MOJMIRA: rozdział V / Dominika Danieluk

Print Friendly, PDF & Email 

Miesięcznik Społeczno-Kulturalny MUTUUS: Nr 15,  kwiecień 2018


 

 

Autorka; Dominika Danieluk

Mojmira

„Żądza wiedzy, wspólna wszystkim ludziom jest chorobą, której nie można uleczyć, ponieważ ciekawość wzrasta wraz z wiedzą.” - Kartezjusz


Rozdział V

Dzień??? Godzina???


- I co znalazłeś coś?  - krzyknął Hoodie z końca korytarza. 
                                          
Operator kazał swoim pomocnikom sprawdzić opuszczony szpital, po tym jak odstawił do domu dziewczynę.  Sam natomiast poszedł tropem bestii, która od kilku tygodni grasuje w tym lesie. Dziwne stworzenie zabiło już kilkoro ludzi z pobliskich miast albo zwykłych przejezdnych. Większość ciał udało się jakoś ukryć, nie wzbudzając podejrzeń wśród miejscowej ludności. Co najwyżej zostali uznani za zaginionych albo że po prostu się przeprowadzili. 
Lecz nie mogli cały czas tego ukrywać. Slenderman od dawna szukał tej istoty, lecz dobrze się maskowała. Ten potwór, którego ścigał musiał być doświadczony, skoro tak długo może się chować. 
- Oprócz ciała tej kobiety w zabiegowym to nic - westchnął ciężko Masky, kierując się w stronę brata. - Żadnych śladów potwora, nie licząc ran szarpanych na ciele - dodał szybko chłopak, zanim brat poprosił o jakieś szczegóły. 
Brain westchnął, idąc w stronę pokoju, gdzie znajdowały się zwłoki. 
- Lepiej się ich pozbądźmy - oznajmił Hoodie. Tim ruszył za bratem, chowając ręce do kieszeni. 
Masky szedł kilka kroków za bratem, wpatrując się w podłogę. 
Czuł się trochę winny tej sytuacji. Mieli tylko przestraszyć Mojmirę i nie zgubić jej. Prawie cały czas mieli ją na oku. Od początku nastolatka była w błędzie. Starali się trzymać blisko niej, ale w ukryciu. Od czasu do czasu mieli się jej pokazać i trochę pogonić. Bracia rozłożyli kartki w okolicy, tak, żeby dziewczyna je znalazła. Zastanawiali się tylko kiedy zakończyć grę. 
Uważali, że mieli wszystko pod kontrolą. Jednak gdy doszło do spotkania w starej leśniczówce, powoli przestawali być panami sytuacji. 
Nie spodziewali się reakcji Mojmiry ani tego jak naprawdę szybko biega. Kiedy podążali jej tropem, natrafili na jeszcze jeden. Ten sam, który miał doprowadzić ich do bestii, ale zawsze go gubili.  Wtedy ślad potwora biegł w tym samym kierunku, w którym udała się Mojmira. Nastolatka z przerażenia musiała nie zauważyć śladów krwi oraz tych wielkich śladów stóp z szponami. 
Wtedy dziwnym zbiegiem okoliczności pojawił się za nimi operator.
Gdzie jest dziewczyna? 

Rozwścieczony głos Operatora, rozbrzmiał w głowach Proxy. Chłopcy znieruchomieli, mimo, że już kilka lat pracowali z Slenderman'em to mieli wobec niego respekt. 

 - W szpitalu razem z nim - odrzekł Hoodie, odwracając się do Operatora, a w ślad za nim poszedł Masky. 
Slender stał przed nimi w całej swojej okazałości. W czarnym jak noc garniturze oraz krwistym krawacie, śnieżnobiała skóra oraz twarz. Bez wyrazu. Jakichkolwiek emocji.  Lecz On był zmartwiony. Nie mógł narazić życia niewinnej. Nawet On miał swoje zasady. 
 
Załatwię to.

Już dość namieszaliście. 

Oznajmił Slenderman znikając. Mężczyźni stały w milczeniu, przyglądając się miejscu, gdzie zaledwie parę chwil temu stał operator. Żaden z nich nie miał odwagi przemówić. Ich milczenie wyrażało wszystko. Czuli, że zawiedli. Pierwszy raz od dłuższego czasu popełnili tyle karygodnych błędów. 
Nie udało im się pozbyć zwłok mężczyzny i znalazła go policja. Pozwolili Moi dotrzeć do ich kryjówki. Dowiedziała się kim naprawdę są. Potem pozwolili jej i jej przyjaciółce uciec. A teraz jeszcze narazili ją na atak tamtej bestii, z która nie mogą sobie poradzić od kilku tygodni. 
Dlaczego to się stało? Czyżby zrobili się zbyt pewni siebie? A może chodzi o to miejsce? Miasteczko, gdzie się urodzili oraz wychowali. Gdzie stracili ojca, a matka zgotowała im piekło. Gdzie pewna mała dziewczynka zrobiła coś, dzięki czemu zaczęli się zmieniać, nawet jeśli trwało to kilka lat. 
Obaj dobrze pamiętają dzień, gdy pierwszy raz spotkali Mojmirę. Nastolatka pewnie już tego nie pamięta, ale oni tak.  

10 czerwca 2005r.

Park Ivy Hill

Do uszu zdezorientowanej dziewczynki dobiegły ptasie trele, śmiechy dzieci oraz pewien znajomy głos.
- Wszystko w porządku? - Dziewczynka odwróciła się i oślepiło ją światło słońca. Zobaczyła jedynie rozmazaną twarz chłopca.  
- Tamci chłopcy schowali moje buty - rzekła smutno dziewczynka, przytulając swojego pluszowego misia.
Chłopak spojrzał na dziewczynkę, nie bardzo pewien co ma jej powiedzieć. Dopiero teraz spostrzegł, że ona rzeczywiście nie ma butów. Wyprostował się i rozejrzał, poszukując wzrokiem rodziców tej dziewczynki. Lecz nie było ich w pobliżu. Nie widział nikogo kto zwróciłby mu uwagę. 
Wetchnął ciężko. Nie mógł jej tak zostawić, ale musiał też poszukać swojego brata. 
 - Jak się nazywasz? - zapytał chłopka, kucając przy dziewczynce. - Ja jestem Tim. 
 - Możesz mi mówić Me! - rzekła wesoło dziewczynka. 
 - Pomogę szukać twoich butów, a potem wrócisz do rodziców, dobra? - dziewczynka w odpowiedzi pokiwała głową. 
Tim wstał, wyciągając rękę w stronę dziewczynki. Me chwyciła go i razem poszli szukać jej bucików. 

Tim przeszukiwałam kilka krzaków niedaleko głównej ścieżki. W tym czasie Moja sprawdzała dziuplę przy jednym z drzew. Przeszukali już sporą cześć parku oraz cały plac zabaw, jednak nigdzie nie znaleźli butów dziewczynki oraz co dziwiło Tim'a rodziców małej. Myślał, że po drodze spotkają opiekunów Me, ale ich nie było. Będzie musiał odprowadzić dziewczynkę do domu, lecz najpierw znajdzie brata. 
Tim wyprostował się, rozglądając się dookoła. Sprawdzili już większość miejsc, gdzie małe dziecko mogło coś schować. 
Może powinienem szukać wyżej? pomyślał chłopak, przyglądając się gałęziom drzew. 
 - Me chodź, spraw... - zaczął Tim, ale spostrzegł, że nigdzie nie ma dziewczynki. - Gdzie ona poszła?!
Chłopak zaczął nerwowo rozglądać się za dziewczynką, chodząc przez park. 
Nie wierzę, że ją zgubiłem. Jak to mogło się stać?  Będę miał przez to kłopoty. Muszę ja znaleźć. Pomyślał Tim.

 - Dlaczego płaczesz? - zapytała Me, przyglądając się jakiemuś chłopcu. Parę chwil temu jak szukała razem z TIm'em, lecz usłyszała cichy szloch. Postanowiła sprawdzić kto płacze, ale nie poinformowała o niczym Tim'a. Po prostu poszła. 
Płaczący chłopak znajdował się wśród krzaków oddalonych od ścieżki. Rośliny tworzyły coś na kształt niskiego ogrodzenia, które zasłaniało osoby przebywające w środku. 
Moja podeszła do chłopca. Siedział on na trawie z kolanami pod brodą. A jedyny dźwięk to był jego stłumiony płacz. 
- Odczep się - rzekł ostro chłopak, odsuwając się od dziewczynki. 
- Nie. Chcę ci pomóc -powiedziała szczerze Me, przysuwając się do chłopca. - Jestem Me, a ty? - zapytała.
Chłopak milczał, ale spojrzał z ukosa na Moje. Podejrzewał, że dziewczynka nie odpuści.
 - Brain - powiedział cicho chłopiec. Trochę się rozluźniając.
 Potem nastała chwila ciszy. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Lecz Brain'owi to nie przeszkadzało. Można powiedzieć, że w pewnym stopniu dodawało mu otuchy. A potem poczuł, jak dziewczynka wtula się w ramię. Dopiero wtedy przyjrzał się dziewczynce. Zdziwił się, ponieważ nie miała butów. 
 - Gdzie masz buty? - zapytał, przyglądając się Me. 
Dziewczynka spojrzała na jego zaczerwienioną od płaczu twarz. Właśnie przez spuchnięte od łez oczy i zaczerwienienia wokół nich Moja nie spostrzegła, kryjącego się pod nimi siniaka. 
- Schowano mi je - powiedziała dziewczynka, prostując nogi. - Nie mogę ich znaleźć. A ty, dlaczego płakałeś?
Brain spojrzał przed siebie. Nie chciał, a raczej nie miał siły powiedzieć, że uderzyła go matka. Było to dla niego trudne. Nigdy nie podejrzewał, że ona jest do tego zdolna. Czasami podniosła głos na niego i jego brata, gdy zbili wazon babci albo nie chcieli posprzątać w pokoju. Ale nie krzyczała na nich bez powodu.  Nigdy nie podniosła na nich ręki, lecz teraz jest inaczej. Od kiedy odszedł od nich ojciec, ich matka się zmieniła. Stała się bardziej nerwowa. Ale dzisiaj wybuchła. 
Brain przez przypadek zbił talerz, a jego matka uderzyła go. Chłopak nie bardzo wiedział co zrobić, więc wybiegł z domy. Postanowił skryć się w parku, który kiedyś odwiedzali z całą rodziną. A teraz? 
- Ktoś zrobił ci coś złego? - zapytała Me po dłuższej chwili milczenia ze strony chłopaka. 
- Ona … - zaczął Brain, ale nie potrafił powiedzieć nic więcej. 
- Mama mówi, że dzieci są czyste. Chroni je Leszy przed złymi ludźmi - zaczęła Me. 
- Kim jest Leszy? - zapytał Brain. Pierwszy raz usłyszał ten wyraz. Nie bardzo wiedział co ono oznacza. 
Moja spojrzał na chłopca, a potem wstała.
- Jest to dobry demon - oznajmiła Mojmira, wyciągając wysoko ręce. - Jest wielki jak drzewo i żyje w lasach. - Brain uważnie przyglądał się dziewczynce, która gestykulowała przy swoich wyjaśnieniach. Było to trochę zabawne jak próbowała oddać wzrost Leszego. - Chroni on dzieci przed złymi ludźmi. 
- Ale demony są złe? Dlaczego ten ma być wyjątkiem? - zapytał chłopak. 
- Nie! On jest dobry! Chroni dzieci! - tupnęła nóżką Moja, co wyglądała dla chłopaka przezabawnie. Brain uśmiechnął się trochę. Mimo wszystko musiał przyznać, że dziewczynka trochę poprawiła mu humor. 
Moja zamilkła, gdy usłyszała trzaskanie gałęzi oraz sapanie. 
- Tu jesteś! - rzekł Tim, wyłaniając się z krzaków. - Wszędzie cię szuka... - przerwał, gdy zobaczył w Brain'a. - Dobrze, że oboje tu jesteście. 
- Moje buty! - rzekła Moja, spostrzegając swoje obuwie zawieszone na szyi chłopaka. 
- Wisiały na jednej z gałęzi - powiedział, podając je dziewczynce. 
- Dziękuję! - krzyknęła radośnie, zakładając buty. 
Tim usiadł obok brata na ziemi. Oboje przyglądali się w milczeniu dziewczynce, która zawiązywała swoje buciki. Tim spojrzał kątem oka na brata. Jego siniak był mniej widoczny niż kiedy wybiegł z domu. 
- Jak się czujesz?  - zapytał Tim, kładąc bratu rękę na ramieniu. 
- Trochę lepiej - rzekł Brain, uśmiechając się do brata. Tim wstał, otrzepując spodnie z ziemi. 
- Chodź, trzeba ją odprowadzić do rodziców - rzekł chłopak, wyciągając rękę w stronę brata. Brain przyjął pomoc od brata. W trójkę zmierzali w stronę głównego placu spacerowego, gdzie mieli nadzieję znaleźć rodziców małej Me. 
- Tim, wierzysz, że istnieje coś co chroni niewinnych? - zapytał Brain, gry Moja odeszła od nich kawałek, wypatrując rodziców. 
- Tylko w bajkach, bracie - rzekł żartobliwie Tim. Lecz spostrzegł, że jego brat pyta na poważnie. Natychmiast przybrał poważną minę. - Nie wiem. Może? 

Tego dnia świadomie bądź nie poszukiwali wyjścia, ucieczki od ich matki. Powoli ich relacja z matką przybierała coraz to gorsze odcienie czerni. Aż stało się to co było nieuniknione. 
Z transu wyrwał go głos brata. Hoodie wzdrygnął się, przyglądając się bratu.
- Możesz powtórzyć? - zapytał Brain.

- Lepiej zajmy się tymi zwłokami, zanim zaczną śmierdzieć - rzekł Tim. 

 
17 maja. Niedziela. Godz. 8:37
Mojmira czuła, że jej ciało jest dziwnie ciężkie. Jakby z ołowiu. Do tego bolała ją głowa. Powoli otworzyła oczy, podnosząc się. Lecz jeszcze zrobiła to za szybko, ponieważ zakręciło jej się w głowie Przed oczami pojawiały jej się niewyraźne obrazy. Jakiś las, kartki i coś jeszcze... Siedziała chwilę na łóżku z zamkniętymi oczami. Czekała, aż to minie. Trochę to trwało, ale wstała rozglądając się po pokoju. Czuła się skołowana. Nie potrafiła przypomnieć sobie co wczoraj się działo. I dlaczego spała w ubraniu. Usiadła na krześle, siadając po telefon.  Lecz nie zrobiła tego, ponieważ usłyszała jak coś szeleści jej w kurtce. Wyjęła z kieszeni parę pożółkłych kartek. 
Zamarła. A wspomnienia powoli wracały, coraz bardziej ją przytłaczając. Zimny pot ciekł jej po karku jak przypomniała sobie spotkanie z tamtą bestią. Mimo strachu jaki wywoływało u niej to wspomnienie. Spróbowała jeszcze raz wszystko odtworzyć. Zdawało jej się, że już gdzieś widziała tą istotę. Tylko gdzie? Może w jakieś książce? 
Moja podeszła do swojej niedużej biblioteczki. Przeglądała tytuły książek w poszukiwaniu bestiariusza. Wbrew rosnącej ciekawości wobec tamtej tajemniczej rezydencji, którą przed moment widziała, musiała dowiedzieć się kim jest tamta bestia. Prawdopodobnie to ona jest sprawcą tego morderstwa kilka dni temu. 
Bestia była bardzo podobna do człowieka. A odnalezione ciało było bez krwi. Może to jakiś rodzaj wampira? Pomyślała Me, przeglądając odpowiedni rozdział. Może bezkost? Nie. Kształt nie pasuje. Prędzej wąpierz albo strzyga. Postura by pasowała. Niestety nie mogę być tego pewna, nie widziałam tej bestii zbyt dokładnie. 
Pomyślała Me, zamykając książkę. Nie bardzo wiedziała co ma w tej chwili zrobić. Policja na pewno by jej nie uwierzyła. Kto normalny by jej uwierzył? A do tego jeszcze Slenderman. Me podejrzewała, że Operator nie może sobie z tą bestią poradzić. A przynajmniej taki wysnuła wniosek, po tym jak ją uratował. 
Ta bestia musi mu jakoś przeszkadzać
W głębi siebie czuła, że nie może tego tak zostawić. Nie może pozwolić, aby ta bestia zabiła kogoś jeszcze. Nie rozumiała tego uczucia ani skąd ono się bierze. Po prostu musiała coś zrobić. Wiedziała, że to nie da jej spokoju. 
Może jakbym znalazła legowisko tej bestii jakoś bym pomogła. W ciągu dnia wampiry śpią, więc nie zrobiłby mi nic.  Może udałoby mi się doprowadzić do niej policje? Może wtedy by mi uwierzyli? 
Pomyślała nastolatka. Zostało jej tylko się jakoś przygotować do tej misji. Pierwsze co musiała zrobić to przebrać się w świeże ciuchy. 

17 maja. Niedziela. Godz. 10:07
Mojmira zdążyła się przebrać, a następnie spakować parę rzeczy do plecaka. Schowała swój scyzoryk, butelkę wody oraz mały aparat fotograficzny. Była przekonana, że więcej nie potrzebuje. Chciała załatwić to szybko i nie narażać się zbytnio na niebezpieczeństwa. Wspomnienia ostatniej nocy nadal były świeże dla niej jak i dla innych uczestników. 
Jeśli proxy mnie nie zauważą będzie dobrze. I tak pewnie się mnie nie spodziewają tak szybko. Pomyślała Mojmira, schodząc po schodach do salonu. Zerknęła pobieżnie na pomieszczenie, ale nigdzie nie widziała swojej rodziny. 
To dobrze. Jeszcze ś...
- A gdzie ty się wybierasz tak wcześnie? - za Moją rozległ się zaspany głos Myślibory. 
Kurczę... Żeby mama wstała przed jedenastą w niedziele. Pomyślała, odwracając się w stronę rodzicielki. Jej matka opierała się o framugę drzwi kuchennych, ubrana w różowy szlafrok w kotki. 
- Idę do Mary - Może i się z nią pokłóciłam, ale to nie znaczy, że nie mogę użyć jej jako wymówki. - Miałyśmy zrobić parę zadań z matmy - powiedziała spokojnie Moja, obserwując reakcję matki. 
- Ale nie bez śniadania - rzekła z uśmiechem Myślibora, podchodząc do lodówki. - Odłóż plecak i obudź pozostałych - dodała zaglądając do wnętrza lodówki. - Zrobię naleśniki.
Me odłożyła plecak na korytarzu z boku, aby nikt się o niego nie potknął. Lekko zrezygnowana z powrotem wdrapała się na piętro.
Musiała zrobić to o co poprosiła ją mama, ponieważ naprałaby podejrzeń. Mogłaby nawet zadzwonić do Mary i prawda wyszłaby na jaw. Me wątpiła, czy Mary pomogłaby jej w takiej sytuacji w szczególności po tym, co się stało wczoraj. 

 17 maja. Niedziela. Godz. 11:39
Moja zamknęła drzwi garażowe. Wyprowadziła rower na drogę, ostatni raz zerkając na dom. Śniadanie z rodzicami było przyjemne jak zawsze. Lecz minus stanowiły podejrzliwe pytania Markusława. 
"A dlaczego nie powiedziałaś wcześniej?", "Jak długo ci to zajmie?", "Czemu nie możecie zrobić tego tutaj?" Albo "Kiedy wrócisz?"
Ostatnie pytanie spowodowało włączenie się do rozmowy rodziców bohaterki. 
- Twój brat ma rację. O której masz zamiar wrócić do domu? - zapytała zmartwiona rodzicielka. - Jeremy powiedział nam, że lepiej nie wychodzić po zmroku. 
- Nie martw się wrócę zanim zajdzie słońce - powiedziała Mojmira, odkładając talerz do zlewu. -   To ja będę się zbierać - rzekła Moja, idąc w stronę drzwi. 
- Tylko uważaj na siebie! - krzyknęła Myślibora, zanim jej córka weszła do garażu. 
Moja westchnęła odwracając się w stronę domu. W oknie zobaczyła Markusława. Chłopak opierał się o parapet, spoglądając za siostrą. Mimo, że ona tego nie wiedziała. W oczach jej brata dostrzec można było troskę. Troskę o siostrę, która znowu się w coś pakuje. 

 
17 maja. Niedziela. Godz. 12:07
Moja jechała ścieżką nieopodal lasu. Im bliżej niego się znajdowała tym większe napawały ją wątpliwości. Po co ma tam jechać? Dlaczego ma tak ryzykować? 
 
Zatrzymała rower tuż na granicy drzew. Czuła jak odwaga oraz pewność siebie jakie posiadała przed wyjazdem zaczynają ją opuszczać. Przez myśl przeszły jej wspomnienia wczorajszej nocy. Stres wywołany ciągłym uciekaniem przed braćmi. Spotkanie człowieka bez twarzy. 
Wbrew sobie musiała przyznać, że chociaż było to straszne, ale i ekscytujące. Przez całą noc, aż do spotkania bestii czuła coś dziwnego. Coś uzależniającego. Chciałaby jeszcze raz to poczuć. 
A to uczucie było silniejsze im bardziej jej życie było zagrożone. To bicie serca. Adrenalina płynąca w żyłach. Czas, który wokoło zwalnia. To było uzależniające. 
Ale było też coś jeszcze. Chęć działania. Moja nie chciała, aby ktoś inny cierpiał z powodu tamtej bestii. Nie bardzo była pewna, dlaczego akurat ona czuje się odpowiedzialna za to wszystko. Nie mogła znaleźć na to odpowiedzi i to ją frustrowało. 
Chciała znaleźć na to odpowiedz, dlatego oparła rower o drzewo. Wzięła głęboki wdech, odganiając wątpliwości. Pewnie wmaszerowała do lasu. 
 
17 maja. Niedziela. Godz. 12:32 
W ciągu pół godziny Moja natrafiła na ścieżkę. Sama sobie się dziwiła, ale pamiętała ją. To była droga do starego szpitala. Zrezygnowała z niej. Nie chciała tam iść, ponieważ wątpiła, aby w szpitalu znajdowało się legowisko bestii. Innym powodem było to, że nie chciała natrafić na proxy's albo samego Slendera. Zdawała sobie sprawę, że Hoodie i Masky mogą pozbywać się ciała.  
Dlatego wybrała inną drogę.  
Mimo wszystko dość szybko natrafiła na jakiś trop. Zauważyła na ziemi dziwne ślady. Były za duże jak na człowieka, lecz podobne do nich.  
Muszę być na dobrym tropie, pomyślała, idąc wzdłuż śladów. Towarzyszył jej śpiew ptaków. Były wyjątkowo spokojne. Moja przystanęła na chwilę, spoglądając w niebo. Gdzieś w koronach drzew znajdowały się drozdy. Nastolatka uśmiechnęła się delikatnie, a po chwili ruszyła w dalszą drogę.  
Natura spokojnie żyła swoim naturalnym rytmem.  

17 maja. Niedziela. Godz. 13:24 
Me dostrzegła jakąś starą chatkę, ukrytą pośród wysokich sosen. Na początku pomyślała, że jest to wczorajsza opuszczona leśniczówka. Lecz im bliżej niej była, tym nabierała pewności, że jest to inny budynek.  
Pierwszą, ale i najbardziej widoczną różnicą był jej stan. Leśniczówka była mimo wszystko zadbana. Żadne drzewo nie wyrastało z dziury w dachu.  
Moja podeszła do chałupy.  Z bliska zorientowała się, że nie ma tu drzwi tylko jakieś brunatne zasłony. Nastolatka zerknęła przez okno, a raczej dziurę w ścianie, gdzie kiedyś było okno. W pomieszczeniu nie było nikogo, dlatego Me weszła do środka.  
Znalazła się w pokoju, gdzie na środku rosło drzewo. Gałęzie, które rosły poniżej poziomu dachu, wykorzystane było jako wieszaki. Wisiały na nich normalne ubrania, co bardzo zdziwiło dziewczynę. Kilka kompletów spodni oraz białych koszul. Była też kurtka. Wszystkie ubrania były nowe oraz zadbane. Rozmiarem pasowały na dorosłego, szczupłego mężczyznę.  
Na podłodze w jednym z rogów, leżało parę koccy oraz poduszek. Przypominało to coś w stylu prowizorycznego posłania.   
Moja przeszła się po pomieszczeniu. Po drugiej stronie pokoju, za drzewem stał duży kufer, a obok niego książki. Dużo książek. Chyba z piętnaście. Nie byłby jakoś szczególnie poukładane i to właśnie one przykuły uwagę nastolatki. Parę z nich kojarzyła. I nie chodziło tu tylko o tytuły.  
Wzięła jedną z książek do ręki. Otworzyła ją i zobaczyła pieczęć swojej szkoły razem z numerem książki.  
Zamurowało ją. To byłą książka z szkolnej biblioteki.  


Może to tylko przypadek? Może ten ktoś po prostu ją znalazł. Pomyślała, chwytając kolejną książkę. Znowu to samo. To tylko zbieg okoliczności. Wzięła do ręki kolejną. I kolejny stempel szkoły. Sprawdziła następną książkę i jeszcze jedną...    

Wszystkie pochodziły z szkolnej biblioteki.  

Ale jak? 

Moja zdenerwowana, odłożyła ostatnia z książek. Rozejrzała się ponownie. Jedyne co zostało to olbrzymi kufer. Przykucnęła przy nim. Wzięła głęboki wdech.  
Podniosła wieko skrzyni. Znajdowały się w nim małe kartony. Wyciągnęła jeden z nich. Jak go podnosiła wydawał się ciężki oraz dziwnie dźwięczał. Zdjęła pokrywkę i zobaczyła całą masę pierścionków. Od pozłacanych, przez srebrne i te z białego złota. Było też kilka z kamieniami szlachetnymi.  
Nastolatka lekko skołowana wyciągnęła kolejne. W tym były bransoletki. Od zwykłych rzemyków po prawdziwe złoto. Moja nie mogła uwierzyć w to co znalazła. Otworzyła kolejny kartonik. Ten był lżejszy od poprzednich.  
Moja znalazła pożółkłe kartki. Zbytnio im się nie przyjrzała, ponieważ były napisane w obcym jej języku. Chyba po ukraińsku albo białorusku, lecz nie była do końca pewna. Odłożyła go na ziemię, sprawdzając następne kartony.  
W jednym znalazła liczne dokumenty różnych ludzi. Cześć z nich miała zaschnięte brązowe plamy.  
Odłożyła je na bok. Przez moment zrobiło jej się stało.  
To były dokumenty martwych ludzi. Wzięła głęboki wdech. Wyjęła z plecaka aparat i zrobiła zdjęcie tych dokumentów. Postanowiła, że jak do końca przejrzy zawartość skrzyni to zrobi też zdjęcie temu pokojowi.   

17 maja. Niedziela. Godz. 13:54 
Moja zrobiła już parę zdjęć kopczyka za domem. Niby nic, gdyby nie wystawały z kawałki ubrań oraz kawałki kości. Mało co nie zwymiotowała jak to zobaczyła, ale się wstrzymała. 
Uznała, że lepiej będzie skończyć te poszukiwania. Miała wystarczająco dowodów, aby pokazać to miejsce policji. Nie miała zamiaru mówić im o demonie, grasującym po lesie. Na to nie znalazła żadnych dowodów. Sama do końca nie była pewna co znalazła. Nie była to nora strzygi, czy wąpierza albo innego stwora. Żadne z nich nie żyłoby tak ludzko.  

A może morderstwo to wcale nie jest sprawa tej bestii? Albo temu czemuś pomaga jakiś człowiek? Ale co by tu robiły książki z mojej szkoły? Nie widziałam tam nikogo podejrzanego ani kogoś kto się nadaje na pomocnika bestii. Nie rozumiem tego.  

Nastolatka analizowała to co znalazła, pakując aparat do plecaka.  

Przynajmniej mam wystarczające dowody, aby ściągnąć tu policję. Może oni znajdą tego człowieka.  
Pomyślała, zakładając plecak.  

Nagle zamarła. Zdawało jej się, że widziała pośród drzew jakiś wysoki cień. Dopiero teraz zorientowała się, że nie słychać ptaków. Była kompletna cisza.

I znowu. Coś przemknęło między drzewami. Coś dużego. I zapewne niebezpiecznego.  

Moja nie miała zamiaru rozstrzygać, czy jest to Slendernman, czy ta bestia z wczoraj.  
Po prostu pobiegła jak najdalej od tego czegoś. Potem w trakcie biegu usłyszała trzask łamanych gałęzi.  
Dziewczyna biegła przed siebie. Nie interesowało ją, gdzie, ale jak daleko. Wiedziała, że nie mogła się zatrzymać. Jedyne co słyszała to głośne bicie swojego serca. Czuła jak dziwny dreszcz przechodzi przez jej ciało. Włosy stają dęba. Wyczuwała, że jest blisko. Powoli, ale nieubłaganie się zbliżał. 

Muszę znaleźć kryjówkę. Przeczekać najgorsze.   
Jak pomyślała tak zrobiła. Nadal poruszając się przed siebie rozglądała się bardziej uważnie. Szukała jakieś jamy, szczeliny, miejsca, gdzie mogła się ukryć.   
Wiedziała, że gdzieś tutaj jest stary dom myśliwski, ale to nazbyt oczywista kryjówka. Jeśliby schroniła się tam, od razu mogła żegnać się z życiem. Na pewno On by ją sprawdził.   
Musiała znaleźć coś innego. Nie pozornego i niewidocznego.   
Przeszła się jeszcze kawałek. Gdy nagle straciła grunt pod nogami. Upadła w krzaki, łamiąc przy tym kilka gałęzi. Usłyszała szelest liści oraz trzepot skrzydeł. To były dwa spłoszone drozdy.   
Nastolatka wstała, podbierając się zranioną ręką. Natychmiast się skuliła, chwytając za dłoń. Przyszedł ją dojmujący ból. Spojrzała na ranę. Na chusteczce zaczęły pojawiać się małe czerwone plamy.   
Podniosła głowę, rozglądając się wokoło. Zorientowała się, że leży w jakiś gęstych krzakach z czarnymi jagodami. Kojarzyła je, lecz nie potrafiła przypomnieć sobie ich nazwy. Odwróciła się. Za nią znajdowało się coś w rodzaju nory albo jamy. Była na tyle głęboka, że schowałby się tam dorosły człowiek. Wejście do zagłębia zasłaniały krzaki.   
Doskonała kryjówka, pomyślała, wchodząc się do środka.  
Położyła się na zimnej ziemi. Próbowała uspokoić oddech.

   
Muszę czekać. A przede wszystkim wyciszyć się. On mnie znajdzie, jeśli nie oczyszczę umysłu z wszelkich myśli.  

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.   
Skupiła się na oddechu. Serce powoli normowało swój rytm. Oddech cichł. Zamknęła oczy. Do jej uszu dobiegał tylko szelest liści.   
W obliczu niebezpieczeństwa udało się jej zachować spokój, a przynajmniej jego namiastkę.   
Nagle usłyszała trzask. Słaby, ale jednak. Gdzieś z prawej. Zbliżał się.   
Trzask. Ale tym razem bliżej.    
Wzdrygnęła się, lecz nadal siedziała spokojnie. Nie mogła dać ponieść się emocjom.   
Odgłosy łamanych gałęzi były coraz głośniejsze. W pewnym momencie znajdowały się tuż obok niej. Jej ciało odruchowo chciało uciekać, lecz przeciwstawiła się temu. Nawet jeśli w każdej chwili czarne jak smoła macki obejmą ją i rozerwą.   
Z trudem udawało jej się zachować czysty umysł.   
Ale tak się nie stało. Odgłosy powoli się oddalały, cichły. On szedł dalej. Nie zauważył jej.   
Udało się, pomyślała. Po jej policzkach samowolnie poleciały łzy. Z ulgi, że odszedł i ze szczęścia, że żyje.   
Nadal miała zamknięte oczy.   
Jednak chwila wytchnienia nie trwała długo. W kilka chwil potem, poczuła mocny ucisk wokół kostki, a potem jakaś siła wyciągnęła ją z kryjówki. 
Las stłumił jej krzyk na widok dużej bestii z ostrymi pazurami. Potwór obnażył swoje kły. Lecz mimo zniekształconej twarzy oraz ciała Moja rozpoznała w nim bibliotekarza. 
- Pan Dorian - powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Lecz strzygoń wziął głęboki wdech.  
- Gratuluję, dzieciaku - rzekł ciężkim, gardłowym głosem. Tak nieludzkim. Tak makabrycznym, że nastolatce, aż włosy stanęły dęba. - Wiesz... - Zaczął demon, puszczając nogę Moi. Na kostce nastolatki została ciemna obręcz, świadcząca o sile demona. - Nawet cię lubię. - Zaczął pan Dorian, prostując się. - Zawsze byłaś wobec mnie uprzejma. - Zaczął chodzić wokoło niej. Me obserwowała każdy jego ruch. Serce waliło jej jak młot. - Szanowałaś książki - Nie przerywał swojego monologu. - Nigdy nie zrobiłaś nikomu nic złego. - Stanął przed nastolatką. Patrzył prosto w jej oczy. Moja widziała jego czerwone źrenice, które są charakterystyczne dla każdego demona. - Ale mogłaś wtedy odpuścić. - rzekł. - On dał ci szansę. - Odwrócił się, patrzeć w las. Jakby czegoś szukał albo kogoś. Moja włożyła rękę do kieszeni. Szybko coś z niej wyjęła. Chowając rękę za siebie. - Gdybyś tylko nie znalazła mojego domu. Mógłbym ci odpuścić. - powiedział, z powrotem patrząc na Moję. - Ale odkryłaś mój sekret. Nie mogę pozwolić ci żyć. - powiedział zupełnie spokojnie, obserwując dziewczynę. - Tylko dlatego, że cię lubię zrobię to szybko. - Strzygoń chwycił w swoje szpony, ciało nastolatki. W jego łapach wydawało się takie wątłe i drobne.  - Pachniesz tak pięknie. - powiedział, przybliżając swoją paszcze do szyi Moi.  
Wtedy nastolatka skorzystała z okazji. Błyskawicznym ruchem wbiła mu swój scyzoryk w oko. Potwór zawył przeraźliwie, rzucając przy tym z ogromną siłą nastolatką.  
Moja z impetem uderzyła w pobliskie drzewo. Czuła jak powietrze z jej płuc zostaje gwałtownie wypchane. Słyszała jak jej żebra trzaskają.
 Potem wylądowała na ziemi, rozcinając przy tym łuk brwiowy. Przed oczami pojawiły się mroczki, a w uszach okropnie dzwoniło.
Poczuła też coś ciepłego w przełyku. Zaczęła kaszleć krwią. Oddychała z trudem, a świadomość powoli uciekała.
Dorian dość szybko uporał się z scyzorykiem, odrzucając go gdzieś na bok. Był wściekły. Nie. To za mało. Było o wiele gorzej. Miał dość tej dziewczyny. Chciał być dla niej łaskawy, ale teraz zafunduje jej najgorsze męczarnie. Nikt nie ma prawa go tak znieważyć.
Może i nie widział już na jedno oko, ale dokładnie wiedział, gdzie jest jego ofiara.
 - Zapłacisz za to – rzekł, podchodząc do niej. Moja ostatkami sił starała się podnieść, lecz on był szybko. Przyszpilił ją masywną łapą do ziemi. – Nigdzie nie idziesz – wysyczał przez zęby.
Moja była przerażona. Nie wiedziała co ma robić. Powoli traciła świadomość. Głos potwora zdawał się dobiegać jakby z daleka. Lecz widziała, że był obok. Wiedziała, że nie było już dla niej ratunku.
Żałowała, że w ogóle tu przyszła… że była taka głupia i poszła tu sama… że nie uciekła wcześniej.
Głos Doriana stawał się coraz cichszy. Moja poczuła jak ją podniósł. Otworzyła oczy i ujrzała jego otwarta paszczę.

To koniec. Pomyślała, zamykając oczy. Tak bardzo żałowała, że nie zostawała w domu. Z rodziną… że pokłóciła się z Mary.
Tak was przepraszam.

Moja była gotowa. Wiedziała, że nic jej nie uratuje. Zamknęła oczy, czekając na śmierć. Pozwoliła odpłynąć świadomości.
Lecz usłyszała tylko wystrzał. Nie mogła myśleć. Czuła jedynie jak uścisk słabnie. Parę głosów przerwało ciszę, ale Moja ich nie rozumiała.
 Potem poczuła jak spada, ale nie upadła na ziemię. Coś ją złapało. Poczuła coś w rodzaju macek, chciała otworzyć oczy, ale nie miała na to siły. Czuła jak życie z niej ulatuje.
Została położona na ziemi. A potem kolejne głosy. Wołały ją. Mówiły coś. Nie wiele mogła z tego zrozumieć. Miała wrażenie, że docierają do niej z bardzo daleka.
- Oddycha?
- Jeszcze tak…
A dalej? Dalej Moje pochłonęła tylko ciemność




Utwór dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0

Menu nr- 15

Free Joomla! template by Age Themes