Sprawiedliwość przyjdzie zza grobu / Agnieszka Chmielowiec

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS: Nr 06, LIPIEC 2017 r.


Krzyki reklam telewizyjnych wypełniły cały parter. Amelia kursowała od kuchni do salonu, by być na bieżąco z informacjami ze świata. Gdzieś między proszkiem do prania a najnowszą kolekcją ubrań pojawiły się wiadomości. Najczęściej wypowiadanym słowem było „morderstwo”. Kolejne w tym miesiącu.

- Wróciłem! – dobiegł ją głos męża.

- Wytłumacz mi, bo przestaję rozumieć. Powtarzasz od dłuższego czasu, że walczycie, szukacie, dajecie radę, jesteście coraz bliżej, a ten zwyrodnialec bawi się w najlepsze!

- Spokojnie. – Położył dłoń na jej dłoni, zapobiegając zdekompletowaniu zastawy stołowej. Wyraźnie malujące się w oczach kobiety rozczarowanie świadczyło o tym, że ów talerz za kilka minut może wylądować na jego głowie, w najlepszym przypadku na podłodze.

- Ian, to nieludzkie…

- Wiem skarbie.

- To nie może być człowiek! To bestia!

***

Niesamowite uczucie – obudzenie się po tylu latach. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, gdzie się znajduję. Moje pięści atakowały płytę grobowca, na próżno. Dopiero po jakiejś chwili właściwy sposób opuszczenia bezpiecznego lokum rozjaśnił mroki ospałego rozumu. Przeciągnąłem stare kości. Kaszlnąłem. Obłok kurzu uniósł się ku pokrytemu pajęczynami sklepieniu. Mauzoleum może i nie było największe, lecz architekci wspaniałymi rozwiązaniami dostosowali je do potrzeb jednej osoby. Mojej osoby. Szczelnie zamknięte kufry z ubraniami, narzędziami oraz księgami czekały na otwarcie.

Bogate zdobienia przypominały mi o istotnych osiągnięciach rodu, z którego się wywodziłem. Niedługo przed zapadnięciem w sen poleciłem, ażeby uwiecznić wszystkie genialne inicjatywy na ścianach miejsca spoczynku ostatniego w drzewie genealogicznym.

Właśnie… Ostatniego…

W czasach mi współczesnych nie mogłem doczekać się potomka, dlatego postanowiłem przeczekać i trafić na lepszy moment. Który to mamy rok?

Spojrzałem na zaryglowane drzwi, przełknąłem głośno ślinę.

No to do dzieła.

***

- Co dzisiaj mamy? – Ian podniósł policyjną taśmę, wkraczając na miejsce zbrodni.

- Standardzik, nic nowego. Dziura na szyi, tak na szerokość pięści. Facet nie ma w sobie ani grama krwi. Ewentualnie jakieś marne resztki. – Technik otworzył czarny pokrowiec. To, co w nim spoczywało, nie przypominało żywej, humanoidalnej istoty.

Policjant odwrócił się z obrzydzeniem.

- Żona mnie zakatuje – wymruczał pod nosem.

W biurze wrzało. Wszyscy próbowali zebrać dowody w logiczną całość i znaleźć między nimi sensowne połączenia. Tablice zapełniono kartkami, zdjęciami; na biurkach piętrzyły się akta spraw, morderstw nawet sprzed kilku lat. Mężczyzna nie widział podobieństw – według niego obecnie działał ktoś całkowicie nowy.

- Rzekłbym, ze jest świeży w tej branży – skomentował do przełożonego.

- To niczego nie zmienia. Chcę go mieć żywego! Tacy wariaci mają nieźle poprzestawiane w główkach! – Szef wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Był konkretny w wydawaniu poleceń.

- Ty, ładnie się staremu poprzestawiało… - Alex, który sączył trzecią z rzędu kawę, postukał się znacząco w czoło. – Bawić w psychologa mu się zachciało! Co ja gadam? W psychiatrę!

- Cicho, bo jeszcze usłyszy…

- A niech słyszy! Zamknie go w pudle, ale u nas, wiesz, do czasu procesu. I poćwiczy sobie! A tak sobie poćwiczy, że ten idiota, ten zwyrol do procesu nie dotrzyma. Wspomnisz moje słowa!

***

Wieki temu otrzymałem w prezencie medalion. Nieśmiertelność, którą zapewnił mi mój mistrz, była cechą dość specyficzną, bowiem istniała masa możliwości, ażeby ją ostatecznie przekreślić. Chociażby Słońce… Chociażby srebro, krzyże, wody święcone oraz inne cuda, których wymyślaniem trudnili się słudzy jedynego boga. Pięknie wykonany podarunek, spoczywający na mej piersi, pozwalał mi na bezpieczne przebywanie poza murami w trakcie dnia oraz chronił mnie przez natychmiastowymi efektami sakralnych artefaktów. Jego szczególnych właściwości nie zmieniły nawet wieki letargu w krypcie.

Świat uległ poważnym przemianom. Rezydencja rodu de Vries została przekształcona w jakiś obiekt użytku wspólnego. Tabliczka, wisząca przy wejściu, głosiła, że znajduje się tu muzeum szanowanej rodziny. Pod spodem dodano, iż najsłynniejszym jej członkiem był niejaki hrabia Sintian Constantin, mądry i sprawiedliwy władca.

Tak, to ja.

Być może pycha zżera mój umysł, lecz muszę to podkreślić - już za moich czasów dorobiłem się takiego przydomka. Okoliczna ludność zjeżdżała się raz w miesiącu, płaciła daniny, nie skąpiła prezentów, a wszystko po to, by ukochanemu panu niczego nie brakowało. Po tych czasach zostało jedynie mgliste wspomnienie.

Gęsta winorośl porosła mauzoleum, co, prawdopodobnie, uchroniło moje ciało przed odkryciem. Dostrzegłem grupkę ludzi pod główną bramą. Poprawiłem odzienie i ruszyłem w ich kierunku.

- Przed państwem przepiękny widok na rewelacyjnie zachowaną budowlę oraz jej bogate ogrody. Dbamy o ich zgodność z przeszłością; znajdują się tu te rośliny, które zostały wymienione w szczegółowych kronikach sprzed kilku wieków.

- Witajcie podwładni! – powitałem zgromadzonych.

- O, a specjalnie dla państwa zadbaliśmy o rekonstruktorów. Ten pan odtwarza legendarną postać hrabiego Sintiana Constantina de Vries. Proszę tylko spojrzeć na ubiór! Możemy zapewnić państwa, że nigdzie indziej nie dbają o wiarygodność tak, jak u nas.

Nie rozumiałem jej. Dlaczego wypowiadała się o mnie w ten sposób? Ja… odtwarzam? Jestem… rekonstruktorem? Cóż te słowa mogły oznaczać?

- Zapraszam dalej. Umiłowany przez chłopów hrabia Sintian nam potowarzyszy, czyż nie? – Łypnęła na mnie z nadzieją w oczach.

- Ależ oczywiście, oczywiście! – W to jej graj!

***

- Piętnasty w tym tygodniu…

Ian rzucił stertę raportów na blat biurka. Siedzący obok Alex, niezmiennie z kubkiem aromatycznej kawy w dłoni, zerknął z zaciekawieniem na kolegę.

- Nie zauważyłeś czego? – spytał.

- Niby czego?

- No pomyśl.

- Że stary w nas całkiem zwątpił? – Mężczyzna wzruszył ramionami .

- Idioto! Czytasz te raporty i czytasz, a nie zwróciłeś uwagi na to, że wszystkie ofiary łączy kryminalistyczna przeszłość? – Słowa Alexa odbiły się echem po całym biurzem.

- Bingo, panowie! – Szef pojawił się jakby spod ziemi, co wywołało jednocześnie ekscytację i zamieszanie. – Tego m brakowało!

Przełożony stanął na środku pomieszczenia, przyjął majestatyczną pozę, po czym zwrócił się pełnym powagi głosem do zgromadzonych pracowników:

- Moi drodzy! Otóż… Mamy Zbawiciela.

***

Jaki ten świat paskudny… Nie mogłem się nadziwić, iż człowiek jest w stanie tyle okrucieństw wymyślić i wcielić w życie. Szybko dowiedziałem się, czym są w obecnych czasach gwałty, porwania, narkotyki, przemyty – wymieniałbym godzinami. Równie szybko pojąłem, że nie mogę tak tego zostawić. Jako osoba o szczególnych zdolnościach, niespotykanym darze i cudem wybudzona (wspominałem, że prawdopodobieństwo obudzenia się po tylu latach snu było niemożliwie niskie?) – zostałem poniekąd wybrańcem.

Co dziwniejsze, nie tak trudno dowiedzieć się, kto za czym stoi. Konkurencja na rynku to stały element szarej, szemranej strefy. Jedni bardzo chętnie donosili na drugich, żeby tylko zyskać większy teren wpływów. Nikt nie przypuszczał, iż kiedyś przyjdę po pozostałych.

Sposoby eliminacji wybierałem różne, jednakże najczęściej kończyło się na dość sporej dziurze w szyi. Medalion ukrywał cechy charakterystyczne dla kreatur mi podobnych, dlatego nie wywoływałem sobą niepotrzebnego zamieszania. Na szczęście mój amulet tworzył coś na kształt iluzji; „pod spodem” wciąż istniałem prawdziwy ja, toteż w każdej chwili miałem możliwość skorzystania z chociażby zębów. Piłem, piłem, piłem… Dostarczałem organizmowi życiodajnego płynu, by móc jakoś dotrwać do następnego dnia. Musiałem zaspokoić kilkusetletnie pragnienie. Wysuszone zwłoki porzucałem. Nie posiadałem czegoś takiego jak odciski palców, co podobno w tym świecie pomaga organom porządku publicznego w zlokalizowaniu przestępcy, więc czułem się zupełnie, ale to zupełnie bezkarny.

Do czasu.

***

- Panowie, chyba go mamy – szepnął zaaferowany Alex. Hektolitry kawy zaczynały działać. – Od tygodnia wypatroszył handlarzy narkotyków z tej oto dzielnicy.

Wskazany przez niego sektor wydawał się być „oczyszczony” przez mordercę, lecz było to tylko wrażenie na pierwszy rzut oka. Po dokładnym przeanalizowaniu terenu przez współpracujących z policją agentów wyszło na jaw, że istnieje jeszcze jeden „baron” i to on miał stać się kolejną ofiarą.

- Do akcji! Stawiam piwo, jeśli się mylę!

***

Dużo mi nie zostało. Gdy tylko skończy mi się lokalna lista, przenoszę się do innego miasta. Wykonałem główną i zarazem najgorszą robotę, zatem pora na nowe środowisko. Tutaj chyba znają mnie zbyt dobrze.

Zapadał zmrok. Zaczaiłem się blisko niepozornie wyglądającego, parterowego domku.

***

- Widzisz go?

- Cicho, chyba go nie ma.

- A jak jest?

- No stul się! Próbuje się skupić!

- To nie drzyj się tak i myśl!

- Jest! To chyba on!

- Ruszamy!

***

- Proszę o ciszę, proszę o ciszę! Nim rozpocznie się sprawa przeciwko oskarżonemu o wielokrotne morderstwa… - sędzia pochylił się nad kartką, by doczytać nazwisko – hrabiemu Sintianowi Constantinowi de Vries, musi zostać wyjaśniona jedna kwestia. Otóż, oskarżony podał takie a nie inne dane, jednakże według naszych ustaleń rzeczony hrabia Sintian Constantin de Vries od wielu wieków spoczywa w krypcie rodowej, na terenie rezydencji, dlatego oskarżony proszony jest o podanie właściwych danych. To nie są żarty.

- Nie są… - szepnąłem z uśmiechem na ustach.

Krzyki przerażenia wypełniły salę. Gardłowy jęk przeciął je niczym chłodne, srebrne ostrze serca moich przodków. Po szyi sędziego spłynęły strużki jeszcze ciepłej krwi.

Gra toczy się dalej.




Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0


Agnieszka Chmielowiec

Podróżnik, pozytywny kombinator, mól książkowy.  Pisze, maluje, podróżuje... Członek redakcji EYIA oraz miesięcznika Mutuus.  ZOBACZ WIĘCEJ

 

 

 
 

Please publish modules in offcanvas position.

Free Joomla! template by Age Themes