ISSN 2544-9583



Podróże w czasie istnieją / Katarzyna Miszczyszyn

Print Friendly, PDF & Email  

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS: Nr 08 wrzesień 2017


autor: Katarzyna Miszczyszyn

Niektórzy z Was spotkali się zapewne z pojęciem synchronii jako fenomenu zachodzącego w naszej codziennej rzeczywistości. Chodzi o zbieżność w czasie pewnych wydarzeń lub zjawisk – takich, które pojawiają się jakby zupełnie od siebie niezależnie, na różnych polach, ale dotyczą tego samego tematu. Już spieszę wyjaśnić konkretniej na przykładzie, o co chodzi. Przypuśćmy, że zastanawiam się, dokąd wyjechać w tym roku na wakacje. Skacząc po kanałach w telewizji trafiam na program podróżniczy o Grecji, który przykuwa moją uwagę. Dwa dni później na przystanku obcokrajowiec pyta mnie o drogę – okazuje się, że jest on Grekiem. W weekend koleżanka zaprasza mnie do restauracji. Oczywiście do greckiej. Już chyba bardziej jasne, prawda?

Wielu ludzi takie zdarzenia nazywa po prostu przypadkiem. Nie nadają tym samym takim zbieżnościom większego znaczenia, co najwyżej dziwią się przez krótszą lub dłuższą chwilę, że tak się to wszystko złożyło. Można tak, można i inaczej. Nie zamierzam tutaj oceniać żadnego podejścia, a jedynie przedstawić pewną synchroniczność, której właśnie doświadczam.

Jestem na dziwnym etapie swojego życia, jakby etapie przejściowym, etapie zawieszenia. Po prawie trzech latach zrezygnowałam z pracy, nie mając jeszcze dalszego konkretnego zajęcia. Ogólny pomysł jest, nie ma natomiast właśnie konkretu. Dałam sobie czas i przestrzeń, i stwierdziłam, że na razie, po zakończeniu pracy, wrócę do miasta i domu rodzinnego (gdzie będę mieć dużo niższe koszty utrzymania), a wtedy zajmę się na spokojnie ustalaniem, co dalej. Okazuje się to jednak nie takie proste…

Skoro jednak tytuł tego artykułu nawiązuje do podróży w czasie, to zróbmy to właśnie i cofnijmy się w nim w tym momencie opowieści. Kilka dni przed wspomnianą wyprowadzką zajrzałam do Empiku, bo mimo kilku czekających od dawna na przeczytanie książek, miałam ochotę kupić sobie nową, taką, do której przeczytania będę zainspirowana tu i teraz, która będzie odpowiadać mojemu obecnemu stanowi ducha. Chodziłam po sklepie dość długo, zaglądając i do nowości, i na listę topowych pozycji, i na fantastykę, biorąc do ręki i czytając opisy wielu pozycji, ale żadna z nich w moim odczuciu to nie było „to”. Byłam już trochę zmęczona i zrezygnowana, więc zaczęłam myśleć, że dam sobie spokój, w końcu mam tyle książek, których jeszcze nie przeczytałam, a ja miałam oszczędzać. Ale zajrzałam jeszcze do literatury polskiej i tam spojrzała na mnie okładka książki o bardzo dziwnym tytule – „Fafarułej”. Zobaczyłam autora – Jerzy Sosnowski. Zaraz, czy on nie był/nie jest dziennikarzem Trójki? Szybkie zerknięcie na opis biograficzny i moje przypuszczenia zostały potwierdzone, co obudziło we mnie faktyczną ciekawość względem tej pozycji, bo raz, że postać znajoma, dwa, że dobrze mi się kojarzy, a trzy, że nie wiedziałam, że pisze. No ale spójrzmy na tekst na tylnej okładce, czy mnie to naprawdę zainteresuje? Niecierpliwie przeczytałam pierwszy tego dnia opis książki, który zapalił we mnie jakąś iskrę… „Zrobić niektóre rzeczy jeszcze raz, ale inaczej. Bo w gruncie rzeczy ciągle żyje w nas dziecko, czy mamy lat 30, 50 czy 80.” Jarko, główny bohater, niespodziewanie cofa się do minionych lat swojego życia i przekonuje się, że taka podróż niekoniecznie jest tym, czego pragnął. Przeżywa na nowo rzeczy miłe, jak i te, o których wolałby zapomnieć, szukając wśród wspomnień ścieżki powrotu do teraźniejszości. Poczułam w sobie iskrę, bo to dwa tematy, które lubię: podróże w czasie oraz historie, gdzie w zwykłej codzienności pojawia się coś nadprzyrodzonego (na przykład: podróże w czasie). Poza tym… było w tym coś jeszcze bardziej osobistego. Sama w rozważaniach nad ścieżką mojego życia cofałam się i cofam się nieraz do przeszłości, szukając w niej pominiętych lub niedocenionych wcześniej fragmentów, niezauważonych wzorców, odpowiedzi… Wszystko to sprawiło, że nie wahając się specjalnie, poszłam do kasy i książka stała się moja. Zaczęłam czytać ją w pociągu, który wywoził mnie i moje toboły do rodzinnych stron.

No więc przyjechałam, ja i ogrom moich bagaży. Wyprowadziłam, więc musiałam zabrać ze sobą do domu WSZYSTKO. No a skoro to przywiozłam, to trzeba to rozpakować, bo nie chcę ciągle szukać potrzebnych rzeczy w jednej z dwóch wielkich toreb i czterech pudeł, poza tym bagaże zajmują przestrzeń i zwyczajnie mi przeszkadzają. Ok, no to się rozpakowujemy. Tylko żeby rozpakować rzeczy, trzeba mieć na nie miejsce. A mój dom rodzinny jest po prostu zawalony rzeczami nazbieranymi przez lata. Wszystkie szafy, szafki i półki są wypchane do niemalże granic możliwości. Ubrania, pościele, ręczniki, książki, zeszyty, a nad tym wszystkim, na mocno zakurzonych półkach sterta mocno zakurzonych bibelotów – ramek ze zdjęciami, tzw. durnostojek, figurek, wazoników i różnych innych nawet nienazwanych dziwactw. Nie było opcji, żebym zdołała poupychać między to wszystko rzeczy z moich toreb i kartonów, więc zaczęło się robienie miejsca… Wyrzucanie, segregowanie, odkurzanie, a nade wszystko, co najbardziej męczące, zastanawianie się nad wieloma rzeczami „czym to jest i czy to jest jeszcze potrzebne?”. Ponieważ, jak wspomniałam, rzeczy te nagromadziły się na przestrzeni wielu lat, przekopywanie się przez nie przypomina pracę archeologiczną lub, bardziej romantycznie, wyprawę śladem wspomnień. Zdjęcia z wycieczki gimnazjalnej, kasety magnetofonowe (m.in. Britney Spears, Kelly Family i składanka Dziewczyna 7), walkman, dyskietki, mój stary zegarek na rękę (nie noszę zegarka od lat), flet, na którym obowiązkowo uczyliśmy się grać na muzyce, różaniec i biżuteria, które dostałam na komunię, pozłacana plastikowa liczba 18 służąca jako podstawka na świeczkę na moim torcie urodzinowym z okazji osiągnięcia pełnoletniości, kiczowaty słonik, jaki każda dziewczyna w klasie w liceum dostała na Dzień Kobiet… Jest tego mnóstwo, a niemalże każda taka rzecz wraz z konkretnymi wspomnieniami niesie ze sobą ładunek emocjonalny i pociąga we mnie jakąś strunę. O tak wielu z tych rzeczy już zapomniałam, o tak wielu nie myślałam przez lata, a teraz wracają do mnie dziesiątki kawałeczków, niechronologicznie, ale ja przecież znam ich kolejność, a co najważniejsze znam ich wagę. Piszę w czasie teraźniejszym, bo wciąż jeszcze nie do końca zdołałam się odnaleźć w tych przedmiotach. Ich świat wciągnął mnie na już prawie trzy tygodnie. Jednocześnie jestem w domu, który przypomina mi dzieciństwo, który silnie związany jest z członkami rodziny, którzy są daleko albo których fizycznie już nie ma, a ja siedzę tu teraz sama i mam bardzo dużo czasu i przestrzeni na przywoływanie wspomnień i układanie ich w historii mojego życia oraz w mojej głowie. Czy zdołałam już ustalić, co będę robić dalej? No właśnie nie bardzo. Świat wspomnień, nagle tak wielu wspomnień naraz otoczył mnie w mojej samotności, a ja poczułam, że się w nim zawiesiłam, że w nim dryfuję, gdzieś pomiędzy testami gimnazjalnymi, urodzinowymi tortami z brzoskwiniami, wyjazdami do babci, lepieniem bałwana i jednodniowymi wycieczkami do Krakowa. Gdzieś pomiędzy moimi dawnymi miłościami, przyjaciółmi, z którymi rozluźniły się kontakty, nauczycielami, którzy byli upierdliwi, a rzadziej inspirujący, no i tą rodziną, która kiedyś była w całości obok, a teraz jest to tu, to tam…

Ale, ale, tekst miał być o synchronii, więc gdzie ta synchronia? Myślę, że kto uważnie czytał, ten już wie... Pomiędzy tym sprzątaniem, układaniem i odczytywaniem wspomnień zaklętych w rzeczach, siadam raz lub dwa w ciągu dnia do tamtej zakupionej przed wyprowadzką książki, „Fafarułej”. „Fafarułej, czyli pastylki z pomarańczy”, dla uściślenia. Wraz z Jarko podróżuję po jego wspomnieniach, w których, tak jak w moim odkrywaniu starych przedmiotów, często brak chronologiczności. Jarko raz staje się młodszy, raz starszy, napotyka różne ważne dla niego kiedyś osoby, przypomina sobie uczucia, o których już zapomniał. Jest strach, jest radość, jest wstyd. Dużo wstydu. Jakie to znamienne dla wielu naszych wspomnień. W miarę jak opowieść posuwa się naprzód, historia nabiera surrealności, coraz mniej pewne jest to, co w zasadzie jest prawdą, ale też Jarko jest coraz bardziej świadomy swojej sytuacji i coraz bardziej zdeterminowany do powrotu do teraźniejszości. Choć nie jest to powieść o zawrotnej akcji, wciągnęła mnie, bo jest bardzo dobrze skonstruowana i napisana, ale też dlatego, że, jak wspomniałam, temat jest mi bliski. I jeszcze bliższy teraz, gdy we wspomnienia weszłam nie tylko w mojej głowie, ale niemal fizycznie i namacalnie. Nie tak fizycznie jak Jarko, ale czasem niemalże…

Co będzie dalej? Mam jeszcze ponad 100 stron do przeczytania, ale widać już dla Jarka światełko w tunelu i to niemal dosłownie. Kto czyta(ł), ten wie, o czym mówię. Ponieważ idziemy przez tę drogę razem, ja także zdaję się dostrzegać moje światełko w tunelu. Udało mi się wreszcie opróżnić wyprowadzkowe pudła. Wiele rzeczy znalazło już swoje miejsce. Kurz został starty z większości półek. To, co jeszcze leży i czeka na swoją kolej, to już nie tak wiele w porównaniu z ogromem przedmiotów, z jakim miałam do czynienia na początku. Jestem na dobrej drodze, żeby… wrócić do teraźniejszości? I nadać konkretnego kształtu swoim dalszym krokom? Przyznam, że z ociąganiem zabieram się za dalsze strony powieści „Fafarułej”, bo nie do końca spieszy mi się do jej końca i nie tylko dlatego, że mi się zwyczajnie podoba i przywiązałam się do głównego bohatera. Co stanie się z Jarko? Czy wróci do teraźniejszości i będzie mógł wreszcie ruszyć w przyszłość? I czy wtedy nadal utrzyma się między nami synchronia i ja także zdołam ruszyć? Czuję na sobie ciężar tej odpowiedzialności. Lecz to w końcu ciężar, a nie nieznośna lekkość nadaje naszemu bytowi odpowiedniej wartości i smaku. To już jednak historia z zupełnie innej książki.



Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0

Please publish modules in offcanvas position.

Free Joomla! template by Age Themes