Mój Pan / Paweł Kuziemski


Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS
Nr 06, LIPIEC 2017 r.


Umrę. Kiedy? Niedługo. Dokładnej daty nie znam, bo nikt nigdy nie nauczył mnie Waszych cyfr. Także niech biegną dalej spokojnie, a ja spróbuję wytłumaczyć Wam, kim jestem i dlaczego chcę z Wami porozmawiać.

Kim jestem? Jestem humanoidalną pokraką, dziwadłem w ludzkim kształcie. Nie mam imienia. Mój pan o to nie zadbał. Tak jak nie zadbał o to, bym miał w sobie jakieś wyższe uczucia, bądź jakąkolwiek wrażliwość. Właściwie to nie zadbał o nic. Po prostu mnie stworzył. Nigdy nie wytłumaczył mi dlaczego. Ale za to od początku rządził mym życiem. Przerzucał z kąta w kąt jak starą zabawkę. Wysyłał mnie w przeróżne miejsca tylko po to, by chwilę później odwołać swoje polecenie i ponownie pozwolić mi tkwić w bezruchu. W bezżyciu. W nieokreślonym świecie pustki, którego się bałem i właśnie dlatego nienawidziłem.

Dlaczego wam się zwierzam? Bo umieram. Tak, właśnie teraz. Widzę, fizycznie widzę przed sobą zegar, który odlicza kolejne cyfry. To się nazywa tutaj „czas pozostały do usunięcia
z systemu”. Przepraszam, to nie na temat. Wracając, chcę się usprawiedliwić, wytłumaczyć Wam swoją obecność. Może nawet nadać jej jakiś sens.

Zacznijmy jednak od początku. Nie znam daty mojego powstania, pamiętam za to dokładnie jego przebieg, choć nie wyróżniał się on przecież niczym od początków innych istot. Pewnego dnia Mój Pan usiadł przed komputerem, otworzył jakiś program do pisania i tak powstałem. Od tego momentu, zza szyby monitora mogłem swobodnie obserwować mojego Stwórcę.

Był to niewysoki człowieczek w młodym wieku. Nastolatek. Wyraźnie widziałem jego twarz, niebrzydką zresztą. Brązowe, krótko przystrzyżone włosy. Zadarty nos. I oczy. Przenikliwe, choć nigdy mnie nie zauważył. Bystre, mimo że nigdy mnie nie dostrzegł.

Równie wyraźnie widziałem jego pokój. Nieszczególny.

Ale najlepszy widok miałem na leżący na biurku egzemplarz fantastyki, wiecznie otwarty na stronie o nagłówku „UWAGA KONKURS”. Dalej nakazywano stworzyć opowiadanie fantastyczne do dwudziestu stron zwykłych. Temat nieokreślony. Mój Pan zwykł długo wpatrywać się w ową stronę, zanim zaczynał pisać.

Nie nadał mi imienia, aby (słyszałam jak Mój Pan tak mówił) podkreślić uniwersalizm tej historii. Dano mi w zamian rodzinę i dom, to miłe miejsce, gdzie zawsze mogłem się wówczas schronić, nawet jeśli była to zwykła, szara i biedna wieś, bo miałem wszak być prostym chłopem, który pewnego dnia dowiaduje się, że nie jest chłopem zwyczajnym, a super-chłopem i że to właśnie mnie powierzono misję uratowania świata. Udało mi się nawet wyruszyć i dotrzeć do Rozpadliny Zagłady. I kiedy już miałem zacząć jej zdobywanie, kiedy już miałem zacząć jej szumne przekraczanie, została ona bezpardonowo zlikwidowana. W jej miejscu pojawił się Szczyt Śmierci, a po jego likwidacji powstała tam Bezimienna Rzeka Lawy.

Nigdy nie przekroczyłem tej rzeki. Mój Pan mi nie pozwolił. Nie dopisał zakończenia. Przez szybę monitora zobaczyłem wszystko. Pewnego dnia Mego Pana odwiedził inny człowiek. Mój Pan pokazał mu mnie i moje przygody. Do dziś w moich uszach brzmi śmiech Innego. Śmiał się świdrująco i boleśnie. Śmiał się z naiwności fabuły. Śmiał się z niedopracowania i bezsensu mego świata. Z jego dziecinności i niedojrzałości. I ze mnie – nieokreślonego wybryku młodzieńczej fantazji.

Mój Pan rozpłakał się tuż po wyjściu Innego. Leżał na podłodze wyjąc i narzekając na swą głupotę. Na to, że nie umie tworzyć. Że jego pomysły są, były i będą nic niewartymi bzdurami. Patrzyłem i wtedy na mojego stwórcę. Bardzo chciałem mu chociażby współczuć. Ale nikt nigdy mnie tego nie nauczył. Stałem więc cicho i udawałem, że mnie nie ma.

Nagle Mój Pan wstał i zasiadł do pisania. Bezładnym, wściekłym ruchem usunął cel mojej dotychczasowej egzystencji. W jednej chwili skończyła się i lawa, i artefakty, i chłopska wioska
z całym swym dobrodziejstwem zacisznego schronienia.

Potem zaczął pisać od nowa. Z prostego chłopa stałem się magiem-arystokratą, który wyruszył ze swojego zamku, aby odnaleźć swoją ukochaną, a porwaną wcześniej przez złego maga-nie-arystokratę. A więc miłość. Stan, do tej pory mi nieznany. Byłem wówczas gotów na to, by poświęcić życie, cześć i honor, byleby tylko uratować swą ukochaną. Tak, mimo że nie wiedziałem, jak miałaby ona wyglądać i jak miałaby się nazywać, to kochałem ją miłością czystą i szczerą.

Przez następne dni rysował się szkic mych przygód. Słyszałem z rozmów prowadzonych przed ekranem (bo Pan Mój odżył już, i ponownie zwykł się szeroko chwalić, że tworzy), iż czeka mnie podróż wiodąca przez Leże Karakchanów i niedoprecyzowany Rów, tudzież Parów Niedoli. Potem zaś miała mnie czekać trudna a krwawa walka z owym złym magiem-nie-arystokratą, a po niej wielki acz nieokreślony finał.

Kochałem. Ja naprawdę wtedy kochałem. Ja wiem, że to naiwne, że to nudne powtarzanie się, ale niewiele osób dostąpiło tego zaszczytu, więc pozwólcie mi to odpowiednio podkreślić. Nawet jeżeli teraz już nie kocham. Mój Pan bowiem pewnego dnia uznał, że nie zasługuję na taki dar. Że go nie udźwignę, bo on sam wszak nie ma doświadczenia w miłości. I ponownie, w jednej chwili, nim wkroczyłem w Leże, nim moja stopa przekroczyła Rów Niedoli, nie było już mej ukochanej, a po moim uczuciu pozostało tylko mgliste i niewyraźnie wspomnienie.

Potem odstawiono mnie w bezżycie na bardzo długi czas. Godziny, dni, miesiące, lata być może – wszystko to zlewało się w jedną pustą i gorzką całość. Ja sam próbowałem, oczywiście, ów stan rzeczy zmienić wielokrotnie, ale w jakąkolwiek nie poszedłbym stronę, czegokolwiek bym nie spróbował, to ciągle tkwiłem w tej samej bezwzględnej pustce.

I w końcu moje marzenia się spełniły. Mój Pan mnie odnalazł. Zasiadł do pracy i szybko zaczął dopisywać kolejne słowa. Zmienił mnie z arystokraty w płatnego zabójcę, którego tajna sekta wysyła w celu zabicia Niewiadomego. Wyposażył mnie w miecz, łuk i strzały. Kazał iść przez pustynie, wędrować poprzez mroczne puszczę, abym po wielu dniach trudnej tułaczki stanął oko
w oko z najpodlejszym z wrogów naszego zakonu.

Właśnie podnosiłem swój miecz w górę, właśnie zadawałem pierwszy cios, kiedy do pokoju Mego Pana wszedł jakiś dorosły człowiek.

- Synu – zaczął, zamknąwszy za sobą drzwi – wiesz, że z twoją matką chcemy dla ciebie jak najlepiej. Chcemy abyś wyszedł na ludzi. Dlatego nie możesz poświęcać czasu na pisanie bezsensownych bzdur.

- Ale tato, to nie są żadne bzdury!

-Być może nie są, ale i tak nie możesz się im aż tak poświęcać. Ostatnimi czasy poświęciłeś pisaniu zdecydowanie zbyt dużo czasu. Zacząłeś się przez to opuszczać w nauce. A edukacja to wszak klucz do szczęśliwego życia.

- Tato, to już nie ten etap, że się oceny liczą. Teraz tylko matura. A ja przecież naprawdę lubię pisać.

- Dosyć tego! Nie będziesz ze mną dyskutować! Gówniarz jeden! Masz w tej chwili usunąć te idiotyzmy z twojego komputera!

Wyszedł z pokoju. Trzasnął drzwiami. Mój pan został sam. Nie ruszał się. Siedział cicho powtarzając „nie, ja nie mogę, nie to”. Potem łkał spokojnie, jak dziecko. A ja nie mogłem mu nawet współczuć. W końcu zebrał się w sobie, wstał i sztywnym krokiem podszedł do komputera. Przez chwilę jakby mierzył mnie wzrokiem. Czyżby dostrzegł mnie wtedy? Czy pomyślał o mnie chociaż przez chwilę? Nie wiem. Mój Pan naprowadził kursor myszy na słówko „usuń”, które pojawiło się nagle przy moim imieniu.

Klik.



Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0


Paweł Kuziemski

 Tegoroczny (2017) maturzysta z Gdyni.  Z zamiłowania - pisarz, aktor, bilardzista, szachista i pokerzysta.  ZOBACZ WIĘCEJ

 

 

 
 

Menu nr- 15

Free Joomla! template by Age Themes