Ciii… cicho. Cykada idzie. / Damian Bralewski

Print Friendly, PDF & Email 

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS Nr 10, listopad 2017


 

Autor: Damian Bralewski

 

 

 

 


Prolog

Chyba każdy z nas przechowuje w zakamarkach swojej pamięci jakieś chwile, czy okresy czasu, do których lubi powracać. Pozytywne obrazy z przeszłości przywołują najczęściej uczucia ciepła, melancholii i beztroski. Ludzie odgrzebują je z szufladek własnej pamięci, by choć na chwilę przenieść się do dawnego, lepszego wymiaru, w którym czuli się naprawdę szczęśliwi. Pozytywne wspomnienia pozwalają człowiekowi uciec od zgiełku codzienności i bieżących problemów, umożliwiają mu rozpłynięcie się w obłokach własnego ja. Melancholijne uczucie roztapiania się we własnej przeszłości nie trwa jednak zbyt długo, a po nim następuje zawsze szybki i brutalny powrót na planetę zwaną Ziemia. Tak oto, przed biurkiem, z ołówkiem w ręku siedzi trzydziesto-trzy letni, samotny mężczyzna, który właśnie z takiej ,,podróży’’ powrócił i postanowił utrwalić ją nie tylko w swojej pamięci.

Pomimo pewnego dziwnego wydarzenia, które miało miejsce w trakcie mojej trzyletniej nauki w jednej z bielańskich szkół średnich, to właśnie ten okres mojego życia uważam za najszczęśliwszy i to do niego powracam najczęściej w wolnych chwilach. To, co wydarzyło się podczas drugiego roku mojej edukacji w liceum większość ludzi uznałaby za coś strasznego lub przynajmniej szokującego. Ja przeżyłem od tamtej pory już szesnaście lat i potrafię się do tego zdystansować. Co więcej, całe to zajście nie zmieniło mojego postrzegania tamtych czasów jako czegoś pięknego i wyjątkowego. Wręcz przeciwnie. Stanowi ono swoisty bufor, portal, dzięki któremu tak doskonale pamiętam swoje najlepsze chwile. To właśnie o tym wydarzeniu chcę wam opowiedzieć.

 

2

Ach te czasy…

Po ukończeniu z wyróżnieniem mojego rejonowego gimnazjum (którego, szczerze mówiąc nie znosiłem) udało mi się dostać do jednej z renomowanych szkół średnich. Budynek mojego liceum mieścił się w pobliżu niewielkiego kompleksu leśnego, porastającego wschodnią część Bielan. Z początku nie spodobał mi się panujący w nim klimat oraz napotkani tam przeze mnie ludzie - można powiedzieć, że zaczynając naukę w liceum przeżyłem coś w rodzaju szoku kulturowego. Po pewnym czasie przyzwyczaiłem się jednak do mojego nowego otoczenia i nawiązałem nowe przyjaźnie. Niektóre z nich trwają aż do dzisiaj i żywię nadzieje, że potrwają jeszcze trochę dłużej.

 Po około pół roku w naszej klasie (klasie D o profilu społecznym) ukształtowały się pierwsze przyjacielskie grupki. Moja paczka ziomali składała się z trzech dziewczyn oraz czterech chłopaków. Byliśmy wtedy zwykłą bandą nastolatków, nie wyróżniającą się niczym na pierwszy rzut oka ( za to bardzo zgraną i oddaną). Pamiętam, że bez względu na okoliczności zawsze staraliśmy się być razem i pomagać sobie wzajemnie nawet w najcięższych sytuacjach. Obowiązywała nas wtedy zasada trzech muszkieterów i nikt nie liczył strat. Liczyło się wyłącznie to, że stanowiliśmy jedną, równą ekipę. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Hej!

Po roku uczęszczania do liceum znałem już dobrze nauczycieli, pomieszczenia szkolne oraz większość kolegów i koleżanek z klasy. Pomimo licznych prac domowych i testów, zapowiadanych często z dnia na dzień bardzo lubiłem chodzić na zajęcia. Czas, który spędzałem z moimi rówieśnikami w szkole, jak i poza nią wspominam jako kupę śmiechu i zabawy.

Do dziś widzę przed oczami zatroskany wyraz twarzy naszego biednego WF-isty. Podczas meczów, które rozgrywaliśmy pod jego okiem na małej, szkolnej hali, nieustannie obrywał od nas futbolówką ( i to nie byle gdzie). Graliśmy jak patałachy, więc uderzana przez nas piłka trafiała w niego co najmniej trzy-cztery razy na każdych zajęciach ( w brzuch, twarz, parę razy piekielnie mocno w krocze). Cóż, nie byliśmy dobrym materiałem na kadrę PZPN…

Na lekcjach chemii można było spytać dosłownie o wszystko. Nasz nauczyciel od tego przedmiotu, Pan Wojciech (zwany także Sidem lub leniwcem z epoki lodowcowej) zaczynał lekcję w normalny sposób. Kładł podręcznik na swojej katedrze, pisał temat lekcji na tablicy, sprawdzał listę obecności, po czym rozpoczynał swój czterdziestopięciominutowy monolog. Pewnego razu jeden z naszych kolegów zapytał Sida o skład chemiczny coca-coli, a konkretnie, czy cola jest według niego zdrowa. Z radością odkryliśmy, że nasz nauczyciel od chemii jest skłonny do rozmowy na ten temat i na każdy inny, niekoniecznie związany z przedmiotem. W ciągu jednego roku dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy na temat UFO, klonowania, mutacji genetycznych, czy ataków terrorystycznych. Wiedza Sida była naprawdę ogromna, a jego opowiadania niesamowicie ciekawe. Od tamtej pory lekcja chemii zaczynała się tematem ,,Roztwory chemiczne’’, czy ,,Rodzaje kwasów’’ ,wypisywanym na tablicy przez naszego nauczyciela, a kończyła rozmową na temat wojny prowadzonej w Iranie lub ostatnich porwań, dokonanych przez kosmitów.

To były czasy…

Poza szkołą spotykaliśmy się na piwo w pobliskim lasku, chodziliśmy na koncerty i oglądaliśmy nasze pierwsze, zakazane seanse filmowe. Ponadto obijaliśmy się w barach, pizzeriach, kawiarniach oraz skateparkach. W weekendy, niektórzy ze znajomych wyprawiali swoje pierwsze imprezy urodzinowe, na których większość z nas strasznie się upijała (szesnastki, siedemnastki, osiemnastki, wiecie o co chodzi, nie?). Odważni próbowali swoich sił na egzaminach prawa jazdy, wysportowani walczyli po lekcjach w pucharach międzyszkolnych, a zakochani szlajali się wieczorami po Starym Mieście.

Tak, życie pozaszkolne bez wątpienia biło wtedy swoim własnym rytmem. Wróćmy jednak z powrotem do mojej szkoły, dobrze?

Nasz stary, nieodnawiany budynek szkolny ożywał codziennie o ósmej nad ranem, kiedy na jego korytarzach pojawiały się pierwsze zaspane grupki nastolatków, które tłoczyły się powoli do swoich klas. Po dwóch pierwszych lekcjach ludzie robili się nieco żywsi, a po trzech nie można było usłyszeć własnego głosu na przerwie (w całej szkole panował wtedy hałas, który przypominał mi odgłos brzęczenia roju os). Na gwarnych korytarzach liceum można było spotkać chłopaków ubranych w obcisłe, rurkowe spodnie i modne koszule, metalowców, odzianych w czarne glany i kurtki z ćwiekami, a także najmniej liczną grupę tak zwanych luzaków, którzy prawie tonęli w swoich szerokich spodniach i wielkich bluzach. Wśród damskiej części liceum nie brakowało dziewczyn żujących nieustannie gumę, cheerleaderek szkolnych, przemądrzałych prymusek oraz cichych, spokojnych, szarych myszek, noszących okulary w twardej oprawce .

Wszystkie te osoby, włącznie z nauczycielami, przemieszczały się nieustannie pomiędzy czterema strefami szkoły. To wokół nich kręciło się całe szkolne życie.

Pierwszą strefą były tak zwane ,,podziemia’’, znajdujące się na poziomie piwnicznym szkoły (poziomie minus jeden). Na podziemia składały się ustawione równolegle do siebie boksy szatniowe, kantorek pracowniczy dla woźnych oraz szkolna ubikacja (z której śmierdziało niemiłosiernie papierosami). W strefie numer jeden panował zazwyczaj chłód i można było się z niej wydostać wyłącznie jednym przejściem. Prowadziło ono w górę, na lewe skrzydło szkoły, gdzie znajdował się blok przedmiotów ścisłych. Ów blok mieścił się na parterze i pierwszym piętrze lewej kondygnacji szkoły. Był strefą numer dwa, nazywaną uszczypliwie przez humanistów ,,strefą wariatów’’. Środkową kondygnację szkoły stanowił tak zwany ,,basen’’. Był to niewielki, pusty, prostokątny placyk otoczony zewsząd płaskimi schodkami. W czasie przerw służył za miejsce spotkań i odpoczynku. Dzieciaki spisywały na nim zaległe prace domowe, żartowały z nauczycieli i umawiały się tam na pozaszkolne wyjścia. ,,Basen’’ był strefą numer trzy, ważną ze względu na dwa powody. Po pierwsze, nieopodal niego znajdowały się dwa pomieszczenia, których większość z nas wolała wtedy unikać (Pokój Dyrektora i Pokój Nauczycielski), po drugie, stanowił łącznik pomiędzy blokiem przedmiotów ścisłych, a blokiem humanistycznych, do którego chcę was teraz zabrać.                                                                                                                                                                                                                                                         

Blok humanistyczny (czyli strefa numer cztery) zajmował parter oraz pierwsze piętro wschodniego skrzydła szkoły i to na jego terenie znajdowała się nasza wyjątkowa klasa. Sala lekcyjna przydzielona społeczniakom (tak nazywano wtedy osoby chodzące do naszej klasy) mieściła się na pierwszym piętrze bloku i jako jedyna posiadała w swoim wnętrzu dodatkowe, ukryte pomieszczenie. Ów pomieszczenie stanowiła stara, niewielka kanciapa, która należała do naszego wychowawcy, nauczyciela historii, Pana Grzegorza. Podczas przerw przychodziliśmy do niej, by zrobić sobie tosty w opiekaczu, zaparzyć herbatę, czy po prostu pogadać i poprzeglądać znajdujące się tam książki oraz eksponaty. Pan Grzegorz (zwany również ,,Trochciem’’) nie denerwował się z tego powodu, wręcz przeciwnie. Uwielbiał, kiedy w jego małym, tajnym ,,gabinecie’’ roiło się od uczniów. Drewniane drzwi jego starej kanciapy stały otworem dla każdego z nas.                                                                                              

Trochcio był wyjątkowym nauczycielem i szybko zaprzyjaźnił się z naszą klasą. Jeżeli ktoś miał jakiś problem, szedł do jego pokoju. Pan Grzegorz zawsze wysłuchiwał cierpliwie opowieści danego nieszczęśnika, po czym starał się mu doradzić. Jeżeli ktoś wpadł w spore, szkolne tarapaty (np. został przyłapany na papierosie w podziemnej ubikacji), Trochcio robił wszystko co w jego mocy, by go z nich wyciągnąć. Nasz wychowawca nie popierał oczywiście palenia fajek w szkolnej toalecie i trochę się o to złościł, ale przy pierwszych dwóch wpadkach nie dzwonił od razu do czyichś rodziców. Z Trochciem można było porozmawiać dosłownie o wszystkim, od kłopotów szkolnych, po problemy i troski życia prywatnego. Owszem, czasami musiał na nas nakrzyczeć i postawić w dzienniku kilka pał (jak każdy normalny nauczyciel). Nie zmieniło to jednak naszych dobrych relacji na linii nauczyciel/wychowawca-klasa. Pan Grzegorz traktował wszystkich swoich podopiecznych jak dorosłych i tego samego podejścia wymagał też od nich, zarówno w stosunku do własnej osoby, jak i wszystkich innych spraw.

Trochio był najlepszym wychowawcą któregokolwiek miałem. Do dziś wspominam pozytywnie jego osobę i uważam, że taki nauczyciel to skarb dla każdej szkoły. Pamiętam, że w czasach naszej nauki w liceum nie wyobrażaliśmy sobie, by mogło go kiedykolwiek zabraknąć. Był dla nas niczym starszy brat. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i tak też się stało…

 

3


Ciii… cicho. Cykada idzie.

W sali panował ogromny szum. Większość osób z klasy położyła swoje podręczniki na ławkach i w oczekiwaniu na przybycie naszego wychowawcy, dyskutowała gorączkowo na temat testu z języka francuskiego, który odbył się na poprzedniej godzinie lekcyjnej. Sprawdzian był wyjątkowo trudny, więc wśród klasowych wypowiedzi nie brakowało uszczypliwych komentarzy, skierowanych pod adresem naszej nauczycielki.

Przez ogromne, prostokątne okno do wnętrza sali wsączały się promienie słoneczne. Pomyślałem, że wyglądają pięknie, szczególnie w zimne, grudniowe popołudnie. Strumienie światła padały na biurko i krzesło, należące do naszego wychowawcy, profesora Grzegorza. Inne, oświetlały drewniane drzwi jego kanciapy.

Przypomniałem sobie, że muszę się pośpieszyć. Teoretycznie, lekcja trwała już od dziesięciu minut. Trochcio mógł przyjść w każdej chwili. Przymykał oko na wiele rzeczy, ale ściągania pracy domowej w pierwszym rzędzie z pewnością by nie zniósł (szczególnie zżynania zadań domowych z fizyki, której uczyła jego stara, dobra znajoma Pani Hollman).

Nie uczestniczyłem w rozmowach dotyczących testu z języka francuskiego, byłem zbyt pochłonięty uzupełnianiem zaległych ćwiczeń. Przepisywałem kolejno linijki mniej lub bardziej zrozumiałych dla mnie równań fizycznych, spoglądając co i rusz na przymknięte, klasowe drzwi.

– Długo jeszcze? – zapytał Wąsu (członek naszej paczki, zwany też z rzadka Michałem). – Zaraz może przyjść Trochcio i wiesz co będzie dalej – dodał, z wyrazem niepokoju na twarzy.

– Już, już… - odpowiedziałem, przewracając ostatnią stronę w jego zeszycie. – Jeszcze chwileczka Wąsiasty.

Nagle, za moje lewe ramię wychyliła się głowa o jasnej, bujnej czuprynie i uśmiechniętej twarzy. Należała do drugiego członka naszej ekipy.

– A co tu mamy Panie Kolego? Zrobione ćwiczenia z fizyki? Mmm… za ile sprzedasz? – zapytał Szowan.

– Za trzy minuty – odpowiedziałem. – Tylko mi teraz nie przeszkadzaj – wymamrotałem, lekko zniecierpliwiony.

Na tę odpowiedź, Andrzej (zwany także Szowanem lub Góralem) uśmiechnął się lekko i usiadł na swoim miejscu w drugim rzędzie.

– Było się uczyć głąby, a nie zżynacie jak świnie. Kto to widział takie rzeczy – powiedział Bielczyk (czyli Patryk, czwarty i ostatni wśród męskiej części paczki).

– Tej, Bielczyk, nie bądź taki hop do przodu, bo ci z tyłu zabraknie – odpowiedział Szowan. – Trzeba było do Oxfordu iść!

Przez chwilę próbowałem być poważny, ale po tych słowach nie wytrzymałem i wybuchnąłem razem z Wąsem salwą śmiechu. Kiedy się uspokoiłem, przypomniałem sobie o zadaniach z fizyki. Były wciąż niedokończone.

– Dobra, cicho!- powiedziałem. – Dajcie mi teraz dokoń…

Drzwi od klasy otworzyły się. Przez ich próg przeszedł wysoki mężczyzna. Miał na sobie czarny płaszcz, a w ręku trzymał niewielką, skórzaną walizkę. Położył ją na ziemi, po czym stanął za biurkiem naszego wychowawcy. Przez dłuższą chwilę rozglądał się uważnie po całej klasie, lustrując wzrokiem każdego z nas. Potem zaczął mówić.

– Jestche… - wysoki nieznajomy zaczął się krztusić. Wyjął z kieszeni małe, blaszane pudełeczko, odkręcił kurek i przyłożył otwór do swoich ust.

– Jestem profesor Piotr Świerszczewski – oznajmił po chwili. –Od dziś, będę was uczyć historii.

Po tych słowach obróciłem się do tyłu i spojrzałem na twarze rówieśników z klasy. Większość z nich wyrażała konsternację, niepokój oraz przerażenie. Wcale się temu nie dziwiłem. Sam miałem ochotę wyjść z sali. Siedziałem w pierwszym rzędzie, a nasz ,,nowy nauczyciel’’ stanął vis a vis mnie. Tak naprawdę obróciłem się do tyłu tylko po to, by na niego nie patrzeć.

– Moje drogie flaczki (tak, tak właśnie do nas wtedy powiedział), jestem tu, by pokazać wam kawał przeszłości. Przeszłości, jakiej do tej pory nie znaliście. Żywię nadzieję, że odnajdziemy wspólnie drogę do porozumienia i współpracy. Ze swojej strony mogę zagwarantować starannie wykrojone, fascynujące porcje informacji, które potn… pochłonął was bez reszty. Jeżeli mi pozwolicie, to przetn… przeniosę was do innego świata. Świata historii, w którym jeszcze nie byliście – powiedział, postępując krok naprzód.

– (Mojego świata) – usłyszałem nad głową.

W sali zapadła krótka chwila ciszy.

Zauważyłem wlepione we mnie spojrzenia kolegów i koleżanek. Chciałem się odwrócić, ale nie starczyło mi na to odwagi. Na swoim lewym ramieniu poczułem dotyk zimnej, kościstej dłoni. Moje nozdrza wypełnił dziwny, nieprzyjemny zapach. Nie potrafiłem go rozpoznać. Zesztywniałem.

Kiedy modliłem się w duchu o jakikolwiek ratunek, w sali rozległ się nagle głośny brzdęk.

Wszyscy wychylili się z ławek.

Coś upadło na ziemię.

- (Kurwa) – usłyszałem za swoimi plecami.

Poczułem, że chłodna dłoń opuszcza moje lewe ramię. Obróciłem głowę do tyłu. Zobaczyłem, jak nasz ,,nowy nauczyciel’’ podnosi z ziemi mały przedmiot, po czym chowa go ukradkiem do kieszeni. Widziałem go tylko przez chwilę, ale mój mózg zdążył zarejestrować parę szczegółów. Owym przedmiotem była niewielka, metalowa figurka, przypominająca kształtem dzwonek lub gruszkę. Powierzchnia metalowej bryłki pokryta była wypukłymi miniaturami i wzorami a na jej czubku znajdowała się srebrna, gruba pętelka. Nie miałem pojęcia co to jest i do czego służy, ale szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to. W mojej głowie zaczęło pojawiać się wiele innych, dużo ważniejszych pytań. Gdzie u licha podział się nasz stary, dobry wychowawca? Może ten nowy nauczyciel to jakiś głupi żart lub pomyłka? Skąd on się w ogóle wziął? Z Azkabanu? Czy dyrektor mógłby zatrudnić kogoś takiego?

- DziiiieeeeńDoobryy – po sali lekcyjnej rozbiegło się przeciągłe, chóralne powitanie. U progu drzwi stanął dyrektor szkoły.

Zorientowałem się, że siedzę jako jedyny, więc szybko podniosłem się ze swojego miejsca. Skierowałem wzrok na ,,nowego nauczyciela’’, a potem na dyrektora. Miałem nadzieję, że wszystko zaraz się wyjaśni.

– Usiądźcie już dzieciaczki – powiedział dyrektor. – Wiem, że macie młode nogi, ale jeszcze się wam przydadzą – dodał, uśmiechając się. – Witam Panie Piotrze.

– Witam Panie Dyrektorze – odpowiedział.

– Czy udało się już Panu zapoznać z klasą drugą D? –zapytał dyrektor, zaplatając na brzuchu swoje małe, pulchne dłonie.

– Nie mieliśmy za wiele czasu, ale chyba udało nam się nawiązać nić porozumienia – odpowiedział, rozglądając się po całej klasie. – Myślę, że to dobry początek i obiecujący znak na przyszłość – dodał.

– Tak, z pewnością – powiedział dyrektor, obracając się przodem do naszej klasy. – Jak już zapewne wiecie, Pan Piotrek będzie uczył was historii. Przeniósł się do nas z wyższej uczelni i posiada naprawdę pokaźną wiedzę. Specjalizuje się w okresie starożytności oraz średniowiecza, dlatego uważam, że mała powtórka z tych epok będzie dla was w sam raz.

Pan Piotr jest tu jedynie na zastępstwo, więc funkcje waszego wychowawcy obejmie teraz Pan Jacek.

W sali dały się słyszeć kaszlnięcia, prychnięcia i inne odgłosy rozczarowania.

– Cichosza – powiedział dyrektor. – Wiem, że to dla was pewna nowość, ale…

- Gdzie jest Pan Grzegorz? – zapytał niespodziewanie Robert, kumpel siedzący w trzecim rzędzie.

– Robercie, mówiłem ci już wiele razy, że nie ładnie jest przerywać człowiekowi w pół zdania – odpowiedział. – Pan profesor ma problemy i przez pewien czas nie będzie mógł was uczyć – dodał. – Niestety nie mogę powiedzieć dlaczego. Pan Grzegorz z pewnością by sobie tego nie życzył.

– A kiedy do nas wróci? – zapytał ponownie Robert.

– Ehh… - westchnął dyrektor. – Szczerze mówiąc, to nie mam zielonego pojęcia. Może za miesiąc, a może za rok lub dwa. Nie wiem – odpowiedział, spoglądając na swój srebrny zegarek. – Chyba muszę was już opuścić, ponieważ za pół godziny mam ważne spotkanie – dodał.

Pan dyrektor obrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Zanim zamknął za sobą drzwi, wystawił za nie głowę i kiwnął nią do profesora Piotra, po czym powiedział do nas:

- Naprawdę nie wiem. I wyszedł.

 

Pan profesor Piotr Świerszczewski rzeczywiście znał się znakomicie na okresach starożytności i średniowiecza. Interesował się maszynami oraz sposobami tortur, które pochodziły z tamtych czasów i to było zazwyczaj tematem przeprowadzanych przez niego lekcji historii. Przez trzy miesiące uczęszczania na jego zajęcia dowiedzieliśmy sie o istnieniu oraz funkcjonowaniu ,,najwytrawniejszych’’ urządzeń zagłady takich jak łoża madejowe, gilotyny, koła, garoty, zgniatacze, żelazne dziewice, czy mokre krzesła. Nasz nowy nauczyciel uwielbiał opowiadać o rozmaitych metodach oraz sposobach zadawania cierpienia, którymi posługiwali się dawni kaci (paleniu na stosie, nabijaniu na pal, biczowaniu, podtapianiu). Najbardziej zapadła mi w pamięci lekcja, dotycząca rządów Vlada Tepesa (zwanego także Vladem Palownikiem lub Draculą). Podczas seansu filmowego, dotyczącego okresu jego panowania (który oczywiście zorganizował Pan Piotr) do łazienki wyszło aż dwanaście osób, z czego tylko sześć wróciło z powrotem do sali (Vlad nabijał swoich poddanych na pale, gdzie pierwszym miejscem przekucia był odbyt, a drugim i zarazem ostatnim krtań).

Nasz nowy nauczyciel od historii zawsze przygotowywał dla nas na koniec lekcji ,,mały prezent’’. Owym prezentem była najczęściej kilkuminutowa prezentacja, która dotyczyła jakiegoś narzędzia tortur.

Pewnego grudniowego popołudnia, pięć minut przed końcem lekcji profesor Piotr wyświetlił na ścianie zdjęcie dziwnego przedmiotu (widziałem tę rzecz już wcześniej i to nie tylko na obrazku).

Na slajdzie programu Microsoft Power Point widniała mała, metalowa, owalna bryłka, podobna do tej, jaką podniósł przy mnie pierwszego dnia Pan Piotr.

Według jego prezentacji była to ,,gruszka’’, czyli średniowieczne narzędzie tortur, służące do karania bluźnierców, innowierców oraz homoseksualistów. Metalową bryłkę wkładano szerszą, dolną częścią do jamy ustnej nieszczęśnika (lub innych otworów, o których nie będę już wspominać), po czym obracano, wystającą z wierzchu przedmiotu korbkę (górna część gruszki wystawała nieco z ust ofiary, więc obracanie korbką nie stanowiło większego problemu). W miarę przekręcania, powierzchnia gruszki rozdzielała się na trzy lub cztery płaty, które rozchylały się coraz bardziej i bardziej… W narzędziu wykorzystywano mechanizm sprężynowy, bądź śrubowy. Włożona do ust nieszczęśnika gruszka, rozszerzała swe płaty, niczym otwierana powoli parasolka. Efektem działania tego potwornego narzędzia były zazwyczaj miażdżone zęby, a w najgorszym przypadku wywichnięta żuchwa.

Okropność.

Profesor Piotr przyglądał się mojej osobie przez cały czas prezentowania gruszki. Od czasu zakończenia prezentacji, zacząłem się zastanawiać, czy nasz nowy nauczyciel ma świadomość tego, że widziałem go pierwszego dnia, chowającego do kieszeni taki właśnie przedmiot.

Po dwóch tygodniach moje obawy przerodziły się w strach, a myślenie o tej sytuacji nie dawało mi spokoju. Wyobrażałem sobie wysokiego, ponurego dentystę w czarnym płaszczu, roztwierającego usta pacjenta metalową gruszką. Tajemnica, którą posiadałem zaczęła mnie przerastać. Postanowiłem, że porozmawiam o tym z moją paczką.

–Siemanko wszystkim – rzuciłem luźno, przysiadając się na schodkach. – Co tam słychać?

- Hejka – odpowiedziała Ola.

– Wporzo, a u ciebie? – zapytał Szowan.

– Może być – odpowiedziałem. – Gdzie jest Wąsu?

- Zdaje się, że poszedł po coś do sklepiku – odpowiedział Bielczyk. – A co?

Za plecami poczułem lekki powiew powietrza. Do moich nozdrzy doleciał znajomy, nieprzyjemny zapach. Obróciłem głowę do tyłu.

Głównym korytarzem szkoły podążał profesor Piotr. Miał pod pachą dwie grube książki oraz kubek wrzącego napoju, zmierzał do bloku humanistycznego. Kiedy zniknął za poręczami schodów, utkwiłem wzrok w białej, kwadratowej tabliczce z napisem ,,Blok B’’.

– Na pewno wszystko w porządku? – zapytała Ola.

– Właśnie – potwierdziła Ula. – Jakoś dziwnie wyglądasz. O czym tak myślisz? – zapytała.

Zapadła krótka chwila ciszy.

– Ja wieeem – powiedział Bielczyk. – Tamara nie mogła z tobą wyjść do kina i dlatego tak zamulasz, co? – zapytał ze złowieszczym wyrazem twarzy.

– Tak… Yyy… Znaczy nie – zająknąłem się. – Chodzi o to, że ja nie mogłem bo…

- Dobra Czocher, nie pierdol – wtrącił Szowan. – Widzę, że od dłuższego czasu coś ukrywasz, tylko nie chcesz tego do końca powiedzieć – oznajmił. – Przecież wiesz, że u nas jak na spowiedzi. Jedna familia for ever. Pamiętasz to? Ufasz nam? – zapytał.

Pokiwałem twierdząco głową.

– To mów bratku – dodał z uśmiechem na twarzy. – Od tygodnia przychodzisz do szkoły blady i nieprzytomny. To nie jest normalne.

– Dobra, powiem wam, tylko nie weźcie mnie za szaleńca – oznajmiłem.

– Za późno – wtrącił Bielczyk.

Szowan przyłożył dłoń do czoła.

– Po prostu powiedz Dawidzie – odezwała się Marta.

Twarze przyjaciół zwróciły się w moją stronę (nawet Bielczyk zrezygnował z rozegrania dodatkowej partii szachów internetowych na swoim telefonie).

– Chodzi o profesora… Chyba ukrywa przed wszystkimi małą tajemnicę – powiedziałem.

– Masz na myśli Świerszcza ? – zapytała Ula.

– Tak – odparłem. – Pamiętacie jak przed dwoma tygodniami zrobił krótką prezentację o gruszce? – zapytałem.

– O gruszce… - powiedziała Ola.

– No o tym małym, metalowym gówienku, które roztwierało gęby i inne części ciała. Kręciło się korbką i …

- Ok, pamiętamy – odpowiedziała Ula. – No i co w związku z tym? – zapytała.

Nastała krótka chwila ciszy. 

- No mów – powiedział Bielczyk. – Nie po to przerwałem partyjkę gry, żebyś teraz zaniemówił – dodał.

– Profesor Piotr ma taką gruszkę – odpowiedziałem.

Moi przyjaciele zrobili duże oczy, tylko Szowan zmarszczył brwi.

– Pamiętacie jak na pierwszej lekcji ,,Świerszczu’’ złapał mnie za ramię, a potem coś brzdęknęło? – zapytałem. – To była właśnie taka gruszka, identyczna, jak na zdjęciu z prezentacji. Miała na sobie wzorki, a z jej czubka wystawała korbka.

Cisza.

– Widziałem, jak profesor chowa ją szybko do kieszeni – oznajmiłem. – Chyba nie chciał, by ktokolwiek to zauważył – kontynuowałem.

– No i co to wszystko ma niby znaczyć? – zapytał Szowan.

Spojrzałem się na niego, a potem na resztę przyjaciół.

– Nie sądzicie, że ,,Świerszczu’’ coś ukrywa? – zapytałem. - Po co mu takie coś?

- Dziwne – powiedziała Ula.

– Może po prostu profesor kolekcjonuje takie gadżety dla samego siebie – odparła Ola.

– Wszyscy mają go za świra, więc może nie chciał, by ktokolwiek zobaczył jego ,,ukochaną zabawkę’’.

– Właśnie – powiedział Szowan. – W ogóle widziałeś to wyraźnie? Może ci się przywidziało? – zapytał. – Ja wyglądałem z ławki i nic nie zobaczyłem, a wy?

- Nic – odpowiedziały dziewczyny.

– Nic nie widziałem – potwierdził Bielczyk.

– Czocher, czy tona pewno była gruszka? – zapytał Szowan. – Może zobaczyłeś coś innego?

- Dobrze widział – odezwał się Wąsu.

Wszystkie oczy skierowały się w jego stronę.

– To była średniowieczna gruszka – powiedział. – Bardzo podobna do tej, którą prezentował wtedy ,,Świerszczu’’ – dodał. – Też widziałem, jak ją podnosił, ale postanowiłem zachować to dla siebie.

Nastała chwila lekkiej konsternacji.

– No dobrze, widzieliście ją – oznajmił Szowan. – Ale co masz na myśli Czocher? – zapytał.

– Tak konkretnie, to nic – odpowiedziałem.- Profesor Piotr jest po prostu jakiś dziwny. Myślę, że ukrywa przed wszystkimi coś więcej, tylko nie wiem dokładnie co. Intuicja mi tak podpowiada – dodałem. – Podczas prezentowania gruszki cały czas mi się przyglądał. Wiecie, jakby zdawał sobie sprawę z tego, że widziałem, co wtedy próbował ukryć. Od tamtej pory wlepia we mnie te swoje gały.

– Może się zakochał – powiedział Szowan.

Wszyscy wybuchli salwą śmiechu (ja też).

– Jestem ,,Świerszczu’’ i rozszerzę wam umysły moją gruszką, tak że pękną jak nadmuchiwane balonyyy – zadeklamował Bielczyk, poruszając się wzdłuż schodków niczym zombie.

Pękaliśmy ze śmiechu.

– Dobra, chodźmy na francuski – oznajmił Wąsu. – Jeżeli spóźnimy się chodź minutę, to ta baba nas chyba zabije – dodał.

– O kurna, myślałem, że teraz będzie chemia – powiedziałem.

– Niestety nie będzie – odparł Wąsu. – Ruszmy dupy!

Na ,,basenie’’ rozległ się dźwięk szkolnego dzwonka.

– Ruchy! – krzyknął Andrzej. – Nie chce mieć kolejnej pały!

- Jezuuu… Jesteśmy już spóźnieni – zalamentował Bielczyk. – Tego nam tylko brakowało… - dodał, podnosząc się ze schodów. – Jazda!

Pobiegliśmy w stronę bloku B.

Tak wyglądała właśnie nasza pierwsza rozmowa o profesorze Świerszczewskim. Moi przyjaciele wysłuchali z atencją tego, co miałem im do powiedzenia, jednak żaden z nich nie uwierzył w słuszność moich podejrzeń i obaw (może poza Wąsem, który całą sytuację widział równie dobrze jak ja).

Nie przejąłem się tym, czułem, że mam rację.

Wiedziałem, że nasz nowy nauczyciel ukrywa coś podejrzanego, a przecież żadna tajemnica nie trwa wiecznie. Każdy popełnia w końcu jakiś błąd. Wystarczy tylko trochę poczekać…

 

Z biegiem czasu profesor Piotr Świerszczewski stał się gwiazdą szkoły (w negatywnym tego słowa znaczeniu). Do sekretariatu zaczęły napływać liczne skargi i zażalenia, dotyczące jego osoby. Naszemu nowemu nauczycielowi historii zarzucano realizację ,,nieprawidłowego materiału’’ oraz ,,nieprzyzwoity sposób nauczania młodzieży’’. Uczniowie wychodzili przedwcześnie z jego lekcji, wymiotowali w szkolnych ubikacjach, bali się przychodzić na zajęcia, zatykali uszy podczas trwania wykładów, a na przerwie poprzedzającej lekcję historii tłoczyli się do pokoju szkolnej pielęgniarki.

Nikt nie chciał mieć do czynienia z nawiedzonym ,,Cykadą’’.

Pan Piotr zadawał się tym wszystkim nie przejmować i w dalszym ciągu realizował swój ,,pasjonujący’’ materiał. Przedstawiał coraz straszniejsze oraz obrzydliwsze metody torturowania, które przyprawiały wszystkich o zimne dreszcze.

Wystraszeni uczniowie zaczęli nazywać go ,,Cykadą’’. Z początku myślałem, że była to ulepszona wersja pseudonimu ,,Świerszcz’’ (który nadano mu od nazwiska). Okazało się jednak, że nasz nowy nauczyciel zażywa nieustannie jakieś lecznicze cukierki (te z metalowego pudełeczka) i wydaje przy tym charakterystyczne odgłosy, przypominająca wszystkim do złudzenia dźwięki koncertujących cykad (coś w rodzaju Umccc-yyy, Umccc-yyy, Umccc-yyy). Przezwisko ,,Cykada’’ przylgnęło do niego najbardziej (choć dzieciakom ze szkoły nie brakowało pod tym względem wyobraźni). Oprócz ,,Cykady’’ i ,,Świerszcza’’, pamiętam jeszcze ,,Snape’a’’ (nasz nauczyciel od historii wyglądał i zachowywał się podobnie do Severusa Snape’a, jednej z mrocznych postaci powieści J.K Rowling, dotyczących przygód Harry’ego Pottera).

Można powiedzieć, że ilość przezwisk profesora Świerszczewskiego rosła wprost proporcjonalnie do liczby przestraszonych przez niego uczniów (fizyka nie poszła w las, chwała Pani Hollman).

Dzieciaki ze szkoły zaczęły nabierać coraz większych podejrzeń odnośnie do osoby Pana Piotra. Wśród szkolnych korytarzy krążyły plotki, że ,,Cykada’’ chce wysadzić szkołę w powietrze, bądź zatruć wszystkich jakimś trującym gazem. Moja paczka, choć wciąż trochę sceptyczna, zaczęła powoli wierzyć w słuszność moich podejrzeń. Myślę, że na ostateczną zmianę ich opinii wpłynęło pewne odkrycie , którego dokonał przez przypadek Szowan.

Podczas jednej z przerw, Andrzej, wiedziony potrzebą poszperania w książkach naszego dawnego wychowawcy, zakradł się do klasowej kanciapy (nikt nie próbował tam wejść, od czasu, kiedy Pan Piotr przyszedł do nas po raz pierwszy). Ku jego zaskoczeniu, drzwi ,,gabinetu’’ Trochcia były zamknięte na klucz. Co więcej, Andrzej zapierał się na wszystkich bogów, że zza drzwi kanciapy dobiegały wtedy dziwne odgłosy ,,tak jakby stukania’’.

Razem z resztą ekipy postanowiliśmy sprawdzić to jeszcze tej samej przerwy. Niestety, nic nie usłyszeliśmy (poza pierdnięciem Bielczyka).

Sprawa zamkniętej kanciapy nie dawała nam spokoju. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy istnieje jakikolwiek sposób, by dostać się do jej środka.

Zaobserwowaliśmy, że Pan Piotr zostawia na swoim biurku klucze od sali w każde, czwartkowe popołudnie (taka okazja trafiała się tylko raz w tygodniu).

Postanowiliśmy to wykorzystać.

Podczas jednej z długich przerw (zapewne w czwartek) obstawiliśmy wejście do naszej klasy, główny korytarz szkoły wraz ze schodami oraz drzwi ,,stukającej’’ kanciapy Trochcia.

Tego dnia mieliśmy ułatwione zadanie, ponieważ na korytarzu szkolnym panował mały ruch, a na zajęcia szkolne nie przyszły dwie osoby z klasy (nie wiedzieliśmy, co dzieje się z Filipem i Zosią, wtedy jeszcze nikt się nad tym nie zastanawiał).

- Parter gotowy? – zapytał Szowan.

– Gotowy – odpowiedziały dziewczyny.

Szowan rozłączył się i wykonał następne połączenie.

– Halo, Wąsu, schody gotowe? – zapytał ponownie.

– Halo, tak jestem. Gotowe komandorze – odpowiedział.

Szowan zerwał połączenie.

– Bielczyk jesteś? –zapytałem. – Czysto tam?

- Tak – odpowiedział. – Jak u mojej starej w pokoju – dodał.

– Dobra Czocher, jazda! – powiedział Szowan, podając mi srebrne, metalowe kółko, na którym dyndały dwa małe kluczyki.

W sali rozległy się odgłosy mojej szamotaniny.

– Kurnaaa – powiedziałem, po krótkiej chwili. – Pierwszy klucz nie pasuje.

– Dzwonię sprawdzić, czy wszystko nadal ok, a ty spróbuj jeszcze raz – odpowiedział. – Będę się patrzył – dodał.

Zacząłem ponownie męczyć się z kluczem.

– Halo i jak? – zapytał Szowan. – Mhm, ok. – powiedział, marszcząc brwi. – Dobra, rozumiem, pa.

– I jak? – zapytałem.

– Źle – odpowiedział. – Dziewczyny mówią, że zebranie na basenie dobiega końca – dodał. – Musimy się pośpieszyć!

Przyłożyłem ucho do drzwi.

– Słyszysz? – zapytałem.

– Niby co? – zapytał Szowan.

– Przyłóż ucho do drzwi – odparłem.

– O kurna… stukanie… A nie mówiłem! – krzyknął.

W sali rozległa się polifoniczna melodyjka ,,Nokia tune’’.

– Mówiłeś, ale twój telefon też coś mówi! – odpowiedziałem. – Odbieraj! Próbuje złoty klucz!

Szowan odebrał telefon, ja szarpałem się z drugim kluczem.

– No nie… Też nie pasuje! – krzyknąłem po chwili.

– Nie ważne – odpowiedział Szowan, chowając komórkę do spodni. – Zebranie się skończyło. –

Daj teraz ja spróbuję! – krzyknął, wyrywając mi z ręki kluczyki.

– Czocher?! – usłyszałem przy wejściu do klasy.

– Co jest Bielu? – zapytałem.

– Sam lepiej zobacz – odpowiedział zakłopotany Bielczyk.

Podbiegłem do progu klasowych drzwi.

– O kurna ! – krzyknąłem. – Andrzej dawaj te klucze!

- Co?! – odkrzyknął.

– Ciii, ciszej – powiedział zaniepokojony Bielczyk. – Cykada idzie!

- Nie słyszałeś co mówię?! Rzucaj je do mnie! Już! – krzyknąłem.

Szowan wykonał zamaszysty ruch prawą ręką.

Złapałem klucze i podbiegłem do swojej ławki.

–Co ty chcesz je do piórnika schować?! – zapytał Bielczyk.

– Nie, ale potrzebuję tego – odparłem, unosząc na chwilę do góry szkolne nożyczki. – Widzimy się w piekle – rzuciłem w progu, po czym wybiegłem korytarzem do męskiej ubikacji.

W drodze do łazienki dostrzegłem, że ,,Cykada’’ jest już w połowie korytarza. Nie wiedziałem, czy uda mi się wrócić przed nim do klasy, wiedziałem tylko jedno- mam mało czasu.

Kiedy wpadłem do toalety wyjąłem nożyczki i klucze, po czym podbiegłem do umywalki. Jedną ręką chwyciłem za szkolne mydło w kostce, a drugą za nożyczki. Przeciąłem mydło na dwie równe połowy. Do każdej z nich przycisnąłem mocno kluczyki. Poczekałem chwilę, a następnie złożyłem mydło w jedną całość. Gotowe, można uciekać – pomyślałem.

Skierowałem się w stronę wyjścia.

Gdy miałem już chwycić za klamkę, zobaczyłem, że zaczyna się poruszać.

Serce zamarło mi w piersi. Nie chciałem patrzeć w stronę drzwi…

Po chwili, do środka wszedł ,,Cykada’’. Zdawał się być równie zaskoczony, co ja.

– Oh! Witam Panie Dawchiii… - profesor zaczął się krztusić. Wyjął z kieszeni blaszane pudełeczko i przyłożył je do swoich ust.

Wykorzystałem ten moment i ominąłem ,,Cykadę’’ szerokim łukiem. Złapałem jedną ręką za klamkę.

– Dzień dobry, profesorze Piotrze – odpowiedziałem.

Nasz nauczyciel od historii zmierzył mnie ostrym wzrokiem, po czym zapytał:

- Dawidzie, czy oby na pewno w domu nie brakuje ci mydła?

Spojrzałem na swoją drugą dłoń. Znajdowała się w niej kostka szkolnego mydła.

Chciałem odpowiedzieć coś sensownego, ale zrobiło mi się głupio.

– Nie – bąknąłem i wyskoczyłem za drzwi.

W głębi korytarza dostrzegłem Szowana, Bielczyka oraz Wąsa, machali rękoma.

Oparłem się plecami o ścianę i złapałem parę głębszych wdechów.

Bywało gorzej, powiedziałem do samego siebie.

Spojrzałem na drzwi od męskiej ubikacji.

Były uchylone.

Zakradłem się po cichu w ich stronę i zajrzałem przez szparę.

Zobaczyłem, jak ,,Cykada’’ stoi nad jednym z kraników i próbuje spłukać coś ze swoich dłoni.

Woda w umywalce nabrała czerwonego koloru.

– A Pan, Panie profesorze, czy oby na pewno nie ukrywa Pan czegoś w szkole? – powiedziałem do samego siebie.

 

Podczas ryzykownej akcji nie udało nam się otworzyć drzwi stukającej kanciapy Trochcia, ale dzięki jej przeprowadzeniu, weszliśmy w posiadanie odcisków obu kluczy profesora Piotra. Przepołowione mydło zaniosłem do kumpla z podstawówki, który w tamtym czasie starał się o pracę w jednym z warszawskich zakładów ślusarskich. Po długiej rozmowie, udało mi się go przekonać do wykonania lewych odlewów i niespełna tydzień później odebrałem nowiuteńkie kopie kluczy (ta przysługa kosztowała nas skrzynkę piwa).

Po zdobyciu odlewów byliśmy gotowi na kolejną ,,ryzykowną akcję’’.

W trakcie naszej drugiej misji sprawdziliśmy ponownie, czy jakikolwiek z kluczy otworzy drzwi stukającej kanciapy Trochcia (niestety żaden z nich nie otworzył), a następnie zabraliśmy się do przeszukania biurka ,,Cykady’’. Podczas jego oględzin, natrafiliśmy na małą szufladkę, posiadającą złoty zamek. Otworzyliśmy ją jednym z dwóch nowych kluczy ( nie mogłem uwierzyć w to, że pasuje).

W środku znaleźliśmy złożoną, wymiętą kartkę. Na jej odwrocie widniały dziwne, geometryczne schematy, przypominające jakiś plan budowy. Strzałki, figury, kreski, parę cyfr i nic poza tym. ,

,To jakiś jajcarski rebus?’’ zapytał wtedy Bielczyk.

Nikt z nas nie miał zielonego pojęcia co to jest, ale przed odłożeniem kartki na miejsce, cyknąłem jej parę fotek z telefonu ( tak na wszelki wypadek).

Misja numer dwa zakończyła się niepowodzeniem.

Przez kolejne dwa tygodnie zastanawiałem się nad wieloma rzeczami.

Filip i Zosia w dalszym ciągu nie przychodzili na zajęcia szkolne. Okazało się, że od sześciu dni nie było ich w domu. Przestraszeni i sfrustrowani rodzice zgłosili tę sprawę na policję.

Filipa i Zosię uznano za zaginionych.

,,Cykady’’ bali się już nie tylko uczniowie szkoły. Gdy profesor Świerszczewski wchodził do pokoju nauczycielskiego, przebywający w nim członkowie kadry opuszczali pomieszczenie pod byle pretekstem (wychodzili ,,na papierosa’’, ,,do łazienki’’ lub ,,po prostu przewietrzyć się’’). Sam byłem świadkiem co najmniej dwóch takich sytuacji.

Pan Piotr w dalszym ciągu realizował swój ,,wyjątkowy materiał’’ , choć od pewnego momentu zaczął zachowywać się jeszcze dziwniej, niż kiedykolwiek przedtem (,,Cykada’’ bez przerwy powtarzał pod nosem jakieś niezrozumiałe wyrazy, rozglądał się nerwowo po ścianach, wymachiwał rękoma i podnosił nieoczekiwanie głos). Pewnego dnia profesor Świerszczewski przyszedł do klasy w podartym płaszczu, innego, wyszedł z sali bez słowa, w trakcie trwania własnych zajęć…

Zdałem sobie sprawę, że dookoła mnie dzieje się wiele dziwnych rzeczy, które stanowią razem jakąś nielogiczną całość. Wiedziałem, że do rozwikłania tajemnicy potrzebuję odsłonięcia większej liczby niewiadomych. Nie wiedziałem tylko jak to zrobić. Najbardziej intrygował mnie drugi, niewykorzystany klucz oraz treść, ukrytej w szufladzie profesorskiego biurka kartki.

Do czego ,,Cykadzie’’ potrzebny jest drugi klucz? Co oznaczają tajemnicze schematy budowy? Dlaczego z kanciapy Trochcia dobiegają odgłosy stukania?

Te pytania chodziły mi po głowie przez ostatnie cztery tygodnie szkoły przed lutowymi feriami. Starałem się znaleźć na nie odpowiedzi, ale od momentu przeprowadzenia przez nas drugiej ,,ryzykownej akcji’’ sprawa ,,Cykady’’ utkwiła w martwym punkcie. Pamiętam, że po miesiącu bezowocnych prób odnalezienia jakiejkolwiek wskazówki, czy punktu zaczepienia, poddałem się. Postanowiłem, że na czas ferii zapomnę o profesorze Świerszczewskim i wrócę choć na chwilę do normalnego życia.

(Nie było mi to jednak dane).

 

Ostatniego dnia przed feriami wróciłem do domu z zajęć i starym zwyczajem położyłem się na łóżku. Byłem wtedy bardzo zmęczony i nie miałem siły na jakiekolwiek rozmyślania. Zasnąłem jak małe dziecko…

- Świetnie Dawidzie – powiedziała Ula. – Widzę, że zaczynasz robić postępy – dodała, chowając do plecaka jakieś książki.

Spojrzałem na jej uśmiechniętą twarz, spuściła wzrok na kolana.

– Wiem, że pragniesz także zrobić postępy w całkiem innej sprawie – oznajmiła po chwili. – Tak, w całkiem innej sprawie – dodała.

Usłyszałem dziwne brzęczenie. Ula podniosła głowę do góry, jej twarz była rozmazana.

– Dawidzie, wiesz czemu mam teraz taką twarz? – zapytała. – Wiesz?

- Nie wiem – odpowiedziałem, wpatrując się w spływające po jej policzkach strugi wody.

– To spójrz do góry – powiedziała. – Widzisz?

Na moją głowę spadła kropelka wody. Spojrzałem w górę.

– Stamtąd spływa woda – powiedziała po cichu. – I nie tylko woda…

Ula podniosła się z ławki i ruszyła powoli w głąb korytarza. Widziałem jak jej plecy nikną powoli w mroku.

– Kap kap kap kap – zaczęła powtarzać.

– Kapkapkapkap – przyśpieszyła po chwili.

– KAP! KAP! KAP! KAP! – jej głos zamienił się w demoniczne, tubalne porykiwanie.

– KAP!KAP!KAP!KAP! – Ula obróciła się do mnie przodem. Jej twarz zamieniła się nagle w twarz profesora Świerszczewskiego.

– Do zobaczenia na górze! – krzyknęła, po czym znikła. 

Obudziłem się na łóżku, wrzeszcząc niczym mała dziewczynka. Po czole spływały mi krople potu.

– Co to do jasnej cholery było – powiedziałem do siebie, marszcząc brwi.

Podniosłem się do góry i złożyłem dłonie na drewnianej ramie łóżka.

Zacząłem myśleć o moim koszmarze.

– to spójrz do góry – usłyszałem po chwili w mojej głowie

– to spójrz do góry

- spójrz do góry

- do góry… -

Stamtąd spływa woda.

– I nie tylko woda…

- nie tylko woda…

- O kurna! – krzyknąłem. – O kurna ! – powtórzyłem. – Mam!

Poczułem, jak serce wyrywa mi się z piersi. Podbiegłem natychmiast do swojego biurka i chwyciłem za telefon.

- Halo?! Ula?! Jesteś tam? – zapytałem.

– Tak. Jestem, jestem – odpowiedziała. – Dawid, stało się coś? Masz dziwny głos.

– Miałem sen – oznajmiłem. Byliśmy razem w podziemnym korytarzu szkoły. Wiem, gdzie ,,Cykada’’ ukrywa swoją tajemnicę. Powiedziałaś mi to.

– Ja? – zapytała Ula.

– Tak. Zresztą… Nieważne. Zwołuj ekipę i lecimy do szkoły – powiedziałem.

– Do szkoły? Znowu? – zapytała. – Przecież mieliśmy dzisiaj wyskoczyć do kina – dodała z żalem w głosie.

– Tak, ale musimy dostać się jak najprędzej do szkolnego korytarza w ,,podziemiach’’ – oznajmiłem. – Pamiętasz jak wczoraj tłumaczyłaś mi francuski? – zapytałem.

– Tak – odpowiedziała. – Siedzieliśmy na tej pojedynczej ławce po drugiej stronie korytarza.

– Właśnie – potwierdziłem. – Ta ławka znajduje się na parterze tuż pod naszą klasą – dodałem. – Wiesz pod jakim dokładnie pomieszczeniem?

- Hmm… - w słuchawce zapadła chwila ciszy. – Nie jestem pewna co masz na myśli, ale czy nie…

- Pod kanciapą – wtrąciłem.

– Po drugiej stronie podziemnego korytarza, nad ławką, w suficie znajduje się metalowa klapa z kłódką – oznajmiłem. – Chyba mamy do niej klucz.

– No dobrze – odpowiedziała Ula. – Ale…

- Ale co? – zapytałem.

– Na pewno chcesz tam wejść? – spytała.

– Chcemy – odpowiedziałem.

– Eh… A jak chcesz się dostać do szkoły? – zapytała.

– O to się już nie bój – odpowiedziałem. – Zwołaj wszystkich na dwudziestą, niech stawią się przed szkołą – dodałem.

– Ula? – zapytałem po krótkiej chwili przerwy.

– No? - Pośpieszcie się.

Dzisiaj w szkole nie widziałem Agaty.



Na zewnątrz panował mrok i mróz. Porywisty wiatr uderzał co chwilę o gładkie powierzchnie szkolnych okien, wydając przy tym osobliwy szum. Zaczęło prószyć śniegiem.

Moja ekipa nie stchórzyła i stawiła się pod szkołą punktualnie o dwudziestej. Wszyscy jej członkowie uzbroili się w plecaki, latarki, rękawiczki oraz naładowane telefony komórkowe (Bielczyk jako jedyny zabrał ze sobą drewnianą nogę od krzesła ,, tak na wszelki wypadek’’).

Przed rozpoczęciem rozmowy, przyglądałem się opadającym na ziemię płatkom śniegu. Były imponujących rozmiarów, podobnie jako moje obawy.

- Dobra, słuchajcie teraz – powiedziałem. – Ola i Marta zostaną pod wejściem do szkoły i w razie jakiś niepokojących sygnałów dzwonią do nas – (Ola i Marta nie chciały tak naprawdę wejść do środka). – Ja idę pierwszy z Wąsem, w środku Ula, a za nią podążają Szowan i Bielczyk. Proste? – zapytałem.

– Wolałbym iść w środku z Ulką – powiedział Bielczyk.

– Ale nie pójdziesz – odpowiedziałem. – Jako jedyny masz przy sobie ,,broń’’. Musisz chronić tyły – dodałem.

– No dobrze – wtrącił Wąsu. – A możesz powiedzieć czemu akurat my idziemy jako pierwsi? – zapytał.

– Ehh… - westchnąłem. – Ja mam klucz, więc muszę być z przodu, a ty idziesz ze mną, bo jako jedyny biegasz tak szybko jak ja – dodałem. – Poza tym masz najfajniejszą latarkę.

Wąsu zrobił niezadowoloną minę. Skierował latarkę w moją stronę i zaświecił mi nią prosto w twarz.

Spojrzałem na niego.

– Dobra, dobra. Już przestaję... – powiedział, przesuwając włącznik.

– To jak? Wszyscy gotowi? – zapytałem po chwili.

– Zaraz, zaraz. – wtrącił Szowan. – Możesz mi przypomnieć, po co w ogóle tam idziemy? – zapytał.

– Mhm – potwierdziłem. – Idziemy tam po to, by wykorzystać drugi klucz. Odkryć tajemnicę ,,Cykady’’ – powiedziałem.

– Myślisz, że naprawdę warto ryzykować włamaniem dla otworzenia tej cholernej kanciapy? – zapytał Szowan. - Możemy mieć przez to problemy – dodał.

Zapadła chwila niezręcznej ciszy.

– Andrzej? – zapytałem.

– No?

- A gdyby w tej kanciapie była uwięziona twoja matka, poszedłbyś po nią? – zapytałem.

– Chcesz mi powiedzieć, że w gabinecie Trochcia znajduje się twoja matka? – zapytał Szowan. W jego głosie pojawiła się nutka ironii.

– Ehh… Nie… - odparłem rozczarowany. – Ale pomyśl. Gdyby to co przed chwilą powiedziałem, okazało się prawdą, w gabinecie siedziałaby twoja mama i coś by jej było, poszedłbyś po nią? – zapytałem.

– No, poszedłbym - odpowiedział bez wahania Szowan.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

– Nigdy nie zastanawiało cię, skąd bierze się to całe stukanie? - zapytałem.

Andrzej zmarszczył brwi.

– Wiem co masz na myśli – powiedział. – Ale…

- Ale boisz się tam wejść, bo być może zobaczysz coś, co zapadnie ci w pamięci do końca życia – dokończyłem. – Wiem o tym, wszyscy to wiemy… Boimy się tak, jak ty….

– Jesteś z nami chłopie? – zapytałem po chwili.

– Jestem – odpowiedział Szowan, biorąc głęboki oddech.

– No, to jest prawdziwy Szowan, którego znam od zawsze! – oznajmiłem. – Ula, a ty nie masz pytań? – zapytałem, grzebiąc w kieszeniach kurtki.

– Mam – odparła. – Ale wydaje mi się, że odpowiedzi na nie poznam tylko i wyłącznie w środku tej posranej szkoły – dodała.

Wejście do naszej szkoły składało się z drzwi frontowych oraz niewielkiego, szklanego przedsionka. Na jego końcu znajdowała się wielka, metalowa krata (zamknięta na kłódkę). Dalej wychodziło się już na początek podziemnego korytarza.

– No i co teraz Einsteinie? – zapytał Bielczyk, przylepiając twarz do szyby. – Wyważymy drzwi?

- Posuń się – powiedziałem.

Bielczyk wykonał dwa kroki na bok, po czym zaczął przyglądać się moim poczynaniom.

– Tadaaam – powiedziałem, otwierając powoli drzwi.

– Yyy… - zająknął się Wąsu. – Klucze?

- Ta – odparłem. – Pewnego dnia odwiedziłem pokój woźnych, a potem Szymona – dodałem.

– Zgodził się drugi raz? – zapytał Szowan.

– Tak – odpowiedziałem. – Ale nie pytajcie mnie proszę za jaką cenę. – dodałem.

Kiedy wszyscy wpakowali się do szklanego przedsionka podszedłem do metalowej kraty i zacząłem dopasowywać klucze do kłódki. W środku pomieszczenia było praktycznie ciemno, więc robiłem to po omacku (zdecydowaliśmy, że latarki włączymy dopiero na początku korytarza, nie chcieliśmy, by ktoś z ulicy zauważył, że w środku szkoły pali się światło). Po kilku minutach zmagań udało mi się znaleźć odpowiedni klucz i mechanizm kłódki zwolnił zacisk.

– Teraz za… - moje słowa przerwał dziwny, donośny dźwięk. Przypominał warczenie psa.

– Co to było?! – zapytał Bielczyk.

Chrrrrrrrrrr.

- O matko, to jakiś duch! – krzyknął, miotając się dookoła. - Zabije nas!

W przedsionku rozległ się dźwięk tłuczonego szkła.

– Kurwa! – powiedział pod nosem Szowan. – Bielu rozbiłeś coś!

- Nieważne – powiedziałem. – Za mną ludzie!

Gdy minęliśmy wrota metalowej bramy, stłoczyliśmy się na początku podziemnego korytarza. Pośród jego czeluści panował niesamowity chłód, a w powietrzu dał się wyczuć dziwny, nieprzyjemny zapach.

– Dobra, zapalamy latarki – szepnąłem do wszystkich.

– Czekaj – powiedział Wąsu. – Dziewczyny dzwonią…

- Co?! – zapytał nagle zdziwiony. – Aha… Uff… Na szczęście, bo byłoby po nas. Pa.

– Co się stało? – zapytałem.

– Nic – odpowiedział Wąsu. – Dziewczyny usłyszały hałas i zadzwoniły – dodał. – Obok szkoły przejeżdżał też patrol policji, ale pojechał dalej.

– Uff – westchnąłem z ulgą.

– Ludzie, ruszcie się – oznajmił zdenerwowany Bielczyk. - Nie chcę, by to coś do nas tu przyszło i nas pożarło – dodał.

Chrrrrrrrr.

– Oooo!...

Szowan zasłonił usta Bielczyka.

– Człowieku. Jeżeli jeszcze raz się tak wydrzesz, to ten dziwoląg naprawdę tu przyjdzie i kogoś ukatrupi – powiedział. – Wiesz do kogo przyjdzie najpierw? – zapytał.

Bielczyk pokręcił przecząco głową.

– Do tego, kto zachowuje się najgłośniej – oznajmił, odsuwając dłoń.

– Dobra, spokój już – powiedziałem. – Od tej pory tylko szept – dodałem. – Włączamy latarki.

Idąc w głąb korytarza czułem tylko smród, chłód oraz szybkie bicie własnego serca. Po obu stronach podziemnego tunelu znajdowały się opustoszałe boksy szatniowe, które w wątłym świetle latarek przypominały gigantyczne klatki dla zwierząt. Droga, którą podążaliśmy zdawała się nie mieć końca…

- Chyba widzę ławkę – oznajmił Wąsu.

– Wreszcie… - powiedział Bielczyk. – Myślałem, że nigdy do niej nie dojdziemy…

- Dobra. To teraz gwóźdź programu – powiedziałem, wyciągając z kieszeni klucz. – Poświećcie na sufit.

– O matko… - powiedziała Ula.

– Co? – zapytałem. – Taka straszna ta kłódka?

Ula nie świeciła na sufit.

– Tu jest mnóstwo śladów krwi… - oznajmiła. – Ciągną się do samego końca korytarza – dodała, oświetlając jego dalsze partie.

– Już po nas… - powiedział Bielczyk. – To nas dopadnie i zabije…

- Nikt tu nikogo nie zabije – odparłem. – Trzeba tylko działać bardzo szybko – dodałem.– Szowan, zrób z Bielczykiem ,,kolanko’’, ławka jest zbyt niska i narobi za dużo hałasu. Wąsu świeć na korytarz, a ty ,,U’’ oświetlaj sufit.

Szowan i Bielczyk uformowali na swoich kolanach podpórki.

Chwilę później grzebałem już przy kłódce.

– Cholera! – powiedziałem. – Za mało światła… Ula musisz tu przyjść i poświecić razem z Wąsem, bo nic nie widzę.

Na suficie pojawiło się drugie, świetliste koło.

– Oh! Super! – powiedziałem. – Teraz to widzę!

Włożyłem klucz do kłódki i przekręciłem nim w prawą stronę.

– Pasuje! Poszło! – oznajmiłem, wyciągając kłodkę.

W korytarzu rozległ się ogromny huk. Metalowa klapa opadła w dół, wyrzucając do przodu niewielką, stalową drabinkę.

Wywróciliśmy się.

– Wszyscy żyją? – zapytał Wąsu, podnosząc się z ziemi.

– Ja tak – odpowiedział Bielczyk. – Ale moje żebra chyba nie…

- Ja też jeszcze żyję – oznajmiła Ula. – Jestem cała we krwi! Ohyda!

- Czocher?! – zapytał Szowan.

– Żyję, żyję – odpowiedziałem. – Głowa mi krwawi… Ałłła.

– Czocher?! – ponowił pytanie Szowan.

– Przecież mówię, że żyję! – odparłem.

– Nie chodzi o to… - oznajmił. – Kto na ciebie teraz świeci?!

Rozejrzeliśmy się po sobie. Wąsu włączył z powrotem latarkę i oświetlił nią wnętrze korytarza. Na jego końcu stała czarna postać.

Chrrrrrrrrrrr. –

O Boże! – wrzasnął Bielczyk, podnosząc się z ziemi niczym b-boy.

– To coś się zbliża! – krzyknęła Ula. – Co teraz?!

- Czocher! Obudź się! – wrzasnął Szowan.

– To ,,Cykada’’ … - powiedziałem cicho. – To ,,Cykada’’! – wrzasnąłem po chwili na całe gardło – Cykada idzie! Wszyscy na górę!

Przy drabince wybuchło ogromne zamieszanie. Każdy chciał wejść na górę jak najszybciej.

Jako pierwszy, wgramolił się Bielczyk, potem wszedł Szowan, a zaraz po nim Ula. Ja byłem przedostatni.

Na placu boju pozostał tylko Wąsu.

– Dawaj stary! – ryknąłem. – Zapieprzaj!

Wąsu wystrzelił jak torpeda. Wpadł do środka kanciapy, lądując na plecach.

– Zamykaj to! – wrzasnął Szowan.

Podwinąłem drabinkę.

Kiedy miałem już zamknąć klapę, za nadgarstek chwyciła mnie koścista, zimna dłoń.

– Aaaa! – wrzasnąłem. – Złapał mnie! Pomóżcie!

- Arghhh! Dopadnę was wy małe sukinsyny! Ja już was znam! – dobiegło z dołu.

– Szybciej! – wrzasnąłem.

Wąsu zaczął grzebać w moich kieszeniach.

– Szybciej!!!

- Widzisz Dawidzie, twoi przyjaciele nie chcą ci pomóc, mają cię gdzieś! Możesz zejść na dół i mi pomóc, a nic ci się nie stanie, obiecuję.

– Aaaa! – krzyknąłem, na swoim nadgarstku poczułem lekkie nacięcie. – Pieprz się!

- Pomóżcie mu! – wrzasnęła Ula.

Wąsu wyjął z mojej kieszeni zapalniczkę Zippo. Otworzył jej wieczko, po czym przyłożył płomień do trzymającej mnie dłoni.

– Arghhh! Wy pieprzone sukinsyny, połamie wam karki! – wrzasnął ,,Cykada’’, puszczając moją rękę.

Zamknąłem klapę.

,, Cykada’’ uderzał nieustannie w jej metalową powierzchnię, wygrażając nam śmiercią.

– Dzwonię na policję – powiedział Wąsu, odchodząc na bok.

Klapa podniosła się ponownie.

Naszym oczom ukazała się żylasta dłoń ,,Cykady’’.

– Wszyscy siadamy na klapę! – wrzasnął Szowan.

Rzuciliśmy się do przodu.

Kwadratowa pokrywa klapy opadła z powrotem. Usłyszeliśmy jak ,,Cykada’’ nas wyklina.

– Profesorze Świerszczewski! Policja jest już w drodze! – krzyknął Wąsu.

Cisza.

– Myślicie, że on ma swoją drabinę? – zapytał szeptem Bielczyk.

– Nie mam pojęcia – odparłem. – Nie podoba mi się ta cała cisza.

– Już po panu! – krzyknął ponownie Wąsu. …

W kanciapie usłyszeliśmy ciche pojękiwania. Oświetliliśmy pomieszczenie latarkami.

– O Boże! – powiedziała Ula, podnosząc się do góry. – Tu są ranni ludzie… - dodała, podbiegając do siedzącego na krześle chłopaka. – To Filip!

Dookoła nas znajdowały się brudne, drewniane stoły, powykrzywiane krzesła oraz stare, odrażające maszyny. Pośród czeluści kanciapy dostrzegłem zgniatacz głowy, łoże madejowe oraz żelazną dziewicę (taki metalowy sarkofag z kolcami). Zrobiło mi się niedobrze.

Na ubrudzonej krwią podłodze znajdowało się mnóstwo ostrych narzędzi (oraz ludzkie odchody). W lewym rogu kanciapy leżały dwie, drobne dziewczyny. Miały związane ręce i nogi, a w ich usta włożono brudne, zakrwawione szmaty.

– Matko Święta! To Zosia i Agata! – krzyknęła Ula, kucając przy ich ciałach.

– Wygląda na to, że ten chory zboczeniec urządził sobie tutaj salę tortur… - powiedział smutno Bielczyk. – Teraz już rozumiem, co oznacza ta cała kartka ukryta w jego szufladzie…

- Co za skurwiel! – krzyknął Szowan.

– Trzeba ich rozwiązać – oznajmił Wąsu. – Ula oni żyją? – zapytał.

– Nie wiem – odparła. – Są pozaklejani na amen…

Z drugiego końca kanciapy dobiegł odgłos brzęczenia.

Obróciłem głowę.

W oddali dostrzegłem poruszającą się klamkę drzwi.

– On próbuje otworzyć drzwi kanciapy kluczami! – wrzasnąłem. – Zapomnieliśmy o drzwiach!

- Cholera! – wrzasnął Szowan.

Podbiegłem do zakrwawionych drzwi i przyparłem do nich plecami. Za chwilę dołączył do mnie Wąsu. Nasze nogi stawiały opór, ale nie wiedzieliśmy jak długo damy radę wytrzymać nacisk.

– Weźcie stół! – wrzasnął Wąsu. – Zakneblujemy go!

Szowan i Bielczyk chwycili za rogi wielkiego, drewnianego stołu, po czym ruszyli w naszą stronę.

– Aaaaa! – krzyknęła Ula.

Nagle usłyszałem głośny trzask i poczułem w uszach niesamowity ból.

Między moją głową, a głową Wąsa znajdowało się ogromne ostrze.

– Szybciej! Szybciej! Szybciej! – piszczała Ula.

Stalowe ostrze zniknęło w otworze drzwi.

– Już! – wrzasnął Szowan.

Ogromny stół walnął z impetem o drzwi.

,,Cykada’’ uderzył po raz drugi, tym razem udało mu się sforsować znaczną część desek.

– Zabije was! Takie gównozjady jak wy zasługują tylko na śmierć! – wrzasnął na całe gardło.

Myślę, że w tamtej chwili każdy z nas zdawał sobie sprawę z tego, że kolejny cios ,,Cykady’’ może zniszczyć całkowicie drzwi.

Dociskaliśmy stół z całej siły, ale nasz nowy nauczyciel był sprytniejszy, chciał go rozrąbać zaraz po drzwiach.

W pewnym momencie przestałem dociskać stół i zacząłem modlić się w duchu o jak najmniejszy wymiar kary. Zamknąłem oczy i przyłożyłem dłonie do czoła. Czekałem na kolejny trzask drewna.

Do moich uszu dobiegł jednak zupełnie inny dźwięk…

Był to zszokowany głos ,,Cykady’’.

– O cholera! Niech to szlag! – powiedział, wyraźnie zaniepokojony. – Jeszcze się z wami policzę, wy małe sukinsyny! – wrzasnął.

W oddali usłyszeliśmy dźwięki policyjnych syren.

Podniosłem się powoli z kolan i wyjrzałem przez dziurę w drzwiach. Byłem zszokowany. Wyglądało na to, że ,,Cykada’’ zostawił topór na ziemi i zaczął uciekać. Nasza sala lekcyjna była pusta…

- Dobra nasza! –zawołał Szowan. - ,,Cykada’’ nawiał!

- Serio?! – zapytał Bielczyk.

– Tak! – odparł Wąsu, wyglądając przez otwór w drzwiach. – Nawiał! Bez jaj!

Moi koledzy zaczęli świętować zwycięstwo. Ja byłem na to zbyt zszokowany. Stałem w miejscu i przyglądałem się, jak moi kumple podskakują z radości. Brakowało już tak niewiele…

Z osłupienia wyrwał mnie głos Uli.

– Chodź! – powiedziała nerwowo, łapiąc mnie za ramię. – Musisz coś zobaczyć! ,,U’’ zaprowadziła mnie do jednego ze stołów. Kucnęła przy nim i zapaliła swoją latarkę. – A kto to jest? – zapytała na głos.

 

Pod stołem leżał zakneblowany mężczyzna, przypominał do złudzenia profesora Świerszczewskiego…

  

Epilog

Wszystko ma swój początek i koniec, a najlepszym tego przykładem jest to opowiadanie, czy chociażby fakt, że nie chodzę już do liceum (a szkoda). Mając na uwadze powyższe stwierdzenie, zacząłem zastanawiać się nad tym, co w życiu cenne. Po głębszym namyśle doszedłem do wniosku, że w moim przypadku są to wspomnienia (kruche i ulotne wspomnienia…).

Zacząłem się niepokoić.

Chyba każdy z nas stara się chronić to, co w jego życiu najcenniejsze, prawda? Nie chcemy, by najdroższe i najbliższe nam skarby przestały kiedyś istnieć, ponieważ to one dają nam siłę do życia.

To zrozumiałe.

Pewnego dnia wyobraziłem sobie małe dziecko, które wypuszcza z dłoni napompowany helem balonik. Chłopiec zauważa stratę i wyciąga ręce ku niebu, ale balonik jest już za daleko…

Smutne.

Pomyślałem, że nie mogę dopuścić do tego, by ,,balonik’’ z moimi skarbami zniknął w taki sam sposób. Postanowiłem przywiązać go na stałe do jakieś poręczy. Barierka i sznurek to kartki i atrament.

Kumacie, nie?

,,Cykada’’ uciekł tamtego wieczoru ze szkoły i nikt go już więcej nie zobaczył. Okazało się, że był groźnym, psychopatycznym przestępcą, który napadł na prawdziwego nauczyciela historii-profesora Piotra Świerszczewskiego (to jego pokazała mi na koniec Ula). ,,Cykada’’ podszywał się pod jego osobę przez niespełna trzy miesiące (do tej pory zastanawiam się, jakim cudem tego dokonał).

Jeżeli chodzi o moją paczkę, to jak już zapewne wiecie, wyszła z tego cała i zdrowa. Szowan, Ula i Wąsu mieli tylko parę zadrapań, Bielczyk załapał sińca pod żebrami, a ja rozciąłem sobie prawy łuk brwiowy oraz skórę na nadgarstku. Sądzę, że w obliczu tak dziwnej przygody były to znikome straty.

Nasi koledzy z klasy nie mieli już tyle szczęścia.

Zosia posiadała na swoim ciele mnóstwo oparzeń, fioletowych siniaków oraz głębokich nacięć. Była skrajnie odwodniona i została odwieziona do szpitala jako pierwsza. Agata posiadała uszkodzoną skórę na głowie, plecach oraz palcach wszystkich kończyn (w niektórych miejscach wytartą aż do kości…). Najgorzej ucierpiał Filip. Przeszedł trzy przymusowe operacje w szpitalu, podczas których amputowano mu dwa palce prawej dłoni… 

Pomimo tych wszystkich, strasznych rzeczy uwielbiam wracać do licealnych czasów. Poza trzema szalonymi miesiącami terroru ,,Cykady’’ czułem się wtedy, jak w bajce. Myślę, że przetrwaliśmy tamten dziwny okres dzięki prawdziwej przyjaźni i to ona stanowi najcenniejszą lekcję, jaką wtedy przyswoiłem (Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Hej!).


A wy? Może jesteście obecnie uczniami lub studentami? Hmm? Może w waszej szkole kręci się jakiś podejrzany nauczyciel?


Jeżeli tak, to lepiej przyjrzyjcie mu się z bliska.

 


Aleksandrze ,,Oli’’ Adamiak, Andrzejowi ,,Szowanowi’’ Chowańcowi, Marcie Walickiej, ,,Zawsze ogolonemu Wąsowi’’- Ty wiesz o kogo chodzi stary , Patrykowi ,,Bielczykowi’’ Bieleckiemu, Urszuli ,,U’’ Szymankiewicz, Grzegorzowi ,,Trochciowi'' Trochimowi

 

,,W mieście ulice są proste, a krzywe charaktery, W nocnych autobusach znikają dobre maniery Ludzie na ulicach miasta – gatunek mięsożerny Jak National Geographic opisuję to bez przerwy’’

WSRH feat Paluch - ,,Klason’’

 

,, Rozlane wino, kocham to kino’’

Pih - ,,Kino Nocne’’

 



Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0

 

 

 

 

 

Free Joomla! template by Age Themes