ISSN 2544-9583



Pryzmat Wojny / Krzysztof Krynicki

Print Friendly, PDF & Email  

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS
Nr 07, SIERPIEŃ 2017 r.



autor: Krzysztof KrynickiNastały mroczne czasy. Ogień wciąż tańczył na spopielonych ziemiach Tylandalu. Dawna kraina handlu i rzemiosła zmieniła swe oblicze. Krzyki wojny niosły za dnia przeraźliwe echo, aby nocą zamilknąć. Gdy zaś wstało słońce, ogniska gasły, a gwar okrucieństwa powracał. Wszystko przez wieżę stojącą pośrodku Tylandalu. Budowla pięła się ku niebu, niezliczone schody prowadziły do dziesiątek pięter. Szczyt tonął w blasku magicznego kryształu. To właśnie o niego toczyła się wojna.
Horda orków uważała, że kryształ jest spuścizną ich boga Gahrotha. Z pokolenia na pokolenie przekazywano pewną historię. Opowiadała o walecznym wojowniku, który stoczył w miejscu wieży pojedynek z piękną devą, gdy kryształ był jeszcze magicznym drzewem. Ork pokonał devę, aby ta nigdy nie plugawiła magii szamanów hordy w świętym drzewie. Niedługo później zmarł na skutek odniesionych ran.
Po drugiej stronie Tylandalu stacjonowały devy. Wojownicy o pięknych twarzach i perfekcyjnych sylwetkach. Wydawać by się mogło, że są tak doskonali jak bogowie. Złowrogie, świecące oczy dev wlepione były w hordę. Długie białe włosy lśniły w słońcu, targał je wiatr unoszący żar spopielonych ziem.  W ludzie tych istot również krążyła pewna historia. Opowiadała o dzielnej wojowniczce walczącej z orkiem. Chciała wypędzić go z okolic drzewa, w którym zaklęte dysze dev odpoczywały snem wiecznym. Pokonała rycerza hordy, lecz umarła dźgnięta jego mieczem.
Wojna trwała sto lat i nic nie wskazywało na koniec sporów. Z roku na rok nowe grupy wojowników wspierały swe ludy. Trawy, przebijające się miejscami przez popiół i piach, przybrały czerwona barwę. Krwawa Ziemia, taką nazwę nadano temu miejscu. Smród truchła przewiercał nozdrza, mgła - niczym dychy umarłych - przykrywała wojska odpoczywające przed kolejną bitwą.

- Jeden kryształ dla dwóch ras. To nie do pomyślenia, Hart - Taku. – Zwrócił się stary orkowy dowódca do syna. Zmarszczył siwe brwi i ugryzł kawał mięsa.  
- Zatem co zrobić ojcze? Jak długo będziemy przelewać krew?
Młody ork miał dobre serce. Uważał, że wojna jest zbędna, a opowieści obu stron są legendą starszyzny. Nie mógł jednak wyrazić swojego zdania otwarcie, kto by go wysłuchał. Kto by stanął za nim. Obejrzał się na tłum rozrywający zębami surowe mięso i popijający je miodem.  Patrzył na te spojrzenia, tępe, a zarazem pełne nienawiści. Muskularne ciała okryte zbrojami kolczymi i tabardami. Najróżniejsze herby, najróżniejszych rodzin, które walczą od pokoleń. Nikt nie wydawał się myśleć o rozejmie, zamiast tego wojownicy ostrzyli swe topory i miecze. Oczy generałów śledziły tłum, chowały się głęboko w otworach hełmów płytowych.
- Gahroth mi świadkiem, że i tysiąc pokoleń walczyć będzie, jeśli białe głowy nie spadną z chudych szyi dev. – Starego orka rozzłościło pytanie syna. Nienawidził dev i tego samego oczekiwał od pierworodnego.
- Nie wzywaj boga ojcze.
Młody wojownik opuścił na chwile ojca, wszedł na pobliski pień, rzekł donośnie do wszystkich braci broni:
- A może devy przekonać słowem.
Z tłumu wyszedł rudobrody Baldar – turik. Podparł ciało toporem. Miał już swoje lata, siły jednak nie odeszły z uciekającym czasem. Nosił ciężką zbroję płytową i cztery miecze na plecach. Nienawidził walczyć tępym orężem, a nie miał zamiaru marnować czasu na powrót z pola bitwy, aby go naostrzyć. Każde z jego ostrz zasmakowało już we krwi wroga, stal dalej jednak była głodna. Odepchnął młodziaka, przetarł pocięte usta i przemówił:
- Dziady nasze sto wiosen z devami walczą. – Spojrzał głęboko w oczy Hart - takowi. – Jak chcesz słowem walczyć, gdy nawet oręża przez sto lat się nie zlękli?
- Nie walczyć. Negocjować.
- Co!? – Kolejny ork wyszedł z tłumu.
Był najwyższy. Wystawał ponad ciżbę zielonoskórych. Mięśnie niczym ze stali, twarz jakby palcem diabła malowana, a zęby ostre jak brzytwy, rosnące każdy w inną stronę. Do tego odór truchła z paszczy i blizna na piersi. Straszliwy Gatarum nie zgodził się ze zdaniem młokosa.
- Żywota nie chcesz pozbawić tych, co dziadów nam zabili? Co za ork z ciebie? – Dodał.
- Może i zabili, lecz my też krwią mamy splamione ręce. – Młodzieniec zaciekle bronił swojego zdania.
Gatarum odwrócił się do ojca młokosa:
- Kark - taku  zabierz syna, bo jak Gahroth mi świadkiem wypatroszę i truchło na pal nabiję przez te jego spasioną rzyć!
- Spokój horda! – Wtrąciła się Ramtasha. Najważniejsza z orków. Obecna królowa. Córka zmarłego króla Gumtarka, który sześćdziesiąt lat lud prowadził na pole bitwy.
Zapadła cisza. Zielonoskórzy wojownicy darzyli szacunkiem królową. Pełne gracji ruchy sprawiały, że woje nie mogli oderwać od niej wzroku, broń z kości smoka przy pasie budziła jednak strach. Taktyką i finezją w walce przewyższała swego ojca i dziadów. Uroda bardziej podobna do ras ludzkich, niżli hordy. Delikatne rysy twarzy i drobne usta pod zadartym noskiem. Mówiono, że jest córką człowieka, gdyż Gumtark nie miał nigdy żony, prowadził najazdy na ludzkie osady, aby zebrać trochę jedzenia. Nim ludzie z pobliskiej wioski się wynieśli, jedna kobieta podłożyła mu kosz wiklinowy z małą Ramtashą.
Królowa podeszła do Hart – taka.
- Chcesz rozmawiać z devami? – Była wyraźnie zainteresowana jego pomysłem. – Chyba jesteś jedynym, który nie myśli o wciśnięciu miecza w ciało tych istot. – Odwróciła się do tłumu i zawiesiła wzrok na Gatarum. Oczy mężczyzny wędrowały po królewskim ciele, pełne były nieokrzesania. – Niektórzy w tej ciżbie baranów nie tylko o wbijaniu miecza myślą, lecz ich myśli też nie są warte uwagi.
Baldar – turik przecisnął się między oddziałem toporników, aby pomówić z królową.
- Pani, czemu słuchasz młokosa? Moje miecze są starsze od niego i bardziej znają wojnę.
- Zgadza się. – Ramtasha splotła ręce za sobą, przygniatając nimi skórzany płaszcz. Wypięła dumnie pierś w płytowym napierśniku. – Baldarze, twe miecze nie jedno życie odebrały, nie jedną kończynę odcięły, lecz umysł maja tak obfity jak ty sam.
- Ojciec Twój, gdyby z grobu wyszedł, pogruchotał by ci kości! – Złość wylewała się z wojownika.
Królowa zachowała spokój. Wiedziała, że niektórzy woje hordy są tu od lat i nie zmienią zdania, że widzą tylko mord, a krew im już dawno zaćmą oczy przysnuła. Nie opuściła  młodego Hart - taka. Domagała się, aby mówił.
Wojownik nie zamierzał milczeć.
- Od pokoleń walczycie z devami. Co jest przyczyną? Ten kamień? – Wskazał w kierunku oddalonej wieży.
- To spuścizna samego boga! – Oburzył się ojciec młodzieńca.
- Jaką macie pewność, że oczy was nie zwiodły? – Hart - tak dalej trwał przy swoim.
- Bluźnierca! – krzyknął Gatarum. Skoczył na młodzieńca, powalił go na ziemię i zaczął dusić. Na rękach osiłka pojawiły się grube żyły. Oczy Hart - taka stawały się większe. Chwycił jedną dłonią rękę napastnika, drugą sięgał po miecz.
Ramtasha wyjęła zza pasa kościany obuch.
- Zejdź z niego, bo łeb rozwalę!
Gatarum odpuścił, zszedł z młokosa, rzucając gniewne spojrzenie królowej i zniknął między halabardnikami.
Królowa pomogła Hart - takowi wstać. Nakazała, aby udał się za nią do namiotu. Tam mieli się rozmówić.

Było samo południe. Po spopielonej ziemi szły dwie osoby w płytowych zbrojach. Wokół nich unosił się żar spopielonych ziem. Napierśniki stały się matowe od poprzylepianego popioły. Emuidin napiął łuk. Niebieskie światło oczu devy zastygło na zbliżających się postaciach. Oddech się urwał, drgania ciała ustały, strzelec był gotowy. Srebrny grot w kształcie anielskich skrzydeł bez trudu mógł przebić najgrubszy pancerz. Emuidin jednak nie puścił strzały. Do tej pory widział orkową hordę biegnącą w towarzystwie przeraźliwych wrzasków. Każdego dnia słyszał dźwięk broni uderzającej o tarcze, widział ten gest - pokazujący orkową żądze krwi – każdego południa. Tym razem było inaczej. Kobieta o ludzkich kształtach i wojownik sporo węższy w barkach, niż jego bracia szli samotnie po krwawej ziemi.
- Stać! – krzyknął strzelec, gdy jego wrogowie byli już bardzo blisko.
Nie strzelał, widział, że nie mają wyciągniętej broni. Nie opuścił jednak łuku. Grot cały czas celował w głowę kobiety.
- Chcemy negocjować – rzekł Hart – tak.
- No proszę. – Deva opuścił łuk i rzucił groźne spojrzenie wojom hordy. – Po stu latach znaleźliście język w pysku?
- Nie szczekaj – odezwała się Ramtasha. – Nie będziemy słuchać obelg, chce rozmawiać z waszym królem.
- A kim żeś, pani?
Kobieta wypięła dumnie piersi.
- Jestem Ramtasha, królowa hordy.
Białowłosy mężczyzna ukłonił się nisko i z gracją wywinął dłoń.
- Pani mi wybaczy brak szacunku.
Orków zachwyciła jego kultura, zachowanie godne dżentelmena, mimo że dziadowie obu ras rozpruwali sobie gardła.
- Wstań, wystarczy, devo. – Ramtasha podeszła bliżej wroga. – Chce widzieć się z twym królem.
- Dobrze, pani, lecz muszę zabrać wam oręż.
Do rozmowy wtrącił się Hart – tak.
- Na cóż ci nasza broń?
- Abyście nie  mogli sprawiać kłopotów.
- Jeśli byśmy chcieli sprawiać  kłopoty, mamy ręce silne jak woły, oczy też posiadamy i nie trudno nam dostrzec twych braci. Musielibyśmy być głupcami, żeby kijem mrowisko szturchać, samemu w nim stojąc.
- Prawda to, śmiałku. – Odparł deva i nakazał im iść za nim.  

Hart – tak czuł na sobie przewiercające spojrzenia dev. Wolał drwiny pobratymców, niżli śmierć w tym miejscu. Jasne istoty okazały szlachetne wychowanie, lecz wróg zostawał wrogiem. Młody ork miał nadzieje, że słowami zakończy wojnę i wyruszy do ojczyzny, której nigdy nie widział, gdyż urodzony został na polu bitwy. Choć wyglądem nie różnił się od braci, umysł miał większy i na zupełnie innym poziomie świadomości.
Doszli do dużego namiotu, przed którym stała straż. Dwie devy, mężczyzna i kobieta. Lśniły na nich zbroje ze srebra, a w delikatnych dłoniach dzierżyli oburęczne miecze.  Skrzyżowali je ze sobą, gdy orkowie w towarzystwie tłumu gapiów podeszli do wejścia.
- Elu to mori dai. – Emuidin ukłonił się przed strażnikami swego pana.
- Dai tulo tana. – Odpowiedziała kobieta i miecze nie blokowały już wejścia do namiotu.
Pod purpurową osłoną – przez którą próbowało przebić się światło – stał wysoki deva w zbroi zdobionej diamentami. Srebrne liście spinały jego białe włosy w kucyk. Koronę miał ze złota. Patrzył na przybyłych wrogów. Królowi towarzyszyła piękna dziewczyna nosząca taki sam pancerz. Zza pleców wystawały jej dwa proste miecze.
- Głupcy to, czy hardego ducha mają? – Twarz króla dev malowała promienny uśmiech.
- Królowa hordy chce negocjować, panie – odparł Emuidin, wychodząc w pokłonie z namiotu.
- Negocjować, tak? – Chude palce monarchy wędrowały po drewnianym stole, spoglądał na mapę przedstawiającą pole bitwy, wskazał położenie wieży. – O to chodzi?
- Panie. – Hart – tak ukląkł na jedno kolano. – Nasze narody toczą wieloletni spór. Ciżby wojów pragną tylko kryształu.
- Nie od dziś mi to wiadomo. Chcecie plugawić kamień zmarłych.
- A jeśli nie są w nim zaklęte dusze waszych dziadów?
- A co? Spuścizna waszego pogańskiego boga? – Śmiech króla zagotował krew Ramtashy.
- Jak śmiesz! – Władczyni orków sięgnęła po obuch z kości smoka.
Strażniczka króla dev milczała, chwyciła rękojeści mieczy, a wzrok wypełniło jej skupienie, myśli zostały oczyszczone, aby zachować równowagę.
Obuch nie uniósł się ku górze. Został ponownie wsunięty za pasek Ramtashy przez dłoń Hart – taka.
- Nie tego chcemy – oznajmił spokojnie zielonoskóry młokos.
- A więc czegoż może chcieć nieokrzesana horda? – Król nie umiał odmówić sobie obelg i szyderstwa.
- Kto był w kryształowej komnacie?
Zapadła cisza. Jedyne dźwięki jakie dobiegały do uszu członków rozmowy, to pogawędki rycerzy po drugiej stornie purpurowej płachty.
- Może pani tam była? – Hart – tak zwrócił się do przełożonej. – Może pan. – Spojrzał na monarchę. – A może ty, wojowniczko. – Oczy orka powędrowały na kobietę devę. – Spór toczycie o coś, czego nie znacie?
- Spór ten nasze dziady zaczęły. - Ramtasha założyła ręce na biodra.
- I trwać będzie, póki nie znikniecie. – Dodał król dev.
- Lailorze, ojcze mój. – Do tej pory milcząca dziewczyna dołączyła się do rozmowy. – Ork ma rację, nikt z nas nie był w wieży. Nie wiemy, co tam jest.
- Prawda, córko. Prawda o naszych zmarłych.
- A może o ich bogu? – Córka monarchy usiadła na drewnianym zydlu. Nie trzymała już rąk na rękojeściach mieczy. Zaintrygowała ją wypowiedź wroga. Sama często zastanawiała się, czy aby na pewno legenda o krysztale nie jest wymysłem starszyzny.
- Wejdźmy tam ramię w ramię. – Serce Hart –taka szukało rozwiązania eliminującego dalszy rozlew krwi. Wojnę o coś czego tak naprawdę może nie być uważał za oznakę otępienia, ociemnienie umysłu, prymitywność.
- Ja! – Lailor podskoczył ze zdziwienia. – Mam podążać za orkiem? Jakiegoż jeszcze upokorzenia dostąpię?
Ramtasha opanowała swój gniew, gotująca krew się uspokoiła. Wyjęła ze skórzanej torby pergamin i pióro.
- Spiszę ci na pergaminie, jak monarcha monarsze, jeśli kryształ okaże się należącym do was, odejdziemy.
- Opuście naszą ziemię. – Lailor spuścił wzrok. – Jeszcze dzisiaj płonąć będą wasze namioty. Odejdźcie do hordy.
Hart – tak wstał, ukłoniwszy się dostojnie, odparł:
- Nim zajdzie słońce, królu, zastanów się nad swoją decyzją.
Deva jednak trwał przy swoim.
- Dzisiaj skrzyżuje z tobą ostrze, pani. Zobaczymy, czyje truchło pochłonie ta piekielna ziemia.

Ramtasha z podwładnym szli pod eskortą Emuidina. Wracali do hordy, aby przygotować się do walki. Wiedzieli, że nie wymienią już słowa z devami, teraz wymieniać będą ciosy otoczeni krzykiem wojów.

Słońce zawstydziło się księżyca wychodzącego na niebo. Czerwień na firmamencie gasła ustępując ciemności. Niebo stanęło w ogniu. Zapalone strzały spadły na hordę jak deszcz. Zielonoskórzy wiedzieli od swej pani o bitwie, jaką szykowały devy. Okryli się tarczami z drewna, aby je podpalić, po czym z nadludzka siłą cisnęli nimi w stronę biegnącego wroga. Devy nie zauważyły nafty wylanej na krwawe trawy. Białowłosi zmienili się w pochodnie, wykrzywiali oblicza w krzyku bólu. W ruch poszły boomerangi w kształcie skrzydeł. Leciały ponad popiołami, aby podciąć orkowe gardła, po czym wracały do białowłosych właścicieli. Zbroje i oręż odbijały płomienie skaczące między wojownikami. Garatum tylko na to czekał. W jego oczach zamiast strachu widniała ekscytacja. Wbił się w ciżbę paladynów o świecących spojrzeniach i chwycił jedną z kobiet. Uniósł ją ku górze, po czym złamał z hukiem o kolano, a truchłem cisnął w jej towarzyszy, powalając ich na ziemię.
Miecze Baldara karmiły się krwią wrogów. Wokół rudobrodego co chwile upadały odcięte kończyny dev. Jego szarże przerwała strzała, która utkwiła w silnym ramieniu. Nie przejął się bólem, wystawił największe ostrze przed siebie i biegł niczym rozpędzony byk na ofiarę. Nabił za jednym zamachem trzech śmiałków. Wyrzucił oręż, dobył drugiego miecza, wyciągając go z pochwy ściął głowę halabardnikowi.
Ogień stawał się coraz większy, zajął już prawie całe pole bitwy. Poparzone twarze patrzyły się na siebie złowrogo, krzyczały obelgi. Wojownicy dawali upust złości poprzez przekleństwa towarzyszące atakom. Demoniczne ryki, krwawa stal odrąbująca kończyny, gruchot łamanych kości, pękające czaszki, tym wypełniła się cała okolica.
Córka Lailora tańczyła taniec ostrzy niesiona wiatrem, bezszelestnie raniła wrogów, lecz nie pozbawiała ich życia. W tłumie dojrzała Hart – taka. Pamiętała jego twarz, ruszyła w kierunku orka, który ją zaintrygował. Nie zauważyła młota bojowego rzuconego w jej kierunku. Jednak wzrok i refleks Hart – taka okazały się godne podziwu. Odbił tarczą młot swego ojca i zasłonił dziewczynę, aby nie została raniona.
- Musimy otworzyć wieże! – Krzyk devy tłumiły odgłosy walki. Mimo to zielonoskóry młokos usłyszał wszystko dokładnie. Wziął na ręce deve i zaczął przepychać się miedzy żołnierzami. Gdy minęli ostatnią linię wojennego gwaru, ruszyli czym prędzej w stronę wieży.
Światło magicznego kryształu wydobywało się przez okiennice ostatniego pietra. Stali u wrót. Z pola walki przybiegła poobijana Ramtasha.
- Musze dowiedzieć się prawdy. – Nie zwróciła uwagi na deve.
Nagle orkowa królowa uklękła na jedno kolano, jęknęła z bólu. Strzała przebiła jej łydkę i wyszła obok piszczeli.
Emuidin szykował już kolejną strzałę.
- Emuidin, czekaj! – Krzyknęła córka monarchy dev.
- Wybacz, Lasande, lecz musze pomścić naszych dziadów. – Odrzekł strzelec cicho pod nosem.
Kolejna strzała zadygotała w tarczy Hart – taka.
- To pies. – Zaklęła Ramtasha, wstając z ziemi. Wyciągnęła obuch z kości smoka i roztrzaskała nim wrota wieży.
Kręte schody zatopione w mroku wydawały się nie mieć końca. Ciała śmiałków głaskał chłodny wiatr. Ścienne pochodnie daremnie próbowały rozedrzeć ciemność. Wieża przypominała bardziej grobowiec. Kaskady zimnej wody spływały z góry. Matowa powłoka popiołu i dymu na zbrojach, zmieszana została z wodą. Ciemna breja spływała po napierśniku Hart – Taka. W nozdrza wbijały się zapachy wilgoci i pleśni. Lasande czuła rwący ból w łydkach. Była zwinna, lecz siła fizyczna nie należał do jej mocnych stron. Hart – tak wziął deve na ręce. Pokonywali kolejne pietra. Z oddali słyszeli stłumione odgłosy krwawej rzezi.
Na najwyższych piętrach oziębłe ściany pokrywały krzewy czarnych róż.
Wreszcie ujrzeli oślepiający blask. Kryształ okazał się nie większy niż dłoń. Jego barwa zmieniała się pryzmatycznie. Dwa demony rzuciły się na wojowników. Nie miały twarzy, skóra wisiała na powyginanych kościach.
Ramtasha dobyła broni. Zrobiła obrót i uderzyła jednego z demonów prosto w łeb. Istota wstała i ponownie skoczyła do ataku. Lasande rzuciła mieczem, przybijając demona do ściany. Ostrza dev słynęły ze swej niezwykłej stali. Plugawiec miał okazję się o tym przekonać. Wił się, wydając przeraźliwie dźwięki, nie mógł jednak uwolnić się od broni przytwierdzonej do kamiennej ściany. Drugi z demonów posmakował miecza Hart – taka. Odcięta noga upadła na ziemię i zaczęła po niej sunąć, sama istota zaś nie dawała za wygraną. Lasande wskoczyła na barki orkowego wojownika i wybiła się w powietrze, zrobiła piruet, wylądowała na ziemię i szybkim ruchem odcięła demonowi głowę. Mimo rozczłonkowania, bezgłowe ciało dalej machało szponiastymi łapami. Puki nie zostało zmiażdżone kościanym obuchem.
Po pomieszczeniu rozszedł się głos zachrypnięty i pozbawiony emocji.
- Orkowie i devy? Znowu razem?
- Kim żeś? – Ramtasha wysunęła przed siebie obuch.
- Ja? Kim wyście, że do mego domu się wkradacie?
Śmiałkowie dojrzeli zarysy tronu, z którego wstała wysoka postać ze świecącymi na pomarańczowo oczami. Nie widzieli go dokładnie, jedyne co udało im się dojrzeć, to krawędzie długiej szaty oświetlone kryształem.
Hart – tak wyszedł przed towarzyszki i zasłonił je tarczą.
Z mroku wyłoniły się kościste palce. Pomiędzy nimi zaczął skakać ogień, który wystrzelił w stronę śmiałków. Przeleciał nad ich głowami. Zapachniało zwęglonym ciałem.
Lasande obróciła wzrok i ujrzała Emuidina leżącego na ziemi. Miał przepalony napierśnik i klatkę piersiową, z której wystawały osmolone kości. Nie oddychał, zginął w mgnieniu oka, nie zdążył nawet jęknąć. Celował w istotę ze swego łuku, co było jego błędem.
- Zapytam jeszcze raz. – Tajemniczy mężczyzna kolejny raz przemówił. - Po co tu przybyliście?
- Chcemy znać prawdę. – Hart – tak nie chciał tego przeciągać, musiał wiedzieć czy miał rację. Czy legendy były opowieściami starszyzny, czy prawdą.
- Prawdę?  Głupi jesteście ot prawda. Od stu lat walczycie o coś czego nie znacie.
- Oświeć nas – rzekła Lasande, wyciągając ze ściany miecz. Martwe ciało demona upadło na ziemię.
Istota podeszła bliżej światła. Okrywała ją szara szata, a na głowie miała koronę z kości zakrywającą twarz.
- W dawnych czasach żył pewien chłopiec. Ni ork, ni deva, a na tej ziemi się zrodził. Powstał z miłości ras do siebie. Ciężko mu było, gdyż  żadna z ras go nie chciała. Nienawidził on ni jednych, ni drugich, jak oni jego nie mogli znieść. Pewnego razu pod magicznym drzewem miłość dopadła orka i devę. Nie chciałem, aby narodziło się nowe dziecię. Nie chciałem by czuło, co ja czułem. Zatopiłem w nich swe ostrze, a monarchą wysłałem fałszywa wiadomość. Napisałem, że ork i deva zabili się wzajemnie w kłótni o kryształ z magicznego drzewa. Chciałem, aby rasy już nigdy się nie połączyły. A ich ciemnotę i wiarę zmieniłem w nienawiść do siebie. Wzniosłem wieżę na miejscu drzewa, a kryształ zachowałem w jej wnętrzu, pośrodku ziem ras. Piękno blasku i tajemniczość miejsca narodziły legendy, które zaostrzyły spór. – Wypiął dumnie pierś.
Dłonie  Ramtashy wzmocniły uścisk na obuchu, zawidniały na nich żyły. Dyszała ze złości:
- Wojna trwa już sto lat. Sto lat krwawej rzezi przez twą nienawiść.
- Mą nienawiść!? – Istota uderzyła pięścią w ścianę, zatrzęsło całą wieżą. – To wy nazwaliście mnie mieszańcem! Pluliście na mnie! Poprzysiągłem, że nie umrę dopóki nie zdechniecie!- Złożył ręce, wokół nich rozbłysła błękitna aura. – Kryształ da mi moc! Da mi życie wieczne! – Wybuchł psychopatycznym śmiechem, ciskając promieniem. Niebieskie światło, uniknięte przez śmiałków, zniszczyło ścianę budynku.

- Patrzcie! – krzyknął Baldar – turik wskazując na wieżę.
Gruzy upadły z hukiem na tłum przykryty gwarem i jękami bólu.
- Gahroth się wściekł! – Unosiły się wrzaski orków przekrzykiwane przez devy. – Duchy umarłych wybuchły gniewem!
Wojownicy najbliżej wieży zaprzestali walki ze sobą, udali się w stronę budowli kierowani ciekawością. Nagle wokół twierdzy, skąpanej w blasku kryształu, zaroiło się od nieumarłych. Mieli twarze dev i orków. Wychodzili spod ziemi i rozszarpywali złapanych wojów.
- Dziady rzuciły przekleństwo! – Gatarum, najdzielniejszy z orków, wpadł w panikę, widząc żywe trupy. Waleczne serce napełniło się strachem. Chwycił za ramiona Kark – taka.
- Twój syn miał rację! Bogowie nasi i dev wezwali dziadów, aby zakończyć wojnę!

Kolorowe promienie rozrywały ściany wieży. Gruzy leciały na głowy nieumarłych i żywych, jednakowo je roztrzaskując. Spopielone pola zaroiły się od truchła i posoki.

Magiczna istota stała, głośno dysząc, zapłonęły jej oczy, a z ust wyszedł cichy, przeraźliwy śmiech.
- Wiesz, żeś rozpętał największą wojnę! – Ramtasha podpierała się na obuchu. Jej ciało zostało zwęglone w wielu miejscach. Krew ubrudziła kamienną posadzkę.
- Piekło… - Czarownik podszedł do królowej orków. – Takie piekło, jakie czuło moje serce, gdy żeście nazwali mieszańcem i wyrzucili!. – Powalił Ramtashe mocnym uderzeniem.
Hart – tak próbował doskoczyć do kobiety, lecz promień już mknął w jego kierunku. Wojownik zdążył zasłonić się tarczką, która pękła w pół. Po ziemi skakał żar. Ork zdjął zniszczoną tarczę, poparzyła mu rękę, nie zdając większych obrażeń.
Powietrze zaczęły przecinać ostrza Lasande, robiła pełne gracji zamachy w finezyjnym tańcu.
Istota siłą umysłu podniosła części roztrzaskanej tarczy i zaczęła parować ciosy devy.

Baldar - turik wbił ostrze w nieumarłego i wyciągnął nowe. Przedzierał się przez legion truposzy zostawiając po sobie rozcięte truchła, pełzające po spopielonej ziemi. Był już bardzo blisko wieży, gdy drogę zaszedł mu demon. Wyglądał inaczej niż pozostali nieumarli. Miał sześć metrów wysokości, jastrzębie szpony i kły pomiędzy, którymi wędrował wężowy język.
Baldar rzucił się na potwora. Mijał jego niezdarne ruchy, prześliznął się między nogami plugawca i odpiął z paska jeden z miotanych toporów. Rzucił między łopatki potwora. Bestia nawet nie poczuła, odwróciła się i wbiła szpony w ziemię. Baldar odskoczył w ostatniej chwili. Widząc, że łapy nie wychodzą z gleby, wbiegł po nich na grzbiet demona. Kępy krwawych trwa wyskoczyły ku górze, zostały wyrwane przez ogromne łapy. Orkowy woj objął gardło wroga, aby nie spaść. Wyjął kolejny toporek i rzucił w dół, trafił w stopę. Demon ukląkł, a gdy to zrobił, Baldar chwycił oburącz miecz i wbił go w tył głowy kolosa. Ostrze wyszło na wylot, demon padł, zrzucając orka między trzęsące się truchła plugawców. Baldar zaczął się czołgać w stronę wieży, jego wędrówka szybko się zakończyła. Poczuł przeszywający ból, nie mógł się ruszyć, parsknął krwią, mówiąc:
- Dziady, otwórzcie mi bramy niebios. – Po tych słowach opadła mu głowa, twarz wylądowała w popiele, ostatni oddech rozdmuchał niedopalony żar na boki.
Demon nim skonał przybił orka do ziemi swym szponem.

Oczy Ramtashy podeszły krwią. Miała połamaną szczękę, a z miejsc po utraconych zębach płynęła krew obfitymi kaskadami. Nie miała już sił, dyszała głośno trzymana przez Lasande, podczas gdy Hart - tak krzyżował swe ostrze z kościanym mieczem nekromanty.
- Dlaczego to wszystko!? – Zapytał ork.
- Głupi jesteście! – Kopnął wojownika, powalając go na ziemię. Przyłożył mu ostrze do gardła. – To wasze rody walczyły przez prymitywne gadania dziadów, gdy ja rosłem w siłę i chłonąłem energię z dusz ofiar wojny.
- Lecz krew przez nas przelana spoczywa na twoich rękach! Twoje kłamstwo zniszczyło narody, głupcze!
- Kto jest głupcem? – Istota przeszyła przeciwnika szyderczym spojrzeniem, z oczu buchał jej płomień nienawiści. – Ten, kto oszukał narody, czy narody co uwierzyły w brednie?
Hart – tak wyślizgnął się spod ostrza i wbiegł na pobliską ścianę. Postawił na niej nogę i odbijając się, zrobił obrót, wymierzając cios. Miecz przebił pierś czarownika. Po okolicy rozbrzmiał przeraźliwy krzyk, zmienił się jednak szybko w śmiech. Istota wyjęła ostrze i rzuciła na ziemię.
- Mówiłem ci, chłopcze, że me ciało jest nieśmiertelne.
W głowie orka narodziła się nowa myśl, spojrzał na kryształ, był daleko. Wiedział, że nie zdąży podbiec nie trafiony kula ognia.
Lasande spostrzegła wzrok towarzysza, rzuciła mieczem, aby ten wbił się obok Harta.
Nekromanta wyprowadzał coraz silniejsze ciosy. Zielonoskóry młokos miał coraz więcej problemów z ich parowaniem, chwycił ostrze przeciwnika. Po mieczu plugawca popłynęła krew z głębokiej rany zielonoskórego. Hart - tak wykorzystał ostatki sił, aby wbić miecz Lasande w czoło wroga.
Człowiek w koronie upadł na ziemię. Gdy wstawał, towarzyszył mu śmiech, szybko jednak ustał. Widział młodego woja trzymającego w ręku kryształ.
- Ciało masz nieśmiertelne, lecz dusza została uwieziona w tym, prawda?
- Odejdź od tego, prymitywna istoto! – Pierwszy raz w głosie mrocznego czarownika był słyszalny strach.
- Dusza twoja nie odeszła z tego świata, prawda? – Ork coraz mocniej zaciskał w dłoni kryształ. – Pod magicznym drzewem narodziła się miłość, której owocem jesteś. Tam też przerodziła się w gniew, tam wydała wyrok stuletniej wojny z powodu twego cierpienia. – Uniósł magiczny kamień ku górze. – Będziesz wolny o przekleństwa. – Z całej siły roztrzaskał go o posadzkę.
Okolica rozbłysła w pryzmacie. Ziemia się zatrzęsła, a czas stanął. Kamień zmienił się w piasek, jego wnętrze wyrzuciło falę uderzeniową zmiatającą obrazy wojny z powierzchni ziemi. Kawałki wieży, niczym kule armatnie, zabijały po drodze oba ludy. Przeraźliwym krzykom towarzyszyły modlitwy. Rycerze uciekali w popłochu, lecz dosięgnęła ich fala łamiąca kości i rozpruwająca ciała. Zapadła cisza. Popiół przysłonił słońce, nastała chwila ciemności. Z gruzów wyszedł Hart – tak. Zakasłał głośno i spojrzał na pobojowisko pełne truchła skąpanego w posoce. Wygrzebał ze zgliszczy Lasande. Wspólnie podnieśli ledwie żywą Ramtashę. Nikt prócz nich nie przeżył tego dnia. Ostatniego dnia wojny. Wojny, która narodziła się z cierpienia jednego istnienia i pochłonęła całe narody.

Minęła kolejna wiosna. Lasande osiodłała konia, przerzuciła przez grzbiet zwierzęcia torbę z zapasami, poprawiła pasy trzymające miecze.
- Co teraz zrobisz, Lasande? – Z drewnianej chaty wyszedł Hart – tak. Podszedł do devy i podał jej bochen chleba.
- Wyruszę w świat. Będę śpiewać legendę o zielonym młokosie. – Zaśmiała się piękna deva.
- Nie chcesz zostać?
Lasande spojrzała na dwie drewniane chaty otoczone płotem. Między chatami stała studnia czystej wody. Konie jadły siano przed swą stajnią. Wszystko to powstało wspólnymi siłami devy i orków.
- Wrócę, lecz  wpierw złącze rozdarte narody. Ludzi, gnomy, chimery, biesów i każdą rasę, jaką napotkam. Od dziś nie będą się zwać jak się zwą, dam im nazwę dzieła bogów. Nie dopuszczę do kolejnego mordu. – Dziewczyna wskoczyła na konia.
Z progu chaty wyłoniła się Ramtasha. Blizny krwawej wojny ostały się na jej ciele. Spodziewała się dziecka, kolejnego pokolenia nowych orków. Podeszła do devy i podała jej rękę.
- Uważaj na siebie, Lasande. Niechaj dziady nasze cię pobłogosławią.
- Dziady niech śpią. – Zaśmiała się dziewczyna. – I tak już nieźle namieszały ich baśni. – Spojrzała ponownie na Hart –taka, pokazując brzuch orkowej kobiety. – Naucz go tego, co słuszne, woju.
- Sprawie, że jego duch będzie hardy.
- Nie hardy. – Strzeliła lejcami, a koń ruszył. – Miłosierdzia go naucz, aby jednym z naszych dziadów się nie stał. – Ostatnia z dev odjechała, znikając pod jasnymi promkieniami słońca, które kłuły oczy patrzących za nią orków.

  

Menu nr- 15

Free Joomla! template by Age Themes