Zielony Kruk / Krzysztof Krynicki

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS
Nr 06, LIPIEC 2017 r.


Nadchodził wieczór. Przygnębiająca pogoda. Lekki deszcz i zimno, jak w kostnicy. Puste ulice kąpały się w słabym świetle latarni – biegnących wzdłuż jezdni. Pod przygasającą lampą stała czerwona budka telefoniczna. Krople deszczu rozbijały się o jej daszek. Toczyły wyścig po szybie.
Wodę w kałuży rozdarł masywny, wojskowy but. But noszony przez mężczyznę w czarnym, skórzanym płaszczu. Głowę człowieka przykrywał kapelusz, spod którego wystawały długie, czarne włosy. Twarz pokrytą bliznami i gęstym zarostem oświetliła jedna z latarni.
Mężczyzna wszedł do budki telefonicznej, wyciągnął z płaszcza zdjęcie. Na fotografii widniały dwie ślicznotki. Dojrzała kobieta w wieku lat trzydziestu i bardzo do niej podobna nastolatka. Obie miały blond włosy. Matka i córka. Kiedyś szczęśliwe, dzisiaj martwe.
Palce przemoczonego człowieka wykręciły numer.
W słuchawce odezwał się cienki, damski głos:
- Tak słucham.
Mężczyzna zgiął nerwowo fotografię, po czym rzekł ochrypłym głosem:
- Wy wymierzacie sprawiedliwość. Teraz sprawiedliwość dosięgnęła was. – Odłożył nerwowo słuchawkę.

Dochodziła północ. Młoda dziewczyna z zielonymi włosami – związanymi w kucyk sięgający pasa – dopijała piwo. Na jej podrapanym stoliku stały już dwa puste kufle.
Po barze snuły się – niczym dusze umarłych – obłoki dymu. Czterech łysych gości w skórzanych kurtkach grało w karty przy stoliku w kącie. Jeden zaklął uderzając pięścią w stół.
Gburowaty barman nalewał czystą szczupłemu człowiekowi w garniturze. Na brudnej ladzie obok przystojniaka leżał bukiet kwiatów. Kwiatów mających być prezentem dla niewiernej żony. Teraz wolałby, żeby ozdabiały jej grób.
Zielonowłosa podciągnęła rękaw skórzanej kurtki przyozdobionej ćwiekami. Rzuciła okiem na zegarek. Przeklęła pod nosem i wstała dopijając piwo. Nagle z hukiem, mimo własnej woli, ponownie usiadła. Czuła na barkach nacisk silnych dłoni. Dziewczyna - zdezorientowana przez sytuację i alkohol krążący w żyłach - ze złością wrzasnęła kilka obelg.
Łysi mężczyźni skulili głowy. Ich głośne rozmowy ucichły. Człowiek przy barze poległ na ladzie, kwiaty spadły na podłogę. W sercu barmana zagościł strach krępujący ruchy. Oglądał spode łba rozzłoszczoną dziewczynę.
Do stolika Zielonej przysiadł się oszpecony mężczyzna z długimi włosami. Z jego skórzanego płaszcza spływały krople wody.
Dziewczyna spojrzała na niego mówiąc opryskliwie:
- Kim kurwa jesteś?
Nieznajomy odpowiedział spokojnie:
- Mam do ciebie interes Zielona. – Po tych słowach krzyknął do barmana, aby ten podał dwa razy whisky.
Zielona ze zdziwieniem zapytała:
- Skąd mnie znasz?
Barman podał whisky do stolika. Mężczyzna przysunął jedną szklankę z alkoholem pod ręce dziewczyny. Drugą podniósł i złapał solidnego łyka. Zmarszczył brwi, wypuścił wolno powietrze z ust:
- Mocne. – Odstawił szklankę. – Każdy w tej dziurze Cię zna Lucy.
- Nie przypominam sobie ciebie. – Zielona w widoczny sposób pokazywała zniechęcenie.
Długowłosy rzucił na stół zdjęcie, na które patrzył w budce telefonicznej:
- Daj to zdjęcie Bliźnie i powiedz, że ma pozdrowienia od Latarnika.
Lucy spojrzała na fotografię. Wpatrywała się w nią, lecz nie znała uwiecznionych osób.
Mężczyzna dopił whisky na łyka i wstał od stolika, już miał wychodzić, gdy dziewczyna chwyciła go za płaszcz mówiąc:
- Powiedz mi więcej.
- Nie ma o czym więcej mówić. Blizna ma przejebane.
- A jeśli jego już nie wśród kruków?
- A nie ma? – Latarnik rzucił groźne spojrzenie Lucy.
- Powiedziałam jeśli. – Dziewczyna nie poczuła ani trochę strachu.
- Spotkajmy się jutro około północy w starym magazynie portowym. Przyjdź sama i bez tego cacuszka. – Wskazał pistolet wystający zza paska dziewczyny.
Zielona zakryła broń, przytaknęła i puściła mężczyznę, aby mógł odejść.
Zaraz po rozstaniu z podejrzanym typem spojrzała jeszcze raz na zdjęcie. Opróżniła szklankę z alkoholem i chwiejnym krokiem opuściła bar.

Była prawie północ. Stare doki zatonęły w mroku. Między przerdzewiałymi magazynami roznosił się dźwięk fal morskich, uderzających o betonowy port. Nieużywane od paru lat żurawie skrzypiały cicho ze starości.
Zielona siedziała na metalowej ławce. Paląc papierosa patrzyła w morze.
Gdy żar dochodził do filtra usłyszała kroki. Odwróciła głowę i ujrzała mężczyznę z baru.
- Witaj Latarniku - powiedziała oschle podpalając kolejnego papierosa.
Mężczyzna upewnił się czy są sami, przebadał wzrokiem teren. Podszedł do Zielonej i włożył jej w dłoń zdjęcie podobne do tego z baru. Latarnik wyciągnął z płaszcza paczkę papierosów – czerwonych mocnych – i benzynową zapalniczkę. Pstryknął palcami po kamieniu, wyskoczyła iskra podpalając knot umoczony benzyną. Mężczyzna zaciągnął się dymem i wskazał zdjęcie trzymane przez Zieloną.
- Wiesz kim one są?
Dziewczyna nie ukrywała obojętności:
- Zapewne kimś ważnym skoro robisz to przedstawienie.
Facet wrzucił fajka do morza. Odchylił płaszcz i wsunął do niego rękę.
Serce Zielonej biło mocniej. Powoli, dyskretnie sięgała po broń, z którą się nie rozstała mimo uprzedzeń Latarnika.
Chwila grozy minęła. Mężczyzna wyjął z płaszcza metalową piersiówkę. Spojrzał na dziewczynę, podsuwając jej trunek:
- Chcesz golnąć?
Zielona pokiwała przecząco głową, otworzyła sobie piwo.
- Więc wracając do zdjęcia. – Zielona powróciła do rozmowy. – Chcesz abym je zabiła? Wiesz, że Szepczące Kruki nie są płatnymi mordercami. My tylko wymierzamy sprawiedliwość.
- Za pieniądze – zaśmiał się pogardliwie Latarnik.
- Co łaska zbożny pątniku. – Przekrwione oczy dziewczyny przewiercały towarzysza rozmowy.
- Nie musisz nikogo zabijać, one już nie żyją. – Latarnik wyrzucił papierosa. – To moja żona i córka.
- Więc musze kogoś zabić.
- Nie rozumiem. – Zdziwienie mężczyzny dało się wyraźnie poznać.
- Człowieka, który je zamordował.
- Nie. – Latarnik stanowczo zaprzeczył. Jego usta malowały szyderczy uśmiech. – Chcę, abyś mi wystawiła Bliznę.
- A więc to on za tym stoi? Jeden z Kruków.
- Zrobisz to dla mnie?
Zielona pokręciła przecząco głową;
- Nie da rady.
Ogromna złość gotowała krew w żyłach Latarnika. Ton jego głosu stał się agresywny:
- Byłem z nim na robocie. Zajmowaliśmy się przemytem. Los chciał, że akurat byłą tam moja żona. – Zamilkł na chwilę, a gdy ponownie przemówił prawie krzyczał ze złości. – Zapierdolił je!
- Brak światków jest błogosławieństwem dla przemytnika. Tylko Kruki nie są przemytnikami.
- Wystaw mi go i już mnie nie ma!
- Nie. – Zielona nie należała do uległych.
- Bo to twój człowiek? – Facet miał ochotę zabić Lucy, lecz tylko ona mogła mu pomóc.
- To nie ma znaczenia. – Zielona zachowywała nieziemski spokój.
- Więc o co chodzi?
- Ja zabijam. – Wstała i zaczęła odchodzić. – Sam go szukaj, tylko radze się spieszyć.
- Czekaj.- Mężczyzna chwycił gangsterkę za ramię. – Mam willę, znajomości. Pomożemy sobie wzajemnie.
- Skoro masz znajomości. – Zrzuciła jego rękę. – To niech one ci pomogą go znaleźć.
Latarnik patrzył jak dziewczyna odchodzi. Zrezygnowany krzyknął za nią:
- Nie chcesz mieć czystego konta?!
Lucy zatrzymała się na chwile, lecz nie odwracała wzroku w stronę rozmówcy.
Żądny zemsty mężczyzna widząc, że chyba ją przekonuje kontynuował:
- Oddam ci moja willę, załatwię czyste konto. Tylko wystaw mi go, tylko ty wiesz gdzie jest.
- Czyste konto? – Zaśmiała się pod nosem.
- Całkowicie czyste.
- Wrócisz życie ludziom, których zabiłam?
Zapadła cisza. Zielona przerwała ją następnymi słowami:
- No właśnie… Więc czemu mówisz o czystym koncie.?
- Sama tego chciałaś. – Latarnik wyciągnął z płaszcza pistolet.
Po ciemnych dokach rozeszło się echo strzału. Śpiące w magazynach ptaki uciekły spłoszone.
Zielona stała z wyciągniętą bronią. Z rozgrzanej lufy pistoletu unosił się ledwie widzialny dym. Obok dziewczyny leżało ciało Latarnika zalane krwią. Kula przeszyła mu czaszkę na środku czoła. Dziewczyna przykucnęła nad zwłokami, odwinęła płaszcz nieboszczyka i wsunęła mu zdjęcie w wewnętrzną kieszeń. Użyła jego telefonu, aby zadzwonić na pogotowie.
Gdy z aparatu telefonicznego dobiegł głos Zielona rzekła:
- Przyślijcie jakiś karawan do opuszczonych doków.
Kobieta z pogotowia zapytała:
- Jest pani pewna zgonu?
- Ciężko przeżyć strzał w głowę z dwóch metrów. – Zielona się rozłączyła, dopiła piwo i zniknęła w mroku między dokami.

Minęło kilka dni od zdarzeń dziejących się w porcie. Policja została wezwana do jednego z mieszkań w dzielnicy handlowej. Trzydziestopiętrowy wieżowiec stał się miejscem brutalnego morderstwa. W jednym z mieszkań znaleziono nagiego mężczyznę. Miał przestrzeloną głowę i wycięty napis na piersi „ zwolniony za szwindel”.
Sierżant policji kryminalnej dostał do ręki teczkę z dokumentami. Zamordowanym człowiekiem okazał się Tom Raysly znany jako Blizna. Nie wiadomo było o nim nic więcej. Policję dziwił fakt, że po zniszczonym mieszkaniu rozrzucone były krucze pióra.
Sam inspektor generalny przyjechał na miejsce. Podniósł jedno z piór i popatrzył na nie. Po kręgosłupie pobiegł mu lodowaty dreszcz. Rzekł nagle i stanowczo:
- Koniec sprawy.
- Jak to? – Oburzył się sierżant.
- Powiedziałem koniec, to koniec.
- Ale dlaczego? – Młodszy stopniem policjant nie dawał za wygraną.
- Wiesz kim są Szepczące Kruki młokosie?
- Nie.
- Dłużej pożyjesz.

Policja opuściła miejsce zbrodni. Sprawę uznano za ukończoną. Nikt tak naprawdę nie wiedział wiele o Szepczących Krukach. Największa organizacja, najniebezpieczniejsza. Nawet, gdy wychodzili z cienia, on cały czas przykrywał im twarze. Jeśli ktoś chciał ujrzeć oblicze Kruka albo był głupcem, albo żądał sprawiedliwości znanej pod nazwą „życie za życie”.



Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0















"|

Please publish modules in offcanvas position.

Free Joomla! template by Age Themes