TEKSTY PROZY  LITERACKIEJ PUBLIKOWANE W NASZYM MIESIĘCZNIKU od marca 2017 r.



Aury osobowości / Karina Zimniak

                                              


Print Friendly, PDF & Email  

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS
Nr 07, SIERPIEŃ 2017 r.




autor: Kamila ZimniakPewnego ponurego poranka leżałam zwinięta w kłębek na łóżku. Krople deszczu miarowo stukały w szyby. Czarne myśli cisnęły mi się do głowy i nic nie mogłam na to poradzić. Przyczyną mojego przygnębienia była scena, która rozegrała się parę minut temu.

Zeszłam do kuchni po szklankę wody i zobaczyłam mamę siedzącą przy stole z poważną miną.

– Musimy pogadać – oznajmiła. To nie wróżyło nic dobrego. Kiwnęłam głową i zajęłam miejsce naprzeciwko niej.

– Postanowiliśmy z tatą, że pojedziesz na obóz. Brakuje ci towarzystwa i całymi dniami przesiadujesz na tym starym orzechu w ogrodzie. Są wakacje. Poznaj nowych ludzi, zabaw się trochę. Bądź sobą.

Siedziałam jak zahipnotyzowana. Teraz mama przesadziła. Ona chyba naprawdę wcale mnie nie zna. Czy ja kiedyś narzekałam na brak towarzystwa? Nie mam przyjaciół i dobrze mi z tym. Nie muszę się z nikim dzielić myślami. Do pełni szczęścia wystarczy mi ulubione drzewo, dobra książka i słoneczny dzień. Ale do mamy nic nie docierało. Siedziała sobie z najspokojniejszą na świecie miną i czekała aż się zgodzę.

– Nigdzie nie jadę – powiedziałam stanowczym tonem.

– Już cię zapisaliśmy i wpłaciliśmy zaliczkę – moja rodzicielka wyraźnie była przygotowana na taką odpowiedź.

– Nie możecie mnie zmusić.

– Jesteśmy twoimi rodzicami i mamy takie prawo. Posłuchaj…

Dalszej części się nie dowiedziałam. Pobiegłam na górę i trzasnęłam drzwiami. Dziwne, w jak krótkim czasie nastrój może zmienić się o 180 stopni. Jedno było pewne: nie zamierzałam jechać na żaden głupi obóz. Trzeba było szybko coś wymyślić. I nagle w głowie zapaliła mi się lampka. Wyciągnęłam wyszywaną koralikami portmonetkę i policzyłam pieniądze. Powinno wystarczyć…

Zeszłam na dół ze spakowanym plecakiem.

– Wrócę za kilka dni – powiedziałam do mamy stanowczym tonem. A potem nie odwracając się, wybiegłam z domu. Z daleka słychać było jeszcze wściekłe nawoływania, ale nie zwracałam na nie uwagi. Zwolniłam trochę kroku i zerknęłam na zegarek. Do odjazdu pociągu zostało 15 minut.

Zdążyłam w ostatniej chwili. Szybko wsiadłam i weszłam do pierwszego lepszego przedziału. Zajmowała go pulchna czteroosobowa rodzina. Niska jasnowłosa kobieta usiłowała zapanować nad dwójką dzieci wyglądających jak pączki, a znudzony brodaty mężczyzna w obszernej kurtce siedział w kącie, czytając gazetę. Jego twarz wyrażała zirytowanie. Bąknęłam coś o wolnym miejscu, a słysząc aprobatę, wcisnęłam się między okno a wielką walizkę. Zapowiadała się długa podróż…

Patrzyłam ponuro na wodę lejącą się z nieba i rozmazującą świat jak makijaż po płaczu. Przebywałam w tym pociągu od dwóch godzin, a zdawało mi się, że minęły całe wieki. Na szczęście na horyzoncie jak przez mgłę majaczyły już pierwsze wzniesienia. Problem tkwił w tym, że nie wiedziałam, ile jeszcze wytrzymam panujący w przedziale harmider. Wnętrze wyglądało jak po przejściu huraganu, a hałas był nie do zniesienia. Nigdy nie lubiłam małych dzieci, ale w tamtej chwili miałam ochotę je wszystkie ukatrupić. Postanowiłam włączyć komórkę, chociaż wiedziałam, co mnie czeka. 200 nieodebranych połączeń i ze 100 wiadomości. Westchnęłam i zabrałam się do czytania. Z pierwszych 50 wiało prawdziwą rozpaczą. Później pojawiły się groźby typu szlaban do śmierci, a na samym końcu mama chyba uznała, że i tak nic nie wskóra. Napisała więc, że mnie kocha i mam na siebie uważać. Wtedy pojawiło się coś jak poczucie winy, ale zignorowałam je. Na razie ograniczyłam się do napisania jednego słowa „Żyję”. Zadowolona schowałam telefon z powrotem do plecaka. I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Ustał chaos i w wagonie zrobiło się strasznie cicho. Cała rodzinka wpatrywała się we mnie ze zdumieniem. A ja spostrzegłam, że widzę wszystko jak przez mgłę. Dziwne było też to, że cały świat nabrał nagle czerwonawej barwy. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Szybko wyciągnęłam małe lusterko i ledwo powstrzymałam się od krzyku, bo wokół mojej głowy widniała ognista poświata. Starałam się oddychać głęboko. To tylko złudzenie. Jeszcze raz spojrzałam na swoje odbicie i z ulgą stwierdziłam, że mglista aureola zniknęła. Wyjrzałam przez okno. Pociąg zaczął zwalniać, aż w końcu zatrzymał się. Natychmiast wyszłam z wagonu i uwolniłam się od podejrzliwych spojrzeń reszty pasażerów. Odetchnęłam świeżym górskim powietrzem i przymknęłam oczy. Nagle całe to zdarzenie wydało mi się nierzeczywiste i uznałam, że to na pewno skutek nerwów oraz irytacji.

Postanowiłam, że pierwszym punktem mojej wyprawy będzie wizyta w miasteczku. Nie miałam już prawie nic do jedzenia, a poza tym lubiłam spacerować między stoiskami z wełnianymi skarpetami i czapkami. Po drodze mijałam wysokie barwne domy ze spiczastymi dachami. Moim wielkim marzeniem było kiedyś zamieszkać w jednym z nich.

Do Zakopanego na wakacje przyjechały całe tłumy turystów. W centrum znajdowało się więcej ludzi niż na warszawskim stadionie podczas meczu. Już miałam zacząć torować sobie drogę, gdy poczułam znajomy zapach. Odwróciłam się i ujrzałam budkę z oscypkami. Niczego lepszego nie mogłam sobie wyobrazić. Był to mój ulubiony przysmak z dzieciństwa. Wtedy jeździłam w góry dwa razy w roku i zawsze zachwycałam się, jakbym nigdy wcześniej tam nie była. Ruszyłam żwawym krokiem w stronę stoiska, gdy nagle zauważyłam, że ktoś natarczywie mi się przygląda. Spojrzałam w lewo. Na chodniku stała mała rudowłosa dziewczynka w niebieskiej sukience i nie odrywała ode mnie wzroku. Przypomniałam sobie sytuację z pociągu i szybko sięgnęłam po lusterko. Tym razem wokół mojej głowy fruwała różowa chmura. Nie wiedziałam, co robić. Nikt poza tą małą nie zauważył chyba mojego problemu, ale była to tylko kwestia czasu. Zaczęłam biec i potknęłam się o kamień leżący na drodze. No tak, teraz na pewno uda mi się nie zwracać na siebie uwagi. Zdenerwowana wstałam i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie są we mnie utkwione żadne ciekawskie spojrzenia. Zobaczyłam swoje odbicie w kałuży. Dziwnej mgiełki już nie było. Pewnie całe to zajście miałoby dla mnie większe znaczenie, gdyby nie fakt, że byłam straszliwie głodna. Na szczęście przy budce z oscypkami nie czekały tłumy, lecz zaledwie garstka ludzi. Kiedy wreszcie zatopiłam zęby w gorącym słonym serze, wszystko inne przestało się liczyć. Zapełniwszy żołądek, zaczęłam uważniej przypatrywać się różnym scenom rozgrywanym na ulicy. Dziewczyna o mocnym makijażu i czerwono-czarnych włosach kombinowała, jak odwrócić uwagę sprzedawcy kolorowych bransoletek. Bezpański pies chodził w tę i z powrotem, czekając, aż ktoś zwróci na niego uwagę. Pewnemu panu w okularach z grubymi oprawkami rozsypały się pieniądze. Mnóstwo drobnych monet wirowało na ziemi, a ludzie zbierali je i szybko odchodzili. Nikomu nie przyszło do głowy, by pomóc biednemu człowiekowi. Podniosłam kilka złotych i oddałam je właścicielowi. Natychmiast się rozpromienił.

– Bardzo ci dziękuję – usłyszałam.

– Nie zrobiłam nic wielkiego – wzruszyłam ramionami nieco zawstydzona.

– Przeciwnie. Jako jedyna na tej ulicy okazałaś mi życzliwość.

Mężczyzna odszedł, a ja ruszyłam w stronę trasy na Kasprowy Wierch. Wspinaczkę na górski szczyt uznałam za dobre zakończenie dnia. Po drodze czekał mnie jednak jeszcze jeden ciekawy przystanek. Na samym końcu, jakby w osamotnieniu ujrzałam coś, co przypominało sklep ze starociami, a w rzeczywistości było stoiskiem pełnym przeróżnych przedmiotów. Sprzedawczyni wyglądała na 100 lat i miała na sobie kilka pokrytych wzorami chust, które łączyły się w przedziwną kreację. Zaczęłam oglądać z zainteresowaniem wystawę amuletów. Moją uwagę przyciągnął oryginalny wisiorek zawieszony na długim czarnym sznurku. Przedstawiał on niewielkiego srebrnego smoka i miał w sobie coś wyjątkowego.

– Dobry wybór. Ale musisz wiedzieć, że to nie jest zwykły medalion. Aby zrozumieć jego sens, potrzebne ci będzie przesłanie – powiedziała dziwna kobieta, po czym wyciągnęła z kartonowego pudła cienką książkę w czarnej okładce. Widniał na niej napis „Barwy duszy”. Podziękowałam i zapłaciłam za obie rzeczy. Następnie oddaliłam się najszybciej, jak mogłam.

Mijałam łąki zabarwione kwiatkami, porośnięte zieloną trawą pastwiska i pola wypełnione złotymi łanami pszenicy. Myślałam o zachowaniu ludzi w miasteczku i o swojej własnej reakcji. Czy naprawdę byłam gorsza od nastoletniej złodziejki, która dzięki tapecie na twarzy wyglądała jak dorosła kobieta? W  głowie dźwięczały mi słowa okularnika i nie opuszczał mnie obraz ludzi kradnących jego pieniądze. Czy byli warci więcej, bo mieli przyjaciół podobnych sobie? Było mi wstyd za te wszystkie nieszczęśliwe osoby, których jedyny cel to ogromny majątek. Ja nigdy, nawet w wielkiej biedzie nie poniżyłabym się do takich czynów. Potem przyszła mi na myśl staruszka odziana w chusty. O co jej chodziło, gdy mówiła o przesłaniu zawartym w naszyjniku? Dotknęłam błyszczącego smoka ukrytego pod bluzką i poczułam dziwne mrowienie w palcach. Przez chwilę miałam wrażenie, że napływa do mnie jakaś niesamowita moc, ale to uczucie szybko minęło. Ciekawe ile niespodzianek mnie jeszcze czekało?

Na niebie zbierały się czarne chmury. Doszłam do ciemnego iglastego lasu i rozpoczęłam wspinaczkę. Z każdym krokiem robiło się bardziej stromo. Wiał porywisty wiatr i pierwsze ciężkie krople deszczu spadały na ziemię. Zarzuciłam kaptur i zapięłam kurtkę. Czekała mnie długa wędrówka.

Po godzinie przemokłam do suchej nitki, a szczytu nie było jeszcze widać. Miałam wszystkiego dość. W tym najgorszym momencie przypomniała mi się kłótnia z mamą. Jak ona mogła mi to zrobić? Przecież wiedziała, że zawieranie nowych znajomości to dla mnie prawdziwy horror. Coraz bardziej wzbierała we mnie wściekłość na cały świat. Nie mogłam przeboleć, że rodzice nawet nie spytali mnie o zdanie. Chciałam krzyczeć i wyrzucić z siebie całą złość pomieszaną z rozgoryczeniem, ale wiedziałam, że i tak nikt by mnie nie usłyszał. Nagle, pomiędzy strugami deszczu dostrzegłam dziwne złote przebłyski. Zboczyłam z głównej trasy i wąską ścieżką pomaszerowałam w stronę tajemniczych świetlnych znaków. Las trochę się przerzedził i na polance, która wtedy przypominała małe jeziorko, zobaczyłam niewielką drewnianą chatkę. Wiedziałam już, że spotka mnie coś niezwykłego. Poza tym bardzo chciałam się gdzieś osuszyć. Wzięłam głęboki oddech i weszłam do środka.

Chwilę później stałam na progu jak słup soli i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Znajdowałam się w izbie nie większej niż moja kuchnia, a całą wolną przestrzeń wypełniały latające kolorowe obłoki kształtem przypominające smoki. Każdy z nich miał niepowtarzalną barwę, nie było dwóch identycznych. Biło od nich niewyczerpaną energią niczym światłem od słońca. Drzwi zamknęły się za mną z cichym łoskotem. Pewnie nogi wrosłyby mi w ziemię i wypuściłabym pierwsze liście, gdyby nie stało się coś dziwnego. Mój plecak zaczął się ruszać. Wrzasnęłam i zrzuciłam go z pleców. Z przerażeniem obserwowałam, jak niewidzialna ręka odpięła zamek i w powietrze uniosła się… książka w czarnej okładce. Otworzyła się mniej więcej na środku. Zbliżyłam się i odczytałam słowa napisane ognistym piórem: „Smoki strzegą wielkich skarbów. Mogą być to zarówno dobra materialne jak i tajemnice ludzkiej duszy”. Rozejrzałam się wkoło i zdziwiłam się, że niektóre z mglistych duszków przypominają chmury, które pojawiały się nad moją głową w czasie jakiejś silnej emocji lub wspomnienia. Zaczęłam spacerować między obłokami i wybierać te, które najbardziej mi się podobały, a one krążyły wokół mnie. Wir barw, blasków i cieni robił się coraz większy. W końcu zatrzymałam się. Wybrałam już wszystkie potrzebne mi cechy. Poczułam, że powinnam dotknąć srebrnego medalionu. Wyciągnęłam go i po chwili znów napływała do mnie niezwykła moc. Tym razem nie przerwałam połączenia. Smoki wirowały w zawrotnym tempie, włosy rozwiewał mi wiatr. I nagle wszystko zniknęło.

Otworzyłam oczy. Ciepłe słoneczne promienie padały na moją twarz, a pachnąca jedwabista trawa łaskotała mnie w policzki. Przez chwilę nie myślałam o niczym, poza błogą radością, jaka mnie ogarnęła. Potem, jak niechciany gość nadszedł niepokój, a wraz z nim przypomnienie o wydarzeniach ubiegłego wieczoru. Poderwałam się na nogi. Znajdowałam się na wypełnionej światłem dnia polance. Wokół niej rósł gęsty ciemny las, a w oddali majaczyły zarysy gór. Przede mną stała drewniana chatka. Podbiegłam do niej i otworzyłam drzwi. W środku nie było żywej duszy. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Czy to możliwe, że wszystko mi się przyśniło? Powoli założyłam plecak i odeszłam w stronę głównej trasy.

Postanowiłam, że muszę wejść na szczyt. Tym razem byłam jednak pełna energii i wspinaczka wyglądała zupełnie inaczej. W tamtej chwili nie istniała dla mnie żadna trudność, jakiej nie mogłabym pokonać. Także ja sama czułam się dużo lepiej, wręcz promieniowała ze mnie radość i pewność siebie. Kroczyłam raźno drogą, na którą wysokie górskie sosny rzucały swoje długie cienie. Zbliżałam się do końca wędrówki, ale nadal nie wszystko było dla mnie jasne. Wtem, wpadł mi do głowy pewien pomysł. Skręciłam w boczną dróżkę prowadzącą do strumienia. Po jakimś czasie zobaczyłam źródło krystalicznej wody otoczone wielkimi głazami. Usadowiłam się na jednym z nich i nabrałam w ręce lodowatego płynu. Potem wyciągnęłam z plecaka tajemniczą książkę, zamknęłam oczy i otworzyłam ją. Pochłaniałam stronę po stronie i rozumiałam coraz więcej. Kiedy skończyłam, znałam już treść przesłania zawartego w wisiorku. Srebrny smok miał strzec skarbów mojej duszy, ale także pozwolić, by ujrzał je świat. Wczorajszego wieczoru odkryłam uroki szczęścia i zyskałam nową osobowość. Aury, które pojawiały się nad moją głową w trakcie bardzo silnych emocji, były oznaką przemiany i budzenia się z szarego snu. Widziałam wszystko w jaśniejszych kolorach i rozkwitłam jak najpiękniejszy kwiat.

Wbiegłam na szczyt paroma susami i wspięłam się na skałę oblaną słońcem. Obóz nie wydawał mi się już taki straszny. Pomyślałam, że życie ma największy sens, kiedy jest się po prostu prawdziwym sobą.

Menu nr- 15

Free Joomla! template by Age Themes