeśli to prawdziwy morderca, pomyślała z lekkim przestrachem Mary. - Dość prawdopodobne wydaje mi się, ze nasi bliźniacy mają z nimi jakieś powiązanie. Może ten wczorajszy chłopak to Hoody? Może chciał zobaczyć swój stary dom? Podobno mordercy też mają sumienie - odrzekła nastolatka, biorąc kolejne papiery.

- Wiesz to robi się trochę naciągane, nie uważasz? - rzekła Mary. To co przed chwilą powiedziała jej przyjaciółka wydawało się wręcz niemożliwe.

- Możemy się upewnić, czy to byli naprawdę oni - odrzekła Me, odłożyła kartkę  na stół. Spojrzała na swoja towarzyszkę z dziwnym błyskiem w oku. Mary wiedziała co znaczyła ta iskierka. Mojmira wkręciła się w to małe śledztwo, a ten błysk nie zwiastował nic innego jak kłopoty. - Musiałabyś tylko sprawdzić, gdzie znaleziono pierwsze ofiary Hoody'iego i Masky'iego.

- Czy ty prosisz mnie, aby włamała się do bazy policyjnej? - upewniła się Mary, patrząc na Me jak na wariatkę. W odpowiedzi Mojmira tylko się przebiegle uśmiechnęła. - Zwariowałaś. Mogę mieć przez to kłopoty!

- Mówi dziewczyna, która skorzystała z uprawnień brata, aby wymazać sobie mandat - rzekła pewnie Mojmira, pochylając się nad dziewczyną.  

Mary natychmiast zbladła. Zupełnie zapomniała, że jej przyjaciółka to wie.  

Eh... Skubana. Jednak muszę to zrobić. Większych kłopotów i tak nie będę mieć. Jak pomyślała tak zrobiła. Jednak zanim to uczyniła zmieniła kartę w swoim telefonie. Mary jako jedna z niewielu osób miała telefon na kartę. Z racji tego, że kiedyś przegadała na telefonie kilka godzin, wydając przy tym prawie 150 funtów. Od tamtej pory musiała korzystać z kart za własne pieniądze.  

- Ale wisisz mi nową kartę do telefonu - rzekła ostrzegawczo przyjaciółka. 

 Me przytaknęła tylko w odpowiedzi,  po chwili z powrotem zatopiła się w papierach. Chciała znaleźć nowy adres chłopaków, a jak by się nie dało to stary. Może też i jakiś numer kontaktowy, chociaż w to wątpiła. Telefony mogły być już nieaktualne. Minęły w końcu prawie cztery lata od ich zniknięcia. W tym czasie Mary przeszukiwała policyjne archiwum.  

Jednak zanim zdążyły cokolwiek zrobić zadzwonił dzwonek. Mary spojrzała tylko na przyjaciółkę pytającym wzrokiem. Mogły tu zostać lub iść na lekcję. Ale istniało ryzyko, że następnym razem nie dostaną akt, bo pan Dorian powiadomi o tym nauczycieli. A prawda wyjdzie na jaw.

- Teraz mamy w-f. Pan Erik nie powinien zauważyć naszej nieobecności -  odezwała się Me. W okresie matur nauczyciele wf prawie wcale nie sprawdzali obecności jak i inni. To był naprawdę zwariowany czas w szkole. Trudno było czasami ocenić, czy uczeń jest w szkole czy nie. W tym okresie raczej nikogo to zbytnio nie obchodziło. Mary przytaknęła tylko cicho przyjaciółce. -  To wracamy do roboty.  

Jak powiedziała tak się stało. W przeciągu kilku minut były tak zajęte, że nawet nie zauważyły pewnej postaci za regałem, która bacznie im się przysłuchiwała. Nie, to nie był Hoodie ani Masky. Tylko pan Dorian. Znajdował się w cieniu za regałem. Nawet jeśli któraś z dziewczyn zaczęłaby się rozglądać nie zauważyłaby go.

Powodem tego zachowania była zwykła ciekawość. Nastolatki zachowywały się bardzo podejrzliwie. Przysłuchiwał im się jeszcze, ale uznał, że dwie nastolatki raczej niczego interesującego się nie dowiedzą. Odszedł od nich dopiero po chwili, kiedy powróciło znajome ściskanie w żołądku. Głód. Uznał, że to odpowiednia pora na jakąś przekąskę przed porządnym posiłkiem.  

Jakieś dziesięć lub piętnaście minut potem obydwie dziewczyny znalazły to czego szukały. Me nie znalazła aktualnego adresu chłopaków, lecz stary. Na razie to powinno wystarczyć, pomyślała Mojmira, kiedy spisywała nazwę na strzępek kartki.  

Poinformowała o znalezisku przyjaciółkę.

- Nie tylko ty coś znalazłaś. I chyba twoja teoria może być prawdziwa - oznajmiła z niemrawą miną Mary, pokazując Mirze akta pierwszej sprawy powiązanej z Masky'em i Hoodie'm. 

Akta sprawy nr. 231 

 "Krwawe walentynki" 

  1. Prowadzący: Podkomisarz J.T. Both 

 

  1. Ofiara/y:  

 

    Martha Lauren  

      - kobieta, lat 33  

      - żona J. Laurena i matka H. Lauren 

      - zamordowana we własnym mieszkaniu - sypialnia ( zdjęcia  dostępne

       w załączniku nr. 1a ) 

      - przyczyna zgonu: strzał w głowę ( opis sekcji zwłok dostępny w

       załączniku nr. 2a )  

      - data zgonu: ok. Godz. 4 w dniu 14 lutego roku 2012 

  

     Jonnathan Lauren 

      - mężczyzna, lat 35 

      - mąż M. Lauren i ojciec H. Lauren 

      - zamordowany we własnym mieszkaniu – korytarz na piętrze przed

       sypialnią, gdzie chowały się matka i córka ( zdjęcia dostępne w

       załączniku nr. 1b ) 

      - przyczyna zgonu: wykrwawienie ( opis sekcji zwłok dostępny w

       załączniku nr. 2b ) 

      - data zgonu: 14:23 w dniu 14 lutego roku 2012 w miejskim

       szpitalu + zeznania ofiary dostępne w załączniku 3 

     

    Hannah Lauren 

       - dziewczynka, lat 10 

       - córka J. Laurena i M. Lauren 

       - zamordowana we własnym mieszkaniu – szafa w sypialni ( zdjęcia 

                      dostępne w załączniku nr. 1c ) 

       - przyczyna zgonu: zadźganie ( opis sekcji zwłok dostępny w 

                      załączniku nr. 2c ) 

       - data zgonu: ok. Godz. 4 w dniu 14 lutego roku 2012 

 

  1. Sprawca/y: 

    - Ofiara w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Podczas przejazdu 

     Laurena do szpitala, z wysiłkiem opisał cechy charakterystycznych

     morderców jednemu z ratowników medycznych. Potem nie odzyskał

     przytomności.  

     - Sprawca nr.1 wysoki, młody mężczyzna, lat około 20, szczupły, cecha

      charakterystyczna: pomarańczowa bluza z kapturem oraz kominiarka 

     - Sprawca nr. 2 wysoki, młody mężczyzna, lat około 20, szczupły, cecha

      charakterystyczna: biała maska z czarnymi oczami 

Obydwaj sprawcy ( wnioskując z zeznań ) wyglądają podobnie. Nadano im pseudonimy "Hoody" i "Masky".  

 

  1. Dowód/y:

- brak odcisków palców (sprawcy mogli mieć rękawiczki)  

- brak narzędzia zbrodni (mordercy musieli wziąć je ze sobą)  

- odciski butów w plamach krwi (męskie tenisówki rozmiar 42,

           załącznik 3a) 

  - zniszczony zamek w tylnych drzwiach (brak odcisków palców) 

- brak śladów butów wokół domu  

- potłuczone szkło w salonie (brak odcisków palców, ale są ślady

 krwi napastników, zdjęcia w załączniku 3b) 

 

  1. Przebieg zdarzenia: 

(Z powodu braku zeznań opisany przebieg jest prawdopodobny. Został wywnioskowany z ułożenia ciał, plam krwi oraz skąpych śladów butów sprawców. W dalszej części raportu sprawcy będą zwani jako Hoody i Masky.) 

Napastnikom udało się bezgłośnie wyłamać zamek w tylnych drzwiach od strony ogrodu, co nastąpiło około 4 rano. Sprawcy nie za dobrze znali rozkład domu, ponieważ w salonie któryś z nich (prawdopodobnie w ciemnościach) zbił szklany wazon na stole za kanapą. Hałas musiał zbudzić J. i M. Lauren'ów. Któreś z nich (możliwe, że matka) zabrało dziecko do sypialni i zamknęło się w środku. Następnie J. Lauren poszedł zobaczyć co się dzieje. Z braku zeznań nie jestem pewny jak wyglądała walka oraz czy pozostawienie J. Lauren'a przy życiu było zamierzone.  

Potem Hoody i Masky skierowali się w stronę sypialni. Podejrzewam, że doskonale wiedzieli, gdzie ukryła się reszta rodziny. W innych pokojach nie ma żadnych śladów krwi tylko w sypialni oraz korytarzu.  

Napastnicy napotkali na zatrzaśnięte drzwi. Chwilę się z tym mocowali, a w tym czasie H. Lauren schowała się w szafie rodziców.  

Po tym jak sprawcy dostali się do środka, któryś z nich od razu zastrzelił M. Lauren. Precyzyjny strzał w głowę. Kobieta zmarła na miejscu.  

Następnie mordercy zajęli się dziewczynką. Na jej ciele znajdowały się liczne siniaki, co dowodzi o szarpaninie. Zachowanie małej Hannah musiało zdenerwować napastników, na co wskazują liczne rany dźgane na ciele dziecka.  

Sprawcy uciekli zanim na miejsce przybyła policja zaalarmowana przez sąsiada T. Mclay'a o godzinie 4:43. Mężczyzna, który wrócił właśnie z podróży służbowej, usłyszał krzyki dochodzące z sąsiedniego domu, więc powiadomił policję.  

Jedyne co zauważył T. Maclay to dwie postacie wychodzące przez okno, niestety było zbyt ciemno, aby mógł określić kierunek ucieczki.  

 

  1. Uwagi prowadzącego: 

Napastnicy musieli znać rozkład domu, ponieważ od razu udali się do sypialni. Wynika z tego, że musieli obserwować rodzinę od jakiegoś czasu. Nie jestem jednak zdolny stwierdzić jak długo, ponieważ nikt z rodziny nie powiadomił o prześladowaniu policji ani znajomych.  

Nie jestem zdolny określić tożsamości. Wszyscy potencjalni mordercy albo nie pasują do rysopisu bądź posiadają żelazne alibi.  

Podobnie jest z celem napaści. Z domu nie zniknęły żadne cenne przedmioty ani dokumenty (brak jakichkolwiek śladów przeszukiwania domu), więc muszę odrzucić napaść na tle rabunkowym.  

Nie ma też żadnych oznak napaści seksualnej na M. i H. Lauren.  

Możliwe, że zabili ich dla czystej przyjemności.  

J. T. Both 

                                                                                         17.02.2012r. 

Edytowano 24.02.2012r. 

Brak jakikolwiek tropów, jestem zmuszony zamknąć śledztwo.  

 

Mojmira w ciszy przyglądała się raportowi. To co przeczytała wydawało się makabryczne. Ale i intrygujące. Me czytając raport zauważyła, że parę rzeczy się nie zgadza.  

Skoro ojciec poszedł sprawdzić, co się dzieje. Dlaczego jego żona nie zadzwoniła na policję? Czemu nie kazała córce uciekać, skoro mieli dom parterowy? Dziwne jest też to, że zostawili tamtego mężczyznę żywego. Tacy ludzie jak oni nie mogli popełnić takiego błędu. I dlaczego tak szybko przerwano śledztwo?, pomyślała Mira. Wiele rzeczy było nie wyjaśnionych, a raport trochę ubogi. Lecz to tylko ze względu braku zeznań.

- Może lepiej nie drążmy tego - rzekła słabo Mary. Te postacie... ci mordercy wydawali jej się odlegli. Jednak z każdą chwilą przerażali ją coraz bardziej. Nie byli już tylko osobami z gazety. Im więcej o nich wiedziała, czuła, że pakuje się w przysłowiowe bagno. - Jeszcze ich spotkamy.

- Wątpię - odrzekła pewnie Me. - Jeśli Tim i Brain to naprawdę Masky i Hoody to raczej tu nie wrócą. Pomyśl tylko jaki morderca wraca na dawne śmieci? To byłoby dla nich zbyt ryzykowne - dodała, podając przyjaciółce telefon.

- Chyba, że jakieś dwie idiotki postanowią wybadać ich przeszłość - skwitowała Mary. Rosło w niej nie tylko przerażenie względem niebezpiecznych osobników, ale też złość na przyjaciółkę. To co robiły nie było legalne. "Włamanie się" do bazy policyjnej, przeglądanie szkolnych akt bez pozwolenia... Trochę się już tego zrobiło. 

- A skąd niby mają się dowiedzieć? - zapytała Mira.

Mogłoby się wydawać, że Mojmira postępuje głupio, ale kto widzi swoje błędy, gdy jest zaślepiony ciekawością? A ile razy my nie baczyliśmy na konsekwencje i robiliśmy rzeczy z powodu naszego zainteresowania? Przecież nikt z nas nie jest idealny. Me była ciekawska, a nawet wścibska.

- A co z tym chłopakiem co go wczoraj widziałaś? - dopytywała Mary. 

Może jak znajdę dziurę w całym to odpuści. Nie bardzo podoba mi się to co robi Me. Pomyślała towarzyszka Mojmiry. 

- Może ta teoria z bluzą jest naciągana. Wiele osób ma pomarańczowe bluzy - rzekła z trudem Mojmira. Musiała przyznać, że w tej sprawie trochę przesadziła. - I... do końca nie jestem pewna, czy ją widziałam. Mogła to też być wina stresu - dodała, nie patrząc na przyjaciółkę.  

Ludziom ciężko przyznać się do błędu. Nie przed innymi, lecz przed samym sobą.  

Mary ciężko westchnęła. Lubiła swoją przyjaciółkę, ale ta czasami robiła naprawdę dziwne oraz niezrozumiałe rzeczy. Tak samo jak teraz. Moja podważała swoje własne teorie albo raczej przypuszczenia.

- Dobra. Uznajmy, że nie było mowy o tej bluzie - odrzekła zrezygnowana. Nastrój Mojmiry od razu uległ zmianie. Nastolatka uśmiechnęła  się.

- A wiesz, gdzie zdarzyło się to morderstwo? - zapytała szybko Me, zanim jej przyjaciółka postanowi odpuścić.  

Mary spojrzała jeszcze raz w dokument, szukając adresu.

- Black Peacock, mniej więcej godzina jazdy samochodem - odrzekła.  

To niedaleko od naszego miasta. Ivy Hill i Black Peacock dzieli około dziewięćdziesiąt kilometrów, pomyślała Me. Raczej nie warto tam jechać. Wszelkie ślady i tak ma już policja. 

- Uważam, że dowiedziałyśmy się dużo. Lepiej oddajmy już te akta - odrzekła spokojnie Moja.  

... 

15 maja. Piątek. Godzina ??? 

Park w Ivy Hill. Rozległy teren, gdzie posadzono głównie drzewa liściaste. Na środku placu, znajdującego się w centrum ogrodu spacerowego. W oddali widać było plac zabaw. Czerwona zjeżdżalnia. Kilka drewnianych huśtawek, poruszanych przez wiatr. Słychać było skrzypienie łańcucha. Na placu bawiły się jakieś widma. Przezroczyste postacie dzieci, lecz nie towarzyszył temu żaden śmiech.  

Zdawały się zaklęte w czasie. Kiedy jakiś berbeć zjechał z zjeżdżalni, natychmiast pojawiał się na jej szczycie.   

Ptaki podobnie. Leciały kawałek przed siebie, a potem cofały się.  

Jedyną osobą, która zdawała się być po za tym wszystkim, okazała się siedmioletnia dziewczynka, odziana w zieloną sukienkę. Pewnie stawiała przed siebie małe bose stópki.  

Dziecko zmierzało przez park, nawet nie oglądając otaczającego ją krajobrazu. Nie dziwił ją fakt, że wszystko wyglądało jak w zaciętym filmie. Takim starym, nagranym na kasetę.  

Sama nie wiedziała, dlaczego kieruje się do wyjścia z parku. Czuła, że coś ją tam ciągnie. Zatrzymała się dopiero jak kątem oka dostrzegła trzy wyróżniające się postacie. Stały one między drzewami.  

Niewysoka dziewczynka, ubrana w białą piżamę. Jej odzienie było podarte jakby ktoś próbował pociąć je nożem. Na ciele dziesięciolatki znajdowała się też krew, która bez przerwy wypływała z ran, wsiąkając w piżamę. Jej twarz zastygła w grymasie paraliżującego bólu.  

Obok niej, trochę z tyłu tkwił rosły mężczyzna po trzydziestce. Okryty był typowym szpitalnym ubraniem. Białą, skromną piżamą z guzikami. Jednak bandaże wystawały spod odzienia. Znajdowały się też na twarzy, zakrywając ja całą. Oczy zdawały się puste, jakby bez życia.  

A ostatnią osobą okazała się kobieta ubrana w czarną koszulę nocną. Jedyną rzeczą jaka była w niej dziwna to dziura w czole i sącząca się z niej niewielka stróżka krwi.  

Wszystkie trzy postacie bacznie obserwowały dziewczynkę w zielonej sukience. Przyglądali jej się przez chwilę dopóki, ich ciała nie zaczęły się zmieniać. Ich ciała poszarzały i wyglądały jakby gniły. Na twarzach pojawiły ropne parchy. Wyglądem przypominały starodawne wampiry z mitologii słowiańskiej - wąpierze.

Trzy upiory spojrzały wygłodniałym wzrokiem na dziewczynkę. Jej drobne ciało przeszył dreszcz. Serce biło jak szalone. W głowie pojawiła się tylko jedna myśl.  

Uciekaj  

Ale dziewczynka była zbyt sparaliżowana strachem, aby ruszyć się nawet o milimetr. Potwory zbliżały się. Powoli, delektując się zapachem krwi przyszłej ofiary.  

Kiedy stały w odległości zaledwie dwóch metrów, dziewczę poczuło ostre szarpnięcie do tyłu. Świat momentalnie ruszył. Ludzie, ptaki, zwierzęta nagle ożyły. Potwory zmieniły się w pył i uleciały wraz z wiatrem jakby były tylko figurami z piasku.

Do uszu zdezorientowanej dziewczynki dobiegły ptasie trele, śmiechy dzieci oraz pewien znajomy głos.

- Wszystko w porządku? - Dziewczynka odwróciła się i oślepiło ją światło słońca. Zobaczyła jedynie rozmazaną twarz chłopca.  

… 

Mojmira leżała na podłodze zaplątana w kołdrę w różowe króliczki. Nogi miała na łóżku, a głowę na ziemi. Reszta ciała wisiała w powietrzu. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności.

- Co za dziwny sen - rzekła sama do siebie. 

Kiedy zaczęła wstawać, nagle usłyszała skrzypnięcie drzwi i oślepiło ją światło. Instynktownie zakryła oczy rękoma, kładąc się na ziemi.

- Co ty robisz? - usłyszała zaspany głos Marka.

- Odpoczywam - rzekła sarkastycznie Moja, podnosząc się. - Mógłbyś zgasić to światło. - dodała nadal zasłaniając dłonią oczy. Chłopak spojrzał na siostrę lekko zdziwiony. - Co?

- Krew ci leci z nosa - dodał zaniepokojony. - Mam iść po mamę? 

Zaskoczona Me dotknęła skóry pod nosem. Dopiero teraz poczuła ciepłą, lepka substancję. Musiałam mocno uderzyć głową o podłogę, pomyślała.

- Nie trzeba. Poradzę sobie - oznajmiła, przechodząc obok brata w drzwiach. - Lepiej idź spać, krasnalu - rzekła Mojmira, targając czuprynę Markusława. Chłopak skrzywił się na ten gest. Nie cierpiał jak siostra traktowała go jak smarkacza. Zezłościł się i poszedł do pokoju. Był zły na Me, że nadal uważała go za małolata. Potrafił radzić sobie sam.  

Jednak był niespokojny. Przykrył się kołdrą po szyję i obserwował światło, wdzierające się przez próg drzwi. Po chwili usłyszał szum wody. Mimo, że czasami kłócił się z siostrą to była dla niego ważna. I chociaż to on był młodszym z rodzeństwa czuł wewnętrzną potrzebę opiekowania się Me, a w szczególności jeśli wiedział, co potrafiła zmajstrować.  

Leżał i czekał. Woda ucichła. Zobaczył cień przemykający się przez korytarz, po chwili trzask zamykanych drzwi. A na koniec znajome skrzypnięcie łóżka siostry.  

Wiedział, że musiał śnić jej się jakiś koszmar. Od kiedy zobaczył dziwne przerażenie w oczach Mojmiry oraz lekko trzęsące się dłonie.  

Markusław miał świadomość, że tej nocy Moja nie będzie mogła długo zasnąć. A on nie będzie mógł nic z tym zrobić.  

 

 

 


Rozdział III.

16 maj. Sobota. Godzina   10:03

Był słoneczny dzień. Słońce mocno przygrzewało, niezasłonięte przez żadną nawet najmniejszą chmurę. Kilka ptaków siedziało na niewielkim dębię, rosnącym przed domem Mojmiry.

Mark siedział na trawie, przyglądając się siostrze. Przez to, że ich rodzice musieli rano wyjść nie zauważyli, że Moja jest poddenerwowana i niewyspana.

Me jakiś czas temu wyjęła swój rower górski z garażu.

Ostatnio jakoś nie złożyło się, aby z niego korzystała, więc musiała napompować opony. Ręczną pompką już dobre dziesięć minut wtłaczała powietrze. Dziewczyna męczyła się strasznie, a kończyła dopiero pierwsze koło.

Mira czuła na sobie świdrujący wzrok brata. Od kiedy wstali nie odstępował jej na krok, pytając co chwilę o jej koszmar. Nastolatka nie chciała obarczać tym Markusława oraz musiałaby mu wytłumaczyć, dlaczego akurat to jej się śniło.

Mark znał ja na tyle dobrze, że koszmary jego starszej siostry zawsze były czymś spowodowane. Jak nie nałogowym słuchaniem creepypast to oglądaniem horrorów. Wolała uniknąć tłumaczenia bratu, że prawdopodobnie trafiły na ślad dwójki morderców.  

- Możesz przestać się tak na mnie gapić? - zapytała wzburzona Me. Czuła się jak więzień. Mark obserwował każdy jej ruch. Doskonale zdawał sobie sprawę jak doprowadzić siostrę do szału.

- Jak powiesz mi dlaczego miałaś koszmar - powiedział chłopak, wstając z trawy. W kolejnej chwili stał tuż za Mirą, patrząc jak zakręca wentyl. Z tego napięcia dziewczynie zaczęły, trząść się ręce.

- Możesz  się odczepić?! - krzyknęła Moja, gwałtownie wstając. Jej brat nawet się nie cofnął, tylko dalej wpatrywał się w siostrę.

- Jak powiesz o co chodzi, to odpuszczę - rzekł spokojnie chłopak, krzyżując ręce. Patrzył na dziewczynę, wyczekującym wzrokiem. Mira doskonale wiedziała, że jej brat nie odpuści. Nie w takiej sprawie. Westchnęła ciężko. Musiała mu coś powiedzieć.

- Wiesz, chodzi o moje wypracowanie na polski. Strasznie denerwuję się  występować przed ludźmi - rzekła trochę spokojnie. Nie była to prawda, ale sądziła, że on w to uwierzy. - Znasz mnie, nie przepadam za takimi rzeczami - dodała, udając zakłopotaną.

Markusław jeszcze chwilę wpatrywał się w siostrę, analizując jej słowa.

To  co mówi ma sens, ale... Przez taki stres nie cierpi się na bezsenność i nie krzyczy przez sen. To musi być coś poważnego, skoro nie chce mi powiedzieć. Pomyślał smutno chłopak.

Często żałował, że Moja nie ma do niego takiego zaufania jakim darzyła swoją przyjaciółkę. Wtedy, wiedziałby kiedy ma zareagować, aby jego siostra nie napykała sobie biedy jak miała w zwyczaju.

- To może powiesz mi dokąd jedziesz? - zapytał Mark. Myślał, że ta informacja naprowadzi go na prawdziwy sekret.

- Jadę do Mary. Wybieramy się na wycieczkę rowerową - odrzekła nastolatka. Po części mówiła prawdę. Dzisiaj musiały przejechać pół miasta, aby dotrzeć do dawnego domu Brain'a i Tim'a.

- A gdzie dokładnie? - dopytywał chłopak. Wiedział, że mogły pojechać wszędzie nawet tam gdzie jest niebezpiecznie. Markowi nie podobało się to, że jego siostra wybiera się na rowery, gdy po lesie grasuje jakieś niebezpieczne zwierzę.

- Wokół miasta z dala od lasu - rzekła już lekko zirytowana Mira. - Co to ma być przesłuchanie? Nie robię nic nielegalnego – A przynajmniej nie w tej chwili, dodała w myślach.

Więcej i tak nie uda mi się dowiedzieć. Może jak wróci będzie bardziej skora do rozmowy? Pomyślał chłopak, odsuwając się do siostry.

Dziewczyna w tym czasie zdążyła napompować drugą oponę. Była już gotowa do drogi. Czuła jak w środku rośnie ekscytacja. Naprawdę nie mogła się już doczekać, aż razem z Mary zbadają dom bliźniaków.

- Wrócę wieczorem! - krzyknęła do brata, odjeżdżając.

- Mam co do tego złe przeczucia - mruknął do siebie Markusław, patrząc za oddalającą się sylwetką siostry.

  1. maja. Sobota. Godzina 10:43

- Że co?! - krzyknęła Moja.

- Nie drzyj się tak, bo wszyscy na nas patrzą - powiedziała lekko zawstydzona Mary. Mira westchnęła ciężko, próbując uspokoić się chociaż trochę.

- Ale dlaczego nie możemy iść teraz? - zapytała Mojmira, nadal nie rozumiejąc postępowania przyjaciółki.

- Rozejrzyj się - rzekła złośliwie Mary. Jej przyjaciółka uczyniła to, jednak zanim cokolwiek powiedziała została uprzedzona. - To zbyt nierozsądnie iść teraz. Jest zbyt dużo ludzi. Poczekamy, aż się ściemni i pojedziemy - dodała już bardziej wyrozumiale.

Mojmira westchnęła. Uzmysłowiła sobie, że jej przyjaciółka ma rację. W tej chwili mogłyby zostać łatwo złapane, a żadna z nich nie miała ochoty tłumaczyć się policji. Miałyby wtedy nie małe kłopoty.

Obydwie weszły do domu Mary z zamiarem poczekania do wieczora. W tym czasie przyjaciółka Mojmiry podzieliła się z nią informacjami na temat obecnych właścicieli domostwa.

16 maj. Sobota. Godzina 20:40

Słońce zaszło już za horyzontem. Powietrze stało się chłodniejsze niż za dnia. Zaczęły też pojawiać się pierwsze chmury, zasłaniające gwiazdy. Wiatr przybierał na sile. Zdawało się jakby kierowało nim coś złowrogiego.

O tej wczesnej jeszcze porze, nie było już nikogo na ulicy. Zdawać by się mogło, że wszyscy ludzie odczuwali złowroga aurę jaka wydobywała się z lasu.

Dziewczyny wpatrywały się w lekko zapuszczony dom. Stały na pograniczu lasu i miasteczka, gdzie znajdowała się leśna ścieżka, niewidoczna z ulicy.

Mojmira musiała przyznać rację Mary. Domostwo rzeczywiście wyglądało tak jak mówiła. Ogród był zupełnie zaniedbany. Trawnik nieskoszony, rosnące w kępach mlecze, a jakby tego było mało to jeszcze pokrywy i osty. Drewniany płot w kilku miejscach miał odpryski białej farby oraz pęknięte deski.

Budynek prezentował się trochę lepiej niż ogród. Tylko jedno okno na parterze było stłuczone.

Me była naprawdę zdziwiona, kiedy przyjaciółka powiedziała jej, że od "przeprowadzki" braci tylko jedna osoba kupiła ten dom. Jednak jeszcze dziwniejsze było to, że nikt nigdy nie widział nowego nabywcy.

Tak naprawdę nikt od zniknięcia rodzeństwa nie dbał o ten dom.

Zaczęły pojawiać się za to plotki, że zostali zamordowani, a ich duchy dalej żyją w domu. Inni mówili, że nowy nabywca nie istnieje, a to matka zabiła własnych synów, a potem siebie. Jest wiele teorii na ten temat, jednak nie warto przedstawiać innych. Wszystkie kręcą się wokół morderstwa, lecz żadna z nich nie jest prawdziwa.

Prawdę miały odkryć na właśnie oczy, a przynajmniej wierzchołek góry lodowej.

Dziewczyny zostawiły rowery oparte o ogrodzenie. Ostrożnie przeszły przez niski płot.

Mary dziwnie czuła się w tym miejscu. Jakby coś czyhało na nie zaraz za progiem domostwa. Jednak Mojmire przepełniała ciekawość w najczystszej postaci. Na samą myśl o tym co może spotkać ją w tym domu, przechodził ją dreszcz podekscytowania.

- Tylko jak tam wejdziemy?  - zapytała niemrawo Mary. Dziewczyna nadal miała nadzieję, że jej przyjaciółka się rozmyśli. To co robiły przechodziło wszelkie granice. A jeśli ktoś by je przyłapał, mogły mieć nawet sprawę w sądzie za włamanie.

- Przezorny zawsze ubezpieczony - rzekła roześmiana Moja, wyjmując scyzoryk z kieszeni. - Naprawdę myślisz, że w takiej chwili bym odpuściła?

Mary westchnęła ciężko. Jej przyjaciółka mogłaby wejść nawet przez komin, jeśliby wszystkie okna i drzwi okazały się zamurowane. Mira podeszła do tylnych drzwi, kucając przy zamku. Włożyła nożyk między drzwi, a framugę podważając zamek. Rozległo się ciche klik. Drzwi były otwarte, a ciekawość Me sięgała zenitu.

- No to chodźmy - rzekła nastolatka z błyskiem w oku. Mary westchnęła ciężko. Teraz już nie było odwrotu.

Drzwi otworzyły się, przerywając ciszę głośnym skrzypieniem. Przed dziewczynami ukazała się kuchnia, pochłonięta w mroku. Mary zdawało się, że kilka cieni poruszyło się. Była gotowa uciec w każdej chwili.

Me w tym czasie wyciągnęła z plecaka latarkę. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Wszystko z pozoru wyglądało normalnie. Drewniane blaty, lodówka, kuchenka...

Mary nie zauważyła nic niezwykłego. Lecz coś nie dawał Mojmirze spokoju. Kuchnia wyglądała normalnie. I w tym właśnie był problem. Nigdzie nie było kurzu.

Moja zrozumiała, że jej przyjaciółka nie dostrzegła niczego dziwnego. Wolała przemilczeć ten nieistotny szczegół. Obawiała się, że jej przyjaciółka słysząc to ucieknie.

- To czego szukamy? - zapytała słabo Mary. Naprawdę wolała teraz siedzieć w swoim pokoju niż tutaj.

- Jakiś dokumentów. Może jest gdzieś tutaj ich obecny adres? A może telefon? - oznajmiła Moja, idąc w stronę otwartego salonu.

Me zaczęła przeszukiwać kredens, w tym czasie Mary postanowiła pójść w jej ślady. Zaczęła otwierać szuflady, szukając czegoś co pozwoli im jak najszybciej opuścić to miejsce.

- A co zrobisz jak znajdziesz to czego szukasz? - zapytała Mary.

- To zależy co znajdziemy. Jak numer to do nich zadzwonię, a jak trupa w szafie to na policję - rzekła Mira, uśmiechając się pod nosem.

- Nawet tak nie żartuj! - prychnęła zezłoszczona Mary.

Gdy ona się złościła, Me znalazła kolejną dziwną rzecz. Na podłodze przy ścianie leżał przedłużacz, a lampka się paliła.

Powinni wyłączyć tutaj prąd po przeprowadzce braci, chyba, że ktoś sam się podpiął do instalacji, pomyślała Mojmira.

Dziewczyny sprawdziły w miarę szybko resztę domu. Nigdzie nic nie znalazły. Ani jednej karteczki, numeru, czy czegokolwiek. Oprócz mebli, naczyń i kilku starych zdjęć.

Nastolatki zdecydowały się przerwać poszukiwania, ponieważ zbliżała się pierwsza nad ranem.

Właśnie schodziły ze schodów, gdy rozległo się znajome skrzypienie. Nastolatki zamarły w pół kroku na szczycie schodów. Spojrzały po sobie, niepewnie co się dzieje.

A potem usłyszały głosy, dochodzące z dołu.

- Nie ma to jak powrót na stare dobre śmieci, co nie bracie? - rzekł jeden z przybyszów. W odpowiedzi rozległo się tylko ciche mruknięcie. - A ty jak zawsze masz wiele do powiedzenia.

Nastolatki natychmiast zgasiły latarki, chowając się za rogiem, aby nie były widoczne z dołu. Mężczyźni zaczęli przechadzać się po kuchni, rozmawiając.

Mary miała ochotę płakać. Gorzej trafić nie mogły. Dwójka mężczyzn, którzy mogą zrobić im krzywdę. Strach paraliżował całe jej ciało, mimo, że pragnęła uciekać.

Natomiast Me w tej sytuacji była wyjątkowo spokojna. Wiedziała, że nie mogą teraz uciec. Nie wiedzą nic o napastniku. Nie wiedzą do czego są zdolni. Powinien ogarnąć ją strach, ale ona czuła tylko dziwne uczucie. Bardzo chciała wiedzieć co dalej się stanie. Chciała zostać i jeśli mogłaby to i posłuchać przybyszów. Lecz zdawała sobie w jakie kłopoty się wpakowały. Musiały uciec stąd jak najszybciej, jednak użycie tylnych drzwi opadało.

Mira obserwowała salon, próbując przynieść sobie jakąś drogę ucieczki.

- Jestem zmęczony, a ty? - zapytał chłopak w białej masce, wchodząc do salonu.

- Wolałbym wrócić do rezydencji - rzekł chłopak w pomarańczowej bluzie.

- A czy ja o to pytałem? - odparł Masky, kładąc się na kanapie. Hoodie oparł się od kanapie, patrząc na brata. - Idę spać - oznajmił, odwracając się na kanapie. Natomiast Hoodie  podszedł do regału i wziął jakąś książkę.

Me cofnęła się, będąc pewna, że chłopcy ich nie zauważą. Nadal nie zapaliła latarki, idąc w głąb korytarza. Gestem ręki pokazała Mary, aby za nią poszła. Chwilę zajęło zdezorientowanej nastolatce zrozumienie, co zamierzała zrobić Mojmira.

Obydwie ruszyły w stronę pewnej kobiecej sypialni, wychodzącej na las. Me dotarła do niej pierwsza  i najciszej jak umiała otworzyła drzwi, przepuszczając swoją przyjaciółkę.

- Jak chcesz się stąd wydostać? - zapytała szeptem Mary, gdy drzwi zostały zamknięte.

- Za oknem jest wysokie drzewo, możemy zejść po gałęziach - oznajmiła Moja, podchodząc do okna. Lekko zaskrzypiało, ale uznała, że Oni tego nie usłyszą.

W tym samym czasie na dole.

Hoodie siedział na krześle, czytając  stary zbiór z baśniami. Czasami lubił, po prostu odciąć się od teraźniejszości, tonąc w wspomnieniach z dzieciństwa. Książka, którą czytał była ta samą, którą czytała jego matka gdy wraz z bratem byli dziećmi zanim zaczęło się ich piekło. Mimo, że czasami wracał do tych miłych wspomnień, nie żałował tego co zrobił. Nie żałował, że zabił własną matkę, ponieważ od kiedy sięgnęła po alkohol już nią nie była. Dla niego i jego brata umarła, gdy pierwszy raz podniosła na nich rękę.

Podniósł wzrok znad książki. Przyjrzał się śpiącemu bratu. Maska Tima trochę zsunęła się z jego twarzy, ukazując długą, podłużną bliznę na policzku. Ostatnią pamiątkę po ich pijanej rodzicielce.

Brain miał mieszane uczucia, gdy przebywał w ich starym domu. Niektóre rzeczy przypominały mu o szczęśliwym dzieciństwie,  a inne o koszmarze na jawie. Lecz jego brat traktował to zupełnie inaczej. Dla niego ten dom to tylko budynek, a przeszłość to przeszłość. Dla Tima liczyło się, że TERAZ on i jego brat są bezpieczni, a przede wszystkim, że są razem.

Hoodie podziwiał go za takie podejście do sprawy, potrafiło to wiele ułatwić.  Jednak on nim nie był. Westchnął ciężko, patrząc na spokojne oblicze brata. Oddychał spokojnie i miarowo.

Było jeszcze coś co spędzało sen z powiek Hoodie'go . Ktoś przeszukiwał ich akta szkolne. Na szczęście nie był to nikt z policji, tylko jakieś dwie nastolatki. Niby nie stanowiły dla nich żadnego zagrożenia, lecz jak uważał Operator "Przezorny zawsze ubezpieczony". Dzięki tej radzie nikt ich jeszcze nie złapał i prawdopodobnie nigdy nikomu to się nie uda.

Nagle rozległ się trzask łamanych gałęzi oraz krótki krzyk. Hoodie odłożył książkę na stolik, a jego brat gwałtownie się zerwał, sięgając zza pas. Hoodie wskazał głową na ogród. Masky zrozumiał przekaz brata. Poprawił maskę, zmierzając w stronę tylnych drzwi.

Obaj bracia udali się w stronę drzwi. Ostrożnie ustawili się po obu ich stronach.

Hoodie wyjął z kabury swoją ulubioną Berette 318 - małą i poręczną. Idealnie mieściła się w dłoni i nie raz Hoodie zaskoczył nią przeciwników. Do tego jeszcze Brain nigdy nie pudłował. Jego wadą jak i zaletą był perfekcjonizm. On ćwiczył dopóki nie przestał pudłować.

Natomiast jego brat preferował bardziej broń białą - noże albo sztylety. Lecz za namową brata posiada przy sobie pistolet Colt Double Eagle. Mimo, ze nigdy nie dorówna bratu, to w starciu z innym strzelcem nie będzie na przegranej pozycji.

Masky chwycił klamkę, patrząc na brata. Hoodie miał już swoją broń  w pogotowiu. Po chwili Tim otworzył, a Brain stanął w nich rozglądając się po ogrodzie. Spostrzegł tylko kilka gałęzi pod oknem pokoju matki oraz dwa cienie przemykające przez płot. Szybko ruszył za nimi razem z bratem.

Hoodie zobaczył dwie dziewczyny oddalające się na rowerach. Miał jedną szansę. Przymierzył broń, wycelował i wystrzelił. Nie rozległ się żaden huk. Chłopak był przygotowany na wszystko i zawsze był wyposażony w tłumik. Opuścił broń z przeświadczeniem, że trafił jedną z nich. Zdawał sobie sprawę, że te dwie to te same, które przeglądały ich szkolne akta.

Według jego przypuszczeń jak załatwi jedną, druga ze strachu odpuści.

Lecz bardzo się mylił. Żadna z nich nie upadła. Nie krzyknęła. Nic.

Brain spudłował. Może i nie pierwszy raz, bo nikt nie jest nieomylny. Ale nie w takiej sytuacji. Nie z tak bliska.

Były już za daleko, aby z bratem mogli je dogonić. Wrócił do brata poirytowany.

- Zmywajmy się stąd - rzekł ostro Brain.

- Trzeba to zgłosić Operatorowi - oznajmił Tim, podchodząc do brata. - Lepiej, żeby on się tym zajął.

Nastolatki zatrzymały się dopiero przy domu Mary. Wszystkie światła były pogaszone, paliła się jedynie pobliska latarnia uliczna. Mary gdy tylko zatrzymała się na trawniku, zeszła z roweru. Upadła na ziemię, zalewając się łzami. Cała się trzęsła. Nie potrafiła uspokoić oddechu.

Natomiast Me dalej będąc na rowerze, oparła się jedna noga o ziemię. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w drogę za nimi. Nie mogła pozbyć się tego dziwnego uczucia. Adrenalina nadal krążyła w jej żyłach, nie pozwalając uspokoić się sercu. Z jednej strony zdawała sobie sprawę z zagrożenia. Była przerażona, ale i jednocześnie podekscytowana. Nie potrafiła określić uczucia jakie nią zawładnęło, lecz było przyjemne. Starała się go chwycić i utrzymać jak najdłużej, ale im bardziej chciała je ożywić, tym szybciej się ulatniało.

- To było ekscytujące - rzekła jakby w transie. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że to powiedziała.

Natomiast Mary usłyszała to doskonale. Te słowa przelały czarę. Nastolatka podniosła się gwałtownie z ziemi, odwracając się do Me. Łzy ciekły jej strużkami po policzkach, a w oczach odbijał się blask księżyca.

- Ekscytujące?! - krzyknęła zdenerwowana Mary. Nie potrafiła pojąć, dlaczego jej przyjaciółka tak uważa. -  Czy z tobą jest coś nie tak? Oni prawie nas zabili! - wrzasnęła, wytrącając tym Mirę z transu. Me spojrzała na przyjaciółkę. Widziała w jej oczach wściekłość, pomieszaną ze strachem. - Masz ranę na uchu! Kilka centymetrów w lewo i leżałabyś martwa! - Moja zdziwiona dotknęła swojego ucha.   Pod palcami poczuła lepką, ciepłą ciesz. Lecz nie czuła bólu. Adrenalina tłumiła go doszczętnie. Jednak nawet to nie ostudziło zapału nastolatki.

- Ale jesteśmy już tak blisko! - odkrzyknęła. - Rozwiązałyśmy zagadkę, nad którą głowiło się kilka oddziałów policyjnych! Czy to nie jest niesamowite? - zapytała Mira z dziwnym błyskiem w oku. Przez moment zdawać by się mogło, że oczy Me zabłysły czerwienią.

- Czy ty siebie słyszysz? - odrzekła bezradnie Mary. Nie potrafiła na to patrzeć. Wiedziała, że więcej nie zniesie. - Czy dla czegoś takiego warto ryzykować życiem?

- Nie czujesz tego? Niezaspokojonego uczucia ciekawości? Ja muszę wiedzieć -  odpowiedziała Me.

- To mnie w to nie mieszaj! - krzyknęła rozwścieczona Mary. - Nie będę ryzykować życia dla takiej głupiej sprawy!

- Czyli tchórzysz? Zostawiasz mnie? - zapytała oburzona Mojmira. - Tak! Nie będę ryzykować życia dla takiej wariatki jak ty! - rzekła Mary. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego co powiedziała. Natychmiast zbladła jak zobaczyła zdradzoną twarz Me. Doskonale wiedziała, że jej przyjaciółka z powodu zamiłowania do bestii oraz magii, znana jest w szkole jako wariatka.  - Me... J-ja nie chciałam... - Podeszła powoli do dziewczyny. Wyciągnęła przed siebie rękę, jednak Moja odtrąciła ją.

- Przynajmniej wiem co naprawdę o mnie myślisz - oznajmiła gorzko nastolatka, odsuwając się od Mary. - Niczym nie różnisz się od innych  - dodała, spuszczając głowę.  

- Me, ja przepraszam. Nie o to mi chodziło - rzekła Mary, próbując załagodzić sytuację. Naprawdę żałowała swoich słów. Nie to miała na myśli. Nie to chciała powiedzieć.

- Widocznie nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami - oznajmiła Mojmira, odwracając się od przyjaciółki. Mary zamarła. Nie potrafiła nic powiedzieć.

Moja spojrzała jeszcze na nią i odepchnęła się nogą od krawężnika.

Mary chciała ją zatrzymać. Chciała krzyknąć za nią. Lecz zamiast stój z jej ust wydobył się cichy szloch.


Rozdział IV

Dzień ??? Godzina ???

Na nocnym niebie było zaledwie parę chmurek, jednak nawet one nie zdołały przyćmić blasku gwiazd. Dzisiejszej nocy świeciły niezwykle jasno. Oświetlały konary drzew oraz śpiącą twarz pewnej osóbki. Nastolatka leżała w wysokiej trawie, przy wystającym korzeniu. Powoli odzyskiwała przytomność. Zmarszczyła oczy, powoli się podnosząc. W pierwszej chwili nie potrafiła pozbierać myśli. Czuła  pulsujący ból głowy. Mojmira rozmasowała swoje skronie, uśmierzając trochę dziwna migrenę.. Nie wiedziała gdzie jest i jak się tu znalazła. Dłuższą chwile zajęło jej uświadomienie sobie, gdzie się znajduje. Najgorsze w tym wszystkim było to, że dziewczyna nie mogła przypomnieć jak tu trafiła. Ostatnie co pamiętała to kłótnię z Mary.

Zamknęła oczy odpędzając to wspomnienie.

To nie czas na takie rzeczy, pomyślała odganiając przykre myśli. Westchnęła ciężko. Zebrała w sobie wszystkie siły, podnosząc się z ziemi. Oparła się placami o drzewo, masując skronie. Podczas wstawania przed oczami stanęły jej mroczki. Po chwili wszystko wróciło do normy, mogła już widzieć normalnie.

Rozejrzała się wokoło, jednak jej uwagę przykuł szelest papieru z jej kieszeni.

Zdziwiło ją, to nie przypominała sobie, aby chowała coś. Lecz w tej chwili niczego nie mogła być pewna. Włożyła rękę  do kieszeni, wyjmując po chwili pożółkłą kartę papieru. Rozwinęła ją.

"Don't look... or it takes you" - głosił krzywy napis.

Mojmira zbladła. Wiedziała co oznacza ta karta. To jego gra, a celem jest osiem kartek. Nastolatka czuła dreszcz. Znowu to dziwne uczucie strachu, pomieszanego z ekscytacją. Lecz co się stanie jak zdobędzie wszystkie kartki? Tego nie mogła być pewna.

Nagle usłyszała szelest liści. Gwałtownie odwróciła się w tamtą stronę.  Zobaczyła wysokiego, mężczyznę odzianego w ciemna kurtkę. Nie mogła przyjrzeć się twarzy, ponieważ przysłaniała ją biała maska. Stał oparty o drzewo. W ogóle nie zwracał uwagi na zaskoczona dziewczynę. Obracał tylko w palcach nóż.

Nastolatka zrobiła kilka kroków w jego stronę. Zdawało jej się, że śni. Chłopak nie reagował, gdy znajdowała się od niego zaledwie kilka metrów. Przypatrywała mu się i doskonale zdawała sobie sprawę kto to jest.

- Tim - powiedziała mimowolnie. Prawie szeptem. Jednak wiatr powiódł jej głos.

Mężczyzna przerwał swoją "zabawę"  z nożem. Schował go do pokrowca przy pasie. Wyprostował się i spojrzał na młodą kobietę.

- Gratuluję dedukcji - rzekł z nuta dumy w głosie. - Aż trudno uwierzyć, że nikt przed tobą nie potrafił połączyć faktów. I po prostu sprawdzić naszego domu. Naprawdę masz niesamowite szczęście - rzekł klaszcząc  w dłonie.

- Masz rację bracie, a w szczególności, ze to był pierwszy raz od lat kiedy chybiłem. - Nastolatka usłyszała za sobą drugi głos.

Zdawała sobie sprawę do kogo należy. Dopiero teraz docierało do niej , że to dzieje się naprawdę. Oni tu są. Mogą zrobić jej krzywdę, a nawet… Bała się o tym myśleć. Po jej ciele przebiegł dreszcz.

- Nie musisz się nas bać - rzekł spokojnie Brain. - Przynajmniej na razie - dodał ostrzej.

- Zagramy w pewną grę - powiedział Masky, podchodząc do nastolatki. Natomiast ta bacznie obserwowała go i jego brata, który stał teraz naprzeciw niej. - Myślę, że już wiesz jaką - Me spojrzała na kartkę, którą trzymała. Dokładnie wiedziała o co chodzi. Czuła się naprawdę dziwnie. Bała się jak to może się skończyć, ale ta adrenalina. Krążyła ona w jej żyłach, nie dając się uspokoić. - Tylko trochę zmienimy zasady.

- Po pierwsze. Nie uciekniesz - rzekł chłodno Hoodie. - W końcu gra musi się jakoś skończyć. Albo pierwsza znajdziesz kartki albo my cię dopadniemy.

- Po drugie. Nie wolno ci nas atakować - dodał Masky. - Jak cię znajdziemy możesz tylko się ukryć. To trochę jak gra w chowanego. Ty się chowasz, my szukamy.

- I po trzecie. Jeśli nas zaatakujesz będziesz musiała za to zapłacić - dokończył Hoodie, podchodząc do dziewczyny. Kątem oka Moja spostrzegła, że trzyma on rękę na kaburze. Gotów strzelić w każdej chwili. - Zrozumiałaś?

Dziewczyna w odpowiedzi tylko ledwo pokiwała głową. Nie była w stanie się odezwać. Aura tych dwóch przytłaczała ją. Nie mogła się nawet ruszyć. Po prostu napawali ją strachem, lecz gdzieś w głębi. Czuła się dziwnie dumna z swojego odkrycia. Miała rację. Dokonała czegoś, czego nikt wcześniej nie zrobił. Jednak jak wielką cenę będzie musiała teraz zapłacić? Tego się obawiała, ale niczego nie żałowała.

Było za to kolejne pytanie, na które chciała poznać odpowiedź.

Dlaczego? Dlaczego to robią? Czemu po prostu mnie nie zabiją? Po co ta cała gra?

Pytania echem odbijały się w jej głowie. Nie potrafiła na nie znaleźć odpowiedzi. Za to wiedziała kto im to kazał. On. Slenderman. Istota prastara z wieloma mackami. Zdolna w mgnieniu oka rozerwać człowieka na strzępy.

Dlaczego sam tego nie zrobi? Przeszło jej przez myśl.

Bo nie lubię brudzić sobie rąk.

Mira wzdrygnęła się. Ten męski potężny głos. Taki nieludzki. Zdawał się dobiegać zewsząd. Jednak naprawdę usłyszała go tylko Me. To on napawał ją prawdziwym przerażeniem. Z trudem nabierała kolejne wdechy. Czuła jakby ktoś położył jej coś ciężkiego na klatce piersiowej.

Nie bój się. Jeśli będziesz przestrzegać zasad nic się nie stanie.

Dodał spokojnie Slenderman. Mojmira wiedziała, że ją obserwuje. Jest gdzieś blisko. Przełknęła ślinę. Nie miała wyboru. Wszelkie plany ucieczki nie mogły się powieść z Nim u boku.

- To zaczynamy? - zapytała słabo.

Miała dość czekania. Chciała już zacząć. Nie chciała czuć dłużej tej  niepewności. To było jej zdaniem najgorsze możliwe uczucie.

- Jaka odważna - rzekł ożywczo Hoodie. - Jest jeszcze jedna rzecz, zanim zaczniemy.

- Masz dziesięć minut przewagi nad nami - zaczął Tim. - Szukaj budynków, ruin albo obserwuj drzewa. W końcu masz już jedną kartkę. Zostało tylko siedem - dodał Masky.

- Czas start - powiedział głośnio Brain.

W pierwszej chwili nie mogła się ruszyć. Słowa zdawały się do niej docierać zza kurtyny. Wszystko zdawało się snem. Okropnym koszmarem. Przez moment w to uwierzyła. Myślała, że za chwilę obudzi się w swoim łóżku. Pójdzie do łazienki się uspokoić. Ale tak się nie stało.

Z letargu wybudził ją jego głos.

Biegnij

Rzekł Slenderman. Dziewczyna ruszyła jak oparzona. Prosto przed siebie jak najdalej od nich. On wiedział, że nie ucieknie. Był tego pewien. Była zbyt ciekawa. Nawet opanowana przez strach, spróbuje. Mogła zginąć, lecz zależało to tylko od niej.

Wysoka postać cofnęła się o kilka kroków. Dał to zadanie swoim proxy. Wiedział, że wykonają je dobrze jak za każdym razem. Mógł zająć się inną sprawą niecierpiącą zwłoki. Czymś o wiele groźniejszym niż jakaś dociekliwa nastolatka.

Tim podszedł do swojego brata. Obaj wpatrywali się w kierunek, w który pobiegła Mojmira. Wiedzieli gdzie są kartki, bo sami je rozstawiali. Mogliby czuwać przy najbliższej, jednak to nie zabicie dziewczyny było tym celem. Tylko nastraszenie. Miała odpuścić. Być jedną z tych, którzy posunęli się za daleko i poparzyli się. Lecz jej kara będzie łagodniejsza. Tylko z powodu przeszłości.

- Jaka ironia, nie sądzisz? - zapytał Tim, poprawiając maskę.

- Może trochę - powiedział Brain, patrząc na zegarek. Jeszcze siedem minut. Tim prychnął, i dodał po chwili.

- Ona powiedziała coś co zmieniło nasze życie. Coś co doprowadziło do tego kim jesteśmy i patrz, gdzie ona teraz jest?  - oznajmił Masky.

Wspomnienie tamtego dnia. Dnia, w którym tak naprawdę zaczął się zmieniać razem z bratem. Dnia, w którym powiedziała im coś co zmieniło ich pogląd na świat.

- Ta sama ciekawość kazała jej się do nas odezwać i ta sama może ją zgubić - rzekł Brain jakby z dozą smutku.

- Jak myślisz znajdzie te kartki? - zapytał Tim, wyjmując papierosa z pudełka. Brzydki nawyk, którego nabył na licznych misjach. A którego nie cierpiał jego brat. Masky wyjął z kieszeni starą zapalniczkę, odpalił ją. Włożył papierosa do ust i zaciągnął się dymem. Wciągnął go do płuc, delektując się intensywnym zapachem tytoniu.

- Za jakiś czas sami się przekonamy, ile warte jest to jej przeczucie - odparł Hoodie, ponownie zerkając na zegarek. Tim wypuścił dym z ust. - Nie cierpię jak to robisz - dodał Brain, patrząc na brata. Ten w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. - Idziemy

Mojmira zatrzymała się dopiero przy wielkim drzewie, niedaleko ścieżki. Oparła się o niej, niepewnie się rozglądając. Wysokie ciemne drzewa. Mrok je otaczający, był przeszywający. Przez moment zdawało jej się, że widzi Slendermana. Ale nie była pewna. Równie dobrze mogły być to jakieś zwidy. Wzięła głęboki wdech, zamykając oczy. Przede wszystkim musiała się uspokoić. Ręce okropnie jej się trzęsły. Nawet nie spostrzegła. Kiedy kartka w jej dłoni była cala pognieciona.

Przez chwilę stała tak, dopóki jej serce się nie uspokoiło. Jak się otrząsnęła, schowała zmiętoszona kartkę do kieszeni kurtki. Nagle zorientowała się, że może je przeszukać. Nie była pewna co w nich ma. Nie potrafiła przypomnieć sobie nic po za tym jak jechała rowerem.

Miała kilka teorii na temat porwania. Mogli to zrobić jak jechała rowerem do domu albo jak znajdowała się w swoim pokoju. Nie była do końca pewna. Jeśli pierwsza hipoteza byłaby prawdziwa to rodzice zaczęliby jej szukać.

Może nastąpiło to w domu? Wtedy nikt by mnie nie szukał i o tym nie wiedział. Nie jestem pewna. Raczej nie powinnam o tym teraz myśleć. Powinnam zająć się ta durną grą. Nie mogę uciekać ani przegrać. To by źle się skończyło.

Rozmyślała. Przeszła się wokoło drzewa, analizując każdą możliwą drogę.

Nie mogę iść ta drogą, którą przyszłam. Mówili coś o ruinach oraz jakiś budynkach. Może tam są jakieś kartki? Tylko czy w naszym lesie są jakieś podobne rzeczy? Jest jakaś chatka i podobno jakiś stary szpital. Ale ja go nigdy nie widziałam. Lecz czy na pewno jestem w naszym lesie?

Jej myśli zostały przerwane przez szelest, gdy przesunęła dłonią po konarze. Przyjrzała się pniu. Spostrzegła mały, biały skrawek. Włożyła rękę do dziupli. Pod palcami poczuła coś dużego i metalowego. Wyciągnęła to razem z kolejną kartką. Była to latarka oraz rysunek Slendera pośród drzew. Odwróciła ją, aby zobaczyć czy coś znajduje się po drugiej stronie. Miała rację, lecz nie było to nic ważnego. Napis głosił, że w dziupli znajduje się jeszcze działająca latarka.

Mira westchnęła ciężko, jakby lekko zawiedziona. Nawet sama nie jest pewna, czego się spodziewała. Jakieś wskazówki co do kolejnych kartek? Schowała notatkę do kieszeni, zapalając latarkę. Musiała przyznać, że trochę pomogła. Ale z drugiej strony była też przez nią bardziej widoczna. Po chwili namysłu zgasiła ją. Wolała oszczędzać baterie. W końcu nie wiedziała ile jej to zajmie. Ruszyła przed siebie nie chcąc tracić więcej czasu.

Strzeżonego pan Bóg strzeże.

Jakoś w tej chwili bardzo wątpiła w to powiedzenie. Uważała, że zachowała  wszelkie środki ostrożności. Nie widziała swojej winy w tym, że zostały nakryte w domu braci. Przecież nie wiedziała, że wrócą akurat jak będą w środku. Chociaż mogła podzielić się z Mary swoimi spostrzeżeniami. Może nie doszłoby do tej sytuacji.

Westchnęła ciężko. Nie to było teraz najważniejsze. Miała dwie z siedmiu kartek. Zostało jeszcze pięć rozrzuconych po całym lesie. Musiała się ostro sprężyć.

Mojmira rozglądała się po opustoszałym szpitalu psychiatrycznym. Okazało się, ze plotki były prawdziwe.  

W głębi lasu naprawdę znajdował się stary budynek. Ze ścian schodziła farba. Po ziemi walały się licznie śmieci. Puszki po piwie, papiery, nawet szkło z wybitych szyb. Wyglądało jakby gałęzie drzew próbowały  wedrzeć się do środka.

Miejsce samo w sobie napawało przerażeniem. A myśl, że w tym budynku byli ludzi psychicznie chory pogarszał ten fakt. Od kiedy nastolatka przekroczyła próg szpitala, czuła dziwną obecność. Jakby coś czaiło się w mroku i tylko czekało na jej chwilę nieuwagi. Przemierzając korytarze zdawało jej się, że widzi ludzkie kształty. Kobiety ubrane w białe kitle, roznoszące na metalowych tackach leki. Nagle usłyszała echo kroków. Wzdrygnęła się. Wystraszona poświeciła latarką na koniec korytarza skąd dobiegał ów dźwięk. Światło latarki nic nie oświetlało. Tylko pusty hol. A kroki były coraz bliżej. Nagle z mroku wyłonił się wysoki mężczyzna ubrany w lekarski kitel. Blask lampy padał na niego, lecz ten człowiek nie posiadał cienia. Światło zdawało się przez niego przenikać  jak przez inne postacie. Wszyscy zdawali się nie zauważać nastolatki. Jakby zostali zaklęci w czasie. Przez wieczność powtarzali te same czynności.

- Duchy - powiedziała szeptem.

Pierwszy raz widziała je tak wyraźnie. Jako dziecko zdarzało jej się wyczuwać dziwną, acz nieszkodliwą obecność. Jej babcia mówiła, że jest to normalne u dzieci, ponieważ są one bardziej wrażliwe niż dorośli. Dostała też pewne ostrzeżenie od swojej babki, aby uważać na złe moce. Dodała też, że można to wyczuć sercem. Przynajmniej na razie Me była bezpieczna. Przynajmniej tak sądziła.

Westchnęła z ulgą. Musiała sprawdzić kolejne pokoje w poszukiwaniu kartki, jeśli tu była. To będzie czwarta karta.

Kilka razy już natknęła się na braci. Dokładniej dwa. Raz przy zepsutym samochodzie. Kartka była wtedy pod wycieraczkami. Właśnie ją wyciągała, gdy usłyszała trzask łamanych gałęzi nieopodal. Szybko wyjęła kartkę i schowała się za samochodem. Oddychała ciężko, gdy słyszała tupot oraz szelest liści. Oni się zbliżali. Kątem oka dostrzegła słabe światło zza auta. Z kroku na krok było coraz bliżej. Mogła też usłyszeć głosy braci.

- Myślisz, że już wzięła tą kartkę? - spytał Masky.

- Powinna być blisko - rzekł Hoodie, oświetlając latarką auto.

Światło odbijało się od szyb. Brain nie mógł dostrzec, czy kartka znajduje się tam, gdzie ją zostawili. Podeszli z bratem bliżej. W tym samym czasie nastolatka nie wiedziała co ma robić. Jeśli pobiegnie, to oni ją zauważą. Nie może też zostać, bo spotka ją to samo. Było tylko jedno wyjście z tej sytuacji, ryzykowne. Zdawało jej się, że za chwile usłyszą bicie jej serca albo ciężki oddech. Lecz nic takiego się nie stało. Chłopcy obeszli samochód dookoła, a kartki i dziewczyny nigdzie nie było.

- Nie ma jej - oznajmił Tim. - Musi być gdzieś blisko.

Hoodie tylko przytaknął niemo bratu. Pozwolił mu iść przodem. Na krótką chwilę zerknął ponownie na samochód. Jego wzrok utkwił w starej maszynie. Westchnął tylko i dołączył do brata.

Natomiast Me schowana pod samochodem wypuściła powietrze z płuc. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że przez ten czas wstrzymywała oddech. Sama  się sobie dziwiła, że tak szybko udało jej się wgramolić pod auto. Siedziała pod nim z dobre kilka minut po tym jak kroki ucichły. Wolała nie ryzykować. Gdy wyszła spod niego, skierowała się w przeciwnym kierunku niż bracia.

Za drugim razem nie miała już tyle szczęścia. Nastąpiło to po akcji z samochodem.

Lasy często bywają złudne. Drzewa wydają się niemal identyczne, a ścieżka znika gdzieś w mroku. Ci co nie znają drogi mogą z łatwością się zgubić, a ci których doradcą jest strach mają jeszcze większe szanse na zabłądzenie. A tym kimś była nasza bohaterka. Zawędrowała do zniszczonej czasem leśniczówki. Spróchniałe drewno, tworzące ściany ledwo stało. Wyglądało jakby byle wiaterek mógł ją zmieść. Lecz pozory mogą mylić.

Natomiast w środku panował porządek. Nie znajdowały się tam kawałki szkła, po rozbitej szybie. Nie było liści, które mogły dostać się do środka przez rozbity kawałek okna. Stało tam wysłużony stoły, a na nim  zdawać by się mogło zapomniany relikt - lampa naftowa.

Moja podeszła starego mebla. Przejechała palcami po blacie. Nie było na nim grama kurzu. Ledwie musnęła opuszkami podstawę lampy. Poczuła pod nimi lepką maź. Nafta, pomyślała. Na szczęście zimna. Uśmiechnęła się pod nosem. Sama się sobie dziwiła, ale jej to nie zaskoczyło. Odkryła kolejna kryjówkę braci.

Ale jakim cudem mogłaby zmarnować taką świetną okazję?

Sama w jednym z schronów proxy. Miejscu, gdzie nikt nie spodziewałby się szukać, a tym bardziej mieć odwagę tam zajrzeć. Ciekawość przysłoniła jej jasny obraz sytuacji. Kompletnie zapomniała o czyhającym na jej życie mordercach. Wolała przetrząsnąć to pomieszczenie w poszukiwaniu jakiś rzeczy należących do braci. Może odsłoniłaby kolejną tajemnicę?

Rozglądała się po leśniczówce, a towarzyszyło jej skrzypienie podłogi. Rozświetlała latarką każdy kąt, szukała każdej szpary, gdzie mogło coś być. Przykucnęła przyglądając się podłodze. Sprawdziła parę desek. Niestety żadna z nich nie była obluzowana. Ani jedna nie była powiernikiem tajemnicy.   Jedyne co znalazła to dwa śpiwory, wetknięte między drzwi.

Nawet nie zdawała sobie sprawy ile czasu zmarnowała, przeszukując kryjówkę.

Mojmira wstała lekko zdenerwowana. Ponownie spojrzała na pomieszczenie. Uważała, za niemożliwe, aby nie trzymali w takim miejscu nic prócz śpiworów i starych puszek po jedzeniu. Nie chciała nawet myśleć o kilkunastu pustych paczkach papierosów w kącie pokoju. Westchnęła ciężko.

Była tak zaabsorbowana poszukiwaniami, że nie zauważyła cieni, wędrujących za szybą. Niczego nie świadoma podeszła do stołu. Jedyne miejsce, którego nie sprawdziła to właśnie ten mebel. Wątpiła w to, że pod stołem jest coś przyczepione. Ale z drugiej strony najciemniej jest pod latarnią. Schyliła się.

Nagle poczuła ostre szarpnięcie do tyłu. Siła była tak wielka, że uderzyła plecami o kant krzesła. Z jej ust dobył się jęk. Poczuła przeszywający ból, który rozpraszał  się po całych plecach. Miała wrażenie, że całe jej ciało drętwieje. Jej boleści na chwilę przyćmiły jej zmysły. Miała ciemne mroczki przed oczami. Lecz mimo to nadal mogła usłyszeć jego głos.

- Wiesz, że to nieładnie tak komuś szperać w rzeczach? - rzekł Hoodie, kucając przy nastolatce. Adrenalina natychmiast przywróciła Mirze wzrok, a dreszcze jakby zniknęły. Spojrzała w jego twarz, a raczej w kominiarkę. Mimo, że miał ją na sobie doskonale go słyszała. Materiał poruszał się delikatnie wraz z jego słowami. - Naprawdę jesteś tak głupia, że wolałaś tracić tutaj czas? - dodał, dotykając jej włosów. Nachylił się nad nią i wyszeptał jej do ucha. - A co jakbym cię teraz zabił? - rzekł mocno ściskając ją za ramie. Me czuła jak braknie jej tchu. Nie mogła się ruszyć. Strach nią zawładnął. Kazał uciekać, ale też nie pozwalał się ruszyć.

To był głos strachu. Taki głośny, czasem pożyteczny, ale też i sprzeczny. Nakazujący uciekać przed zagrożeniem, lecz też paraliżujący. Przejmujący całkowita kontrolę. Tworzy bezwolną marionetkę, poddaną jedynie pierwotnym instynktom.

Zdawać by się mogło, że tylko ten instynkt kazał Mirze kopnąć Brain'a kolanem w szczękę. Lecz było coś jeszcze jakiś cichy głos w głębi serca. Nastolatka sama była zaskoczona. Nastąpiło to szybko. Prawie w mgnieniu oka.

Chłopak upadł na plecy, bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Lecz musiał przyznać, że na chwilę przyćmiło mu wzrok i dzwoniło w uszach. Plusem tej sytuacji było to, że nie odgryzł sobie języka, a było blisko.

W tym czasie Me, dalej wiedziona tajemniczym instynktem, zerwała się gwałtownie. Pobiegła w stronę drzwi, napierając na nie z całej siły. Udało jej się wcisnąć klamkę. Wypadła przez drzwi, potykając się o framugę. Na moment straciła równowagę, lecz odepchnęła się ręką od ziemi, zanim miała upaść. Nie wytraciła przy tym prędkości i najważniejsze mogła dalej biec. Nie oglądała się za siebie z obawą, że jeśli to zrobi wywróci się o jakieś korzeń. Do tego nie mogła dopuścić. Nie w takiej chwili. Oddychała bardzo szybko, a serce biło jej jak szalone. Z mniejszym lub większym trudem przedzierała się przez chaszcze. Liczyło się tylko, aby być jak najdalej od niego.

W tym samym czasie, gdy Me biegła bez opamiętania przed siebie do chatki weszła kolejna osoba.

Tim oparł się o framugę, próbując powstrzymać śmiech. Jego brata - tak pewnego siebie, nieomylnego i perfekcyjnego, powaliła nastolatka. Naprawdę musiał się wytężyć, aby się teraz nie roześmiać. To była naprawdę przekomiczna scena. Sam się nie spodziewał, że Moja może mieć, aż taki dobry refleks. W jednej chwili górował nad nią Brain, a potem dostał z kolanka i zwijał się na ziemi. Dla Masky'iego, który oglądał wszystko przez okno, była to iście zabawna scenka.  

- I co w tym niby zabawnego? - zapytał złośliwie Hoodie, masując obolałą szczękę. Dziewczyna poniżyła go już dwa razy i to w przeciągu jednego dnia. Czuł się naprawdę okropnie z tego powodu. Jak on mógł się dać tak łatwo podejść jakieś małolacie. Nie mógł tego pojąć jak w jednej chwili całkowicie sparaliżowana strachem mogła w kolejnej sekundzie uderzyć go. Lecz dziwiło go coś jeszcze. W tamtej sekundzie, tuż przed kopnięciem w jej oczach nie widział tylko strachu. Było coś jeszcze czego nie potrafił opisać. Coś dziwnego.

- No wiesz, przed wejściem zarzekałeś się, że sobie z nią poradzisz sam - rzekł Tim, wchodząc do środka. Oparł się o stół, przyglądając się bratu. - A tu proszę, młoda dała ci niezły wycisk i zwiała - dodał wskazując  na drzwi.

Hoodie otrzepał swoją kurtkę z kurzu, prychając w odpowiedzi do brata.

- Lepiej powiedz, czemu pozwoliłeś jej uciec? - zapytał, podchodząc do Tim'a.

- A po co? Mamy ją nastraszyć, a potem odesłać do domu - oznajmił spokojnie Masky, wzruszając ramionami. - Czemu nie skorzystać  z okazji i się trochę nie zrelaksować? - zapytał, lecz Brain tylko milczał. - Sam wiesz, że ostatnio mamy pełne ręce roboty - dodał, podchodząc do drzwi. - Ale skoro nalegasz to ruszajmy. - I wyszedł. Hoodie stał tak minutę, dopóki nie ruszył za bratem.

Czasami naprawdę go nie rozumiał. Wychodząc z leśniczówki zamknął za sobą, a Tim w duchu cieszył się, że nikt nie odkrył jego sekretu. A mianowicie opakowania papierosów, które przykleił taśma do spodu stołu. Niekiedy jego towarzysz bywał naprawdę upierdliwy. Brain potrafił zabrać Tim'owi papierosy i wrzucić je do kałuży albo w jakiś inny sposób się ich pozbyć. On naprawdę nie cierpiał zapachu papierosów oraz faktu, że jego brat pali. Po prostu go to denerwowało. A dowodem na to są zniszczone opakowania w kącie drewnianej chatki.

Tak wyglądały obydwa spotkania. Dlatego podczas eksploracji szpitala była ostrożniejsza. Reagowała na każdy szmer oraz cień. Odwracała się za siebie przy każdym skrzypnięciu. Niekiedy była to jakaś mysz, czasami po prostu szum wiatru. Plusem było to, że te duchy jakie spotkała w głównym holu w większości nie wydawały dźwięków. A przynajmniej mogła je odróżnić. Odgłosy wydawane przez duchy roznosiły się po całym pomieszczeniu, zachowywały się niczym echo.

Mimo, że na razie zjawy nijak na nią reagowały pogrążone w przeszłości wolała mieć się na baczności. Już raz dała się zaskoczyć. Drugi raz na to nie pozwoli.

Moja przeszukała już cały parter, a przynajmniej te pomieszczenia do których mogła wejść. Niektóre drzwi były zamknięte. Prawdopodobnie coś z drugiej strony nie pozwalało wejść. Może jakiś obalony regał? Tego nie była pewna. Mogło to też być spowodowane osunięciem się sufitu, a całe pomieszczenie jest zawalone. Raczej nie była do końca pewna, czy chce je sprawdzać.

Będąc już na pierwszym piętrze, postanowiła przystanąć i rozejrzeć się. Tutaj korytarz był taki sam jak na dole z tą różnicą, że duchy od pewnego czasu się nie pokazywały. Dopiero teraz zwróciła na to uwagę, że im bliżej była schodów i kolejnego piętra było ich coraz mniej. Me zrobiła kilka kroków na przód. Usłyszała jedynie dźwięk swoich kroków. Żadnych strzępów rozmów. Była sama i to ją przerażało. W obecności zjaw, czuła dziwny spokój. Lecz tak naprawdę nie pochodził on od niej tylko od duchów. Było to spowodowane ciągle odkrywającym się rytmem mieszkańców szpitala, a raczej ich wspomnieniami.  

Me trochę to niepokoiło. Dlaczego dusze unikają tego piętra? Może to kolejna kryjówka braci? Albo Jego. Na samą myśl o Nim, Mirę przeszły dreszcze. Wspomnienie nienaturalnego głosu Operatora w swojej głowie, napawała ją lękiem. Jego akurat najbardziej nie chciała spotkać. Z braćmi mogłaby sobie jakoś poradzić. Przechytrzyć ich, tak samo jak to zrobiła przy samochodzie. Lecz  jak mogłaby wykiwać Istotę, która czyta w myślach?

Na to pytania nie znała odpowiedzi. Wolała na razie o tym nie myśleć, póki nie jest to konieczne. Wyrzuciła z głowy te dość makabryczne myśli, skupiając się na swoim obecnym celu - poszukiwaniu kartek.

Wzięła głęboki wdech, otwierając pierwsze drzwi. Roztoczył się przed nią niewielki pokój pielęgniarek. Drewniany stół, kilka krzeseł w tym jedno połamane oraz dwie białe szafy.  Było jeszcze okno, pokazujące otaczający budynek las.

Nastolatka wzięła się za przeszukiwanie pomieszczenia.

W ciszy zbadały prawie wszystkie pokoje na tym piętrze. I w żadnym nic nie było. Żadnej kartki, żadnego śladu bytności braci. Me była tym faktem trochę rozczarowana. Myślała, że znajdzie tutaj kartkę albo chociaż coś związanego z braćmi. Lecz znajdowały się tutaj jedynie rzeczy pacjentów oraz pracowników. Zmarnowała tyle czasu.

Do przeszukania zostały jej tylko trzy pokoje. Miała nadzieję, że w kolejnym pokoju znajdzie to czego szukała. Drzwi otworzyły się skrzypiąc lekko. Moja znajdowała się w jednym z wielu pokoi, zamieszkiwanych kiedyś przez pacjentów. To pomieszczenie było bardzo skromne. Jedno łóżko oraz proste biurko z krzesłem. A jakby tego było mało to kraty w oknach.

Gdyby Me nie wiedziała, że to szpital psychiatryczny, uznałaby to miejsce za więzienie. Ale jak miała je niby kojarzyć skoro to był pierwszy raz gdy widziała takie miejsce na własne oczy?  Takie szpitale kojarzyła jedynie z horrorów, gdzie pacjentów poddawano niekonwencjonalnym metodom leczenia. Nigdy też nie spotkała się z osobą z zaburzeniami psychicznymi. Może te kraty były dla ich bezpieczeństwa?

Westchnęła ciężko, wyrzucając z myśli sceny z ostatniego horroru, gdzie pewną młodą kobietę poddawano terapii elektrowstrząsowej.

Me nachyliła się, aby sprawdzić co jest pod biurkiem. Leżało pod nim tylko parę połamanych kredek. Może to był pokój jakiegoś dziecka? Ale czy dzieci mogą mieć jakieś silne zaburzenia, wymagające przebywania w szpitalu? Pomyślała, przyglądając się kredkom. Wzruszyła tylko ramionami. Nie była tego pewna, ale to nie był czas na snucie jakiś przypuszczeń. Zostawiła przybory rysunkowe w spokoju i skierowała się w stronę łóżka. Musiała położyć się na zakurzonej podłodze, aby zobaczyć co znajduje się pod meblem. Mimowolnie uśmiechnęła się do siebie, widząc białą kartkę. Wyciągnęła po nią rękę, a po chwili  szczęśliwa wyprostowała się. Przyjrzała się jej. Jakież było zdziwienie Mojmiry, gry okazało się, że kartka ukazywała rysunek pluszowego misia z różową kokardką.

Obrazek nie wyglądał na stary, więc nie mógł należeć do właściciela tego pokoju. Ale po co mieliby rysować takie coś? Pomyślała, przyglądając się kartce.  To nie mogła być jedna z tamtych kartek. Lecz to wydawało się dziwne. Co w szpitalu robi rysunek dziecka?  Me zdezorientowana postanowiła sprawdzić co znajduje się z tyłu obrazka. Może jest jakiś podpis autora albo data? Odwróciła ją.

- Czy to jakiś żart? - powiedziała do siebie.

Sama nie mogła uwierzyć, że po drugiej stronie znajduje się rysunek Slenderman'a w lesie. Narysowany w takim samym koślawym stylu co pozostałe. Moja ponownie przyjrzała się obydwu pracom. Spostrzegła, że zostały prawdopodobnie stworzone przez dwie różne osoby. Tylko po co?  Pomyślała. Ta może, któryś z proxy's ma talent artystyczny i chciał się pochwalić? Pomyślała, uśmiechając się lekko do siebie. Wizja, któregoś z nich, rysującego misia była komiczna, ale i dziwnie pokrzepiająca. Moja musiała pamiętać, że oni mimo służby u Operatora to nadal ludzie. A ludzie da się przechytrzyć. A skoro udało mi się odkryć ich tożsamość, to czemu nie miałoby mi się udać zebrać pozostałych kartek? Pokrzepiła się w myślach. Poniekąd takie myślenie dało jej siłę do dalszej "gry".

Schowała kartkę do kieszeni, wychodząc z pokoju. Chciała już opuścić szpital, ale zmieniła zdanie. To mało prawdopodobne, aby ukryli tu dwie kartki, ale teraz nie jestem pewna. Skoro próbowali mnie zmylić tym rysunkiem, to czemu nie mieliby zostawić tu kolejnej kartki? Pomyślała, zmierzając w kierunku kolejnego pokoju.

Już trzymała dłoń na klamce, gdy usłyszała szmery. Zamarła. Z pokoju dochodziły dziwne dźwięki. Me nie potrafiła określić, co dokładnie robi osoba w środku. Pomyślała, że to któryś z braci. Ale czemu przeszukuje to miejsce? Tego nie potrafiła zrozumieć. Gdy nagle sobie coś uświadomiła. A kto powiedział, że proxy to te same osoby, które zamordowały tego faceta? Me zrobiła krok w tył. Przecież nie musieli to być oni. Dodała w myślach, starając się jak najciszej wycofać. Skoro istnieje Slenderman, to czemu jakieś słowiańskie bestie nie?  Czuła w gardle jakąś gulę. Może zabiła go strzyga albo coś innego? Kolejny krok do tyłu. Albo tam jest Slenderman. Me oddaliła się od drzwi. Szybko pobiegła w stronę schodów. Wolała się znaleźć jak najszybciej od tego miejsca. Dopiero biegnąc, uświadomiła sobie, że dziwne odgłosy to było mlaskanie.

Przeszył ją dreszcz. Wolała nie być blisko tej istoty czymkolwiek była. Zbiegała po schodach, gdy nagle noga ześlizgnęła się z jednego stopnia. Mojmira z hukiem zleciała ze schodów. Leżała na podłodze, cała obolała. Nie była pewna, czy czegoś sobie nie zrobiła. Ostrożnie podniosła się na rękach. Poczuła przeszywający ból w prawym barku. Chwyciła się za niego, odwracając się na plecy. Musiała sobie uszkodzić bark przy upadku. Boli, ale nadal mogę ruszać ręką. Pomyślała. Przynajmniej nie jest wybity. Moja podniosła się z ziemi.

Zamarła gdy usłyszała odgłos kroków. Dobiegał z góry, a towarzyszyło mu ciężkie dyszenie. Me z przerażeniem spojrzała na szczyt schodów. Stała tam wysoka człekokształtna masa. Nie potrafiła określić co to jest przez panujący wszędzie mrok. Podczas upadku latarka wyleciała jej z ręki.

Moja czuła na sobie wzrok bestii. Był taki przytłaczający. Złowrogi. Nastolatkę przeszedł dreszcz. Coś w środku, w głębi serca mówiło jej, że Ten potwór chce krwi. Ludzkiej krwi. Zrobiła krok do tyłu. A bestia przykucnęła. Szykowała się do ataku.

Dla Miry czas zdawał się zwolnić. Myślała, że trwało to dobre parę minut, ale to było kilka sekund. Potwór zeskoczył ze schodów. Znajdował się parę metrów przed nią. Stał czterech łapach, gotów na zabawę z nową ofiarą. Jeszcze się do niej nie dorwał, a już czuł zapach jej przecudownej krwi. Była inna niż te pomyje, którymi zazwyczaj się żywił. Potwór wysunął z paszczy język i oblizał się ze smakiem po ostrych kłach.

Bestia ugięła tylne kończyny, gotując się do skoku. Me nie wiedziała co ma robić. Nie mogła stać, lecz z nim nie miała szans. Potwór skoczył. Moja zamknęła oczy, nie chciała na to patrzeć. Była gotowa na atak, ale on nie nastąpił. Mojmira usłyszała jedynie huk oraz przeszywający skowyt. Otworzyła oczy zdziwiona.

Istota, która zamierzała ją upolować leżała obok ściany. A przed oczami dziewczyny stał On. Slenderman w swoim czarnym garniturze, a z jego pleców wyrastało kilka macek. Twarz miał skierowaną w stronę powalonego przeciwnika. Zdawało się, że mu się przyglądał. Lecz Moja nie była tego pewna. Przecież on nie miał oczu.

Nagle jakiś cichy głosik nakazał jej uciekać. Nie był to głos Operatora, tylko ten sam co wcześniej kazał jej kopnąć Brain'a. Kazał jej uciekać, póki może.

Jednak nie było jej to dane. Slenderman usłyszał jej myśli. Zwrócił się w jej stronę

Czas zakończyć tą zabawę.

Usłyszała w głowie Me. Wzdrygnęła się i już miała biec, jednakże On był szybszy. Moja słyszała w głowie dziwne szumy, które z każdą chwilą przybierały na sile, powodując ból nie do opisania. Jakby ktoś próbował rozsadzić jej czaszkę od wewnątrz. Chwyciła się za głowę, kuląc.

Czas na ciebie.

- Proszę, nie zabijaj mnie - zaszlochała Mira, patrząc na wysoka istotę spode łba.

Operator nic jej nie odpowiedział. Mocno chwycił jej ramię. Niespodziewanie świat przed oczami Miry zdawał się rozmywać, ale dziwniejsze było to, że tylko Operator był wyraźny. Moja nie była pewna co jej zrobił. Nie mogła się skupić na tym co się dzieje wokół niej. Zdawało się jakby świat przyśpieszył. Czuła, że stoi w miejscu, a jednocześnie jakby poruszała się z olbrzymią prędkością. Przed oczami miała wiele obrazów, które widziała zaledwie parę chwil. Budynek szpitala. Las. Zrujnowany samochód. Leśniczówkę. Jednakże było coś jeszcze. Stary zadbany budynek. Rezydencja, którą nastolatka widziała przez ułamek sekundy. To był jej ostatni obraz, zanim straciła przytomność.

 



Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0

 

Please publish modules in offcanvas position.

Free Joomla! template by Age Themes